.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Codzienności

 Wiosna pomału zagościła we wszystkich pobliskich kątach. Kwitnie ziarnopłon, zawilec gajowy, młode pędy podagrycznika śpieszą ku słońcu. Żółto od tulipanów, kolorowo od hiacyntów. Lepiej, że kwitnie już bluszczyk kurdybanek, dzięki niemu trzmiele i inne pszczołowate mają pożytek. puściły swe pąki śliwy, wczoraj wiśnie. A zaczęło się od brzoskwiń. 

Nie wiem jaki to będzie rok. Obawiam się, że kolejny nieprzewidywalny. Suchy, gorący, z burzami i gwałtownymi opadami.  Skoro to wiemy, powinniśmy działać. A tego, jak widzę się nie robi. Z oporem, albo wcale nie pozostawia się miejsc naturalnie wilgotnych naturze. Dalej z nienawiścią tnie się drzewa, pogłębia i czyści rowy i strumyki, niszcząc przy okazji miejsca tarlisk ryb, ostoje bezkręgowców. 

Przepędza się bobry, niszcząc im żeremia i tamy. Mądrych w tym biednym kraju się nie słucha. Naukowców, przyrodników. Samych bobrów. 

Co rusz czytam o kilometrach zniszczonych cieków wodnych, okolicznych lasów łęgowych. 

Widzę wycinki zaczerwień śródpolnych. Jakby te kilka metrów miało zbawić tego człowieka, bo dosieje jeszcze wysysającej wszystko z ziemi kukurydzy lub rzepaku. Serce boli, kiedy patrzę na gleby. One nie są uprawiane. To grabież, to wyzysk. Pompowanie nawozów mineralnych, herbicydów. Pozostawianie gołej gleby, przeoranej, pozbawianej często resztek pożniwnych. Traktowanie gleby nie jako żywego organizmu- biomu- a jedynie jako podłoża do upraw. 

Wiem- są rolnicy, którzy mają wiedzę. Czują ten swój zawód, działają w zgodzie z potrzebami gleby. 

Niestety część z nich to typowi ludzie tych czasów. Egoiści. Tylko JA, MOJE, DLA MNIE. 

Widać to po ogrodach, właściwie terenach przy domach. Trawa, koszona nawet w grudniu- niestety, takie przypały w moje wsi....Z drzew- tylko tuje. Drzewa liściaste takim wadzą. Śmiecą liśćmi. Niektórym nawet zabierają tlen nocą, a stare, sędziwe drzewa- jak to pewna głupia baba powiedziała, to więcej wydzielają CO2 niż pochłaniają.  Im ktoś bardziej tępy, ale głośno gada- tym więcej podobnych go słucha i przyklaskuje. 

Ludzie nie widzą potrzeby ochrony przed upałem- nie sadzą, nie chronią drzew, nie utrzymują zakrzaczeń. Golą do ziemi te swoje murawy. Smutek mnie ogarnia jak widzę te domu- z kulkami w donicach lub posadzonych tych niby-drzew... Nie ma kwiatów, bylin. 

Owady to zagrożona grupa zwierząt. 

Ale co takiemu bezmyślnemu konsumentowi po tej informacji. Skoro tylko najważniejsze wyspać się, nażreć, kupić nowe auto, polecieć na wakacje... Motyle? Chrząszcze? Po co to takim? Zerowa wiedza, zerowa empatia.. 

To może tak- dla nich takie owady mogą nie istnieć. Dla mnie- tacy ludzie. Nawet nie powinni.

Chwała, że nie wszyscy tacy. 

Poniżej przykład rewitalizacji- tfu! terenów zielonych w Lubaniu. Szmata, pomiędzy wymęczone kocimiętki i jakieś trawy. Na wszystko rzucona kora....Pieniądze w błoto. Niczego wspólnego z upiększaniem czy - jak to szumnie się teraz zwie- zwiększaniem bioróżnorodności- to nie ma wspólnego. Ale- kogo to?



A co u mnie? Przygotowania do sezonu w toku. Skrzynie dorobione. Wyściółkowane. 




A w niektórych miejscach- samo się dzieje. Trzeba zweryfikować co będzie tam żyło. 

Obok szałwii i mierznicy wysiała się naparstnica. 

W skrzyni, gdzie słońce tylko do 14stej, wylądował kozłek. Z kompostu- z kawałka korzenia. odbił żywokost. Prawdziwe złoto w ogrodzie. 


Wielosił błękitny. Roślina lecznicza, roślina dla owadów. Sama się sieje. 




Aby zachować spokój- uziemiam się. Pogoda sprzyja. 



Wiosna to czas dobrego jedzenia z podagrycznikiem, pokrzywą, liśćmi młodych lebiodek i poziomek...Plus pieczone buraki , tofu z olejem lnianym i octem ziołowym




Lub kotlety jajeczne z jaj biegusów






niedziela, 10 kwietnia 2022

Klebek- jak zrobić swoimi łapkami

 Tak się wynurzyłam kiedyś z foto z małym bochenkiem, w fejzbukowej odsłonie Bloga i zapytano mnie o przepis. 

Tak się złożyło, że Absorberostwo wyżarło już niemal cały chleb z Biedry, ostał się ino żytni, na którego zęby mają długie bardzo. 

- Zrobisz chleb, mamo?

Zrobię. Tyle, że wyszedł nie taki jak chcieli...Ponieważ...

Ich matka, ma pewien rys charakteru, który rzadko pozwala na powtarzalność... Po prostu, nie pamiętałam, której ostatnio mąki pszennej użyłam. Wydawało mi się, że tej, co teraz. A, wypluwka tam!- Innej!.... 



Wyszedł bardziej ceglany, w sensie zwartości choć zakalca nie ma. Ja lubię ciężkie chleby, ale to nie dla mnie miał być. I co- zeżrę sama lub z M.

Podaję co potrzeba

400 g mąki pszennej- i tu był mój błąd, bo dałam mąkę pszenną, ale razową

2 łyżki zakwasu- ja mam tylko suchy

50 g mąki żytniej

2 g świeżych drożdży

300 ml wody

1,5 łyżeczki soli

2 łyżeczki czarnuszki czy co tam kto lubi- ja- to pierwsze 

Wszystkie składniki wymieszać, z tym, że ja mieszam z wodą zakwas i drożdże i dodaję do mąk i soli i czarnuszki. Ma sobie siedzieć w misce 12 godzin. 

Tak, jasne... U mnie zwykle siedzi dłużej, bo coś mi wypadnie....Tym razem było 16, a poprzednio 17 godzin....





Po tym czasie wykładamy ciasto do żaroodpornego naczynia. Tamto ciasto było bardzo kleiste i -co stoi w przepisie, by je przełożyć, należy płócienną szmatkę wysypać obficie mąką, żeby móc je przeturlać do wypieku. To moje dzisiejsze było suche więc mąki użyłam w razie czego, bo niespecjalnie się przydała....


Pieczemy pod przykryciem 20 minut, potem odkrywamy i dopiekamy kolejne 20 min., choć czas może okazać się różny, bo ktoś ma lepszy lub słabszy prąd...Hehe, jest jak jest, ale wiecie o co chodzi. Mój piekarnik na ten przykład grzeje jak głupi więc zwykle schodzę o około 20 stopni niżej i krócej wszystko się wypieka. 


Patrząc na chleb przed pieczeniem pomyślałam, że podobni jesteśmy. Tacy lekko pomarszczeni, hehe...


I cóż z tego. Licznik bije, a my wszyscy nadal piękni i młodzi! Ale- jakoś tak sobie myślę, że lepiej być od uśmiechu pomarszczonym niż od złości i łez. A tym, którym zwiotczenie tego i owego u kobiet przeszkadza- polecam dmuchańce. I wydorośleć, panowie i panie. I - dużo uśmiechu, duuużo! 


O, a tu powyżej, ktoś zgubił swojego banana z twarzy. No, czyj to banan? Czyj?

poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Smacznego śniadanka, Tupaju


Czasem i siebie trzeba rozpieścić.
Najlepiej śniadankiem.
Najlepiej z pożyteczną fitoferajną.

Dziś twaróg solankowy podwędzany ze świeżą pokrzywą, podagrycznikiem, przytulią, jasnotą różową, rzodkiewką i kwiatem barwinka.
Smacznego Tupaju ;)



P.S.
Dziś Pogórze zmroził przymrozek mały, stąd koroneczki na pokrzywach.



czwartek, 21 grudnia 2017

No i tak...

Czasu brakuje na pisywanie.
A czytam, że lubią, że by czytali.
A ja co?
A ja wieczorami już nie bardzo.

Za dnia- zielona huta. Etat jest cały, osiem godzin urwane z życia. 

Plusy i minusy straszne. Jak nigdy czekam na wydłużenie dnia. Odgórnie i bez sprzeciwów.
Wstaję- ciemność widzę, zajeżdżam do Tupajowisko- to samo.

Wiem, że to samo u was, cóż jednak- ból osobisty największym się być wydaje.

Lekkie wytchnienie czeka po świętach. Urlop mały wzięty, bo potem armagedony szkolne i masa zadań więc czas akumulatory ładować. 
Śniegu jak na lekarstwo- było.
Teraz już nic.
Zjechało.
Wsiąkło.

Jaja ubłocone.
Za to albo Coli się niesie, albo jej córa, która oczywiście zawsze zaczyna nocowanie obok kurnika.
Trzeba ją do niego przenosić.
Zdzisława i jej brat niestety nie grzeszą inteligencją. 
W porównaniu z dziefczynkami są znacznie w tyle. O ile rzeczywiście są bardziej może czujne to ich podejrzliwość jest iście macierewiczowa.
Wystarczy, że przyjdę w innej kurtce.
Kury, kiedy się odezwę, już mnie poznają (czapa na włosach obowiązkowa- może przestraszyć jednak); perliki drą się, panika w oczach, wrzaski, szamotaniny. 
Restet masters mózgu- nic nie dociera- mój głos, moje zawołania. Nic.
Ostatnio Zdzisław poleciał poza wybieg- dobrze, że nie do sąsiadki. 

Latają faktycznie dobrze. Wrócił, w czym pomogła Masza, bo go nagoniła do mnie. 
Mimo to- brakuje mi kontaktu z kurakami. 
Zawsze miałam więcej czasu, żeby się pogapić. Rozkminić zależności- która z którą się lubi, kolejność dziobania, animozje między nimi. 
Teraz tylko weekendy. 
A i nie zawsze, bo ostatnio to się w wyrku grzałam, bo przechodzone tygodniami infekcje przy grupach dzieciaków i gadaniu nie pozwoliły na regenerację. 
No i musiałam zlec. Rosół pomógł, z kluchami, herbatnia z imbirem i po raz drugi- wygrzewanie. 

Julian zabójczo się do nas przytula. 
To znaczy ciężko mu pohamować instynkt zabijania rąk i palców.
A jednak mruczy przy tym i jak wołam go z korytarza to leci do mnie na złamanie karku. 
Choć czasem...daje się już ponieść instynktowi eksploratora. 
Wiosną dopiero planujemy go wypuścić, bo teraz- jak nic by go coś rozjechało.
Jagoda za nim nie przepada. On ją goni i chce się bawić- tak jak z Maszą. Matrona jednak tego nie toleruje. Ma prawo.
Kicia po prostu wali go po mordzie i syczy.
Jagoda nawet warczy, ale po mordzie nie wali więc jest mniej przekonująca chyba.

Choinka już stoi.
Absorbery ubrały, zadowolone, bo stoi u nich.
Pomału czas myśleć o żarciu na świąteczny stół. To już moje trzecie święta bez mięsa. 
Co prawda tradycyjnie Wigilia zawsze była u mnie w domu rodzinnym jarska- postna, ale śniadanko już było zaprawione świnią...
Czas przygotować się na gotowanie kapuchy, robienie sałatki i krokietów. Te ostatnie jem raz w roku. Głównie ja....
Może coś o fasoli białej pomyślę, bo pewne zapasy puszek mam. Widziałam masę przepisów, włącznie z ciastem. Na słodko.

Cóż, jeśli się nie odezwę, a to niemal pewne, 
życzę Wam spokojnych świąt, 
bez przejadania się, 
jak najmniej mięsa, 
dużo serca, spokoju i zdrowia!




niedziela, 23 kwietnia 2017

Ależ gorąc!

I cóż, że koniec kwietnia
Pogoda wciąż letnia
A nawet jeszcze
Tak zimno- że dreszcze

Tak, tak.
Dawno już nas tak zima nie rozpieszczała.
Ciepło. Plus 5 w porywach do 10! I ten deszcz- strasznie przelotny.
Dziś nawet raz zagrzmiało.

Mimo to fotosynteza na całego.
Zwłaszcza jednoliściennych.
Co mam skosić- to leje.

Zimno. 
Pszczół nie widać, a jak są to ledwo żywe. 
Trochę trzmieli, bo mają kożuszki swoje.
Czytałam, że w jeleniogórskiem i pod Legnicą (tak,tak! tam gdzie znajduje się broń magnetyczna) wymarło sporo rodzin pszczelich. Prawdopodobnie zatruły się.
Pszczelarze nie mają co liczyć na pomoc państwa. 
Bo co to takie tam pszczoły. 
Robale jakieś uskrzydlone, co to żądlą, a jedyny z nich pożytek to miód. 

Owoce po prostu się rodzą (zapewne z boską pomocą), nasiona powstają, bo tak zawsze było i już.
Na ten przykład jak już te pszczoły wymrą- można- wzorem Chińczyków czy też innych tam, u których się to już dzieje- zapylać miotełkami z piór. 
I z bani!
A naukowcy?
Jakiż to problem wyprodukować zmodyfikowane organizmy, które naturalnych zapylaczy nie potrzebują? Kiedyś już czytałam o bio-mechanicznych owadach, które mogłyby to robić....

Nota bene...
Magazyn, który jak dla mnie bardzo upadł i jedynie fotki go trzymają w formie- National Geographic donosi, że: "bez żywności modyfikowanej genetycznie musielibyśmy zrezygnować z pomarańczy i pogodzić się z obecnością ptasiej grypy i rosnącego niedożywienia."
Pewnie nie wiedzieliście, co?
Bananowe szczepionki do tego.
Cud, mniód, malyna!

Kto ciekaw co tam jeszcze wymodzili- przeczyta tutaj

W ramach lekko wkurwiającej prasówki- objawienie szyszkownika. Kolejny mu podwładny dusz(/p)ą i ciałem. Twierdzi, że drzewa "są przekonane, że mają służyć człowiekowi". Wypisz wymaluj- czyńcie sobie ziemię poddaną! 
Do ostatniej trociny!
(nie wiem czy chcecie- ale macie : tu ).

Co by całkiem się nie wpieniać i wdrażać mądrości wschodnie z nieodkładaniem w sobie niechęci, tudzież krwiożerczych chęci wybatożenia tudzież nadziania na pal lub wyciągnięcia kiszki i ganiania delikwenta wkoło słupka, do którego kiszkę przybito, prezentuję te oto widoczki :)

Choć do bratków blisko- kiedy leje na łeb i wali gradem, by za moment słonko ci w mózg niemal zajrzało

U rybków spokojnie, choć znów glonojada nie widzę.
Chyba labeo źle na nie działa....

Kot jagodowy zasł nad krzyżówką

Kot Nadziei 


Pokrzywa, krwawnik, jasnota - najlepsza z fetą, szczypiorem i rzodkiewkami

Propozycja podania :D

 Z przygód książkowych- dla mnie nowość, a to już kolejne wydanie. Okazja, używana. Od Geralda i żonki;



A w międzyczasie przygarnęłam parę, bo biblioteka nasza nie chciała....


Wszystko fajnie, ale najfajniejsze na koniec.
"Nadka ciesząca się z uratowania ptaszka" :


środa, 8 lutego 2017

Mięśniochwat porażenny - wersja tupajowa

Pomału stan zapalny mięśni puszcza.
Trwał, jak poprzednio- tydzień. 
Powinnam napisać- trwa, bo jest jeszcze. 
Przyczajony; co jakiś czas mnie chwyta za podstawę karku i dźga pomiędzy łopatkami. Jednak to już nie ta "pieszczota" co parę dni temu.
Niewiele się różniłam od zamkniętego w klatce dzikiego zwierza. 
Chodziłam, żeby nie zwariować. Ból nie jest może tak silny - jako matka znam silniejszy- skurcze porodowe, ale upierdliwy, owijający się wkoło ciała, obrzydliwie natrętny. 
Trochę się pokładałam, kamizelka wełniana i ze trzy warstwy na sobie to była norma przez ten czas. Leki przeciwzapalne (niesterydowe) nie pomagały. 
Przeciwbólowe- też nie. Najlepiej- gdyby mnie ktoś na okrągło ugniatał, masował- wtedy dałoby się przeżyć. 
W końcu wizyta u lekarza; kolejne leki, ale ... dupa blada. 
Żadnej poprawy.
Ta nastąpiła dopiero po naparze z kory wierzby z kwiatem bzu i liściem porzeczki (na nery). 
No i po maści. Takiej o prostym składzie, od kochanych braci Czechów. 
Z mentolem (maść, nie Czesi). 
Myślę jednak, że po prostu procesy naprawcze tupajowego cielska jeszcze działają, mimo, że niektórzy już mnie napominają o czwartym krzyżyku, co niebawem za dwa lata....
Trzy dni oszczędzania i wygrzewania się, o ile się oczywiście da, żyjąc na wsi ;)
W przyszłym tygodniu ferie więc dzieciaki w Świetlicy. Mus być sprawnym na umyśle i w ogóle...;)

Stosując się do nakazu trzymania dziewczynek w zamknięciu, musieliśmy wykonać wolierę. 
Trzymanie 10 kur i 2 perliczek na 6 m2 to przesada. Dobrostan -zero.
Niedługo doszłoby do ataków agresji. 
I tak Titolong jest zestresowany, bo Zdzisław i Zdzisława coś za nim nie przepadają. 
Mam nadzieję, że mimo przeganiania on i Coli (czarna kurka) jedzą. 
Na razie nie zauważyłam spadku formy, oprócz braku piania Tito (tylko w kurniku) i jego świergotania. 

Tito

Dziefczynki uwięzione; w oczekiwaniu na jedzonko


Coli i Zdzisława 


Zdzisława
 Nie wyobrażam sobie życia bez kur.
Już nie.

A jaja?
Bez nich też nie.
Ostatnio naleśniki; ku obrzydzeniu mojego Taty- z nadzieniem z pieczarek, cebulki, czosnku, tymianku, cząbru, lebiodki z ciecierzycą.
Nie wiem, czemu nie lubi.







Jaja to też składnik faworków.
Dziś robiłam z Absorberami. Oczywiście połowa zniknęła od razu. 
Reszta na jutro.




I tak lecą dni za dniami.
Czas upływa w zwykłości- w życiu z Absorberami i futrzastą ferajną; na codziennych zajęciach; na paleniu w piecu, rąbaniu drewek, myśleniu o tym i owym; ja już o wiośnie, o zmianach, których chyba każdy wyczekuje. 
Choćby ptaki, które przybędą. 
Znów skowronek zaśpiewa i moje kochane kapturki.

Nerw bierze na szyszkę (ciągle i wciąż), na głos pił- częstszy niż przed zmianą ustawy...
Poza tym cały czas praca nad sobą.
Pozytywnie i do przodu.
Życia szkoda na złą energię.




sobota, 31 grudnia 2016

Proktologicznie czyli końcówka roku

Roku już ostatki. 
Roku, który przyniósł mi dużo. I dobrego, i złego.
Niestety, jako pierwsza nasuwa się strata. 
W czerwcu odszedł Garip.
Niedługo potem- Olka.

Ktoś się zaśmieje pod nosem, że kury można żałować. Ano- można.
Ptasie móżdżki są pojemne. 
Zasobne w pomysły, ciekawskie. 
Te fabryki jaj, które sobie tyłki dla nas nadwyrężają.
Zasralce podwórek.
Gdakające dziefczynki.

Ola była kurą z pierwszego w moim życiu stada.
Jako bardzo młoda dochowała się tuzina dziecioków. Niestety- większość straciła.
A jednak pozostały po niej Perła i Pepita. Obie niepodobne, bo rozstrzał fenotypowy przybliżył je do swoich przodków, nie do mamy. 
Nie wiem czy umarła ze starości. Po prostu usnęła.

Ola.Olka. Olunia.

Ola z dziećmi

Ola w Foxiuniu

Ola uczy wysiadywać. Z córą Perłą.

Olka

Ola (pierwsza z lewej) z koleżanką i perliczkami

Odejście Psa jest inne.
Inna jest więź. Naturalnie.
No i nie te jajka.

Mus się czasem pośmiać, bo tylko zatraciłby się człowiek w smutku, poczuciu straty.
Rozpacz jest.
Tak jest, ale nie można jej w sobie pielęgnować, bo to nie pozwala się zabliźnić ranom.
Najgorsze, a za razem potwierdzające cudowność mózgu i zdolności zapamiętywania są chwile, kiedy jestem w stanie odtworzyć odczucia- dotyku futra- zmierzwionego chorobą, dotyk wielkiego, ciepłego ciała, opierającego się przyjacielsko o udo, ciężar łba, który z westchnieniem rozleniwienia układał na stopie. Pysk uzbrojony w silne zębiska. Mogące bez trudu miażdżyć kości, takie niedobre, bo skaleczyły Absorbera, a poskromione, kiedy gmerałam, bo coś się w podniebienie wbiło. Nigdy mnie nie skrzywdził. 
Przeklęty mózg. Pamiętający ostatnie chwile agonii i to, że odszedł sam, bo Tupaja idiotka leciała po pomoc, zamiast zostać i być, kiedy odchodził.





Życie to patchwork.
I całe szczęście, bo bym oszalała.

Są i dobre wspomnienia minionego roku. A to między innymi Maszkaronik nasz.
Z jaworskiego TOZu.
Kochana Zaraza ziemniaczana. Krzykacz, sikacz, kupozjadacz, męczyciel Jagody i Absorberów. Podstępny wślizgiwacz nałóżkowy.
Po prostu- ona:




Ten rok to dla mnie czas uczenia się.
Siebie.
Czas przerabiania swoich spraw, robali, radości i czas zrozumienia, a właściwie rozumowania, które pomału u mnie się zmienia.
To czas rozwoju moich zainteresowań ziołami, pracą nad sobą, nad ciałem i umysłem.
Ten rok, a właściwie druga połowa, zdystansowana z lekka jeśli chodzi o blogosferę i internetnię samą w sobie. A właśnie dlatego.

Niestety to także rok wqurwu.
Na wiele spraw- całościowo, a głównie jeśli chodzi o polska przyrodę.
O drzewa, o ochronę gatunkową.
Mam spore obawy, że będzie hekatomba.
Że do lasu już spokojnie nie wejdę, a jak wejdę to może nie wyjdę. 
A i tak będzie moja wina. W końcu nie mój obwód. Łowiecki.

Kłóci się to wszystko- te emocje prące do tego by flaki z takich rwać z tym, w co się z lekka przemieniam. 
Zagotowuję się, puszczam parę uszami, zdrowo wrzeszczę, tak z przepony, ale staram się pracować nad niektórymi sprawami, emocjami. Nic to nie daje, a zabiera mocy. A walczyć trzeba.
Nie, nie odpuszczam, nie, nie zakrywam oczu. Tam gdzie mogę- będę walczyć, podpisywać petycje, mówić głośno, tłumaczyć, przekonywać. Ale nie dać się spuścić z kanał złych emocji, bo to osłabia.
A ja mam potrzebę bycia i życia. Mam dla kogo. 
Zdrowie jest najważniejsze.

Rok ten zabrał też wiele osób, które ceniłam za to co tworzyli.
Dawid Bowie, Maria Czubaszek, Marian Kociniak, Umberto Eco, Bogusław Kaczyński, Alan Rickman.

Oby następny nie był gorszy, niech nam zdrowie sprzyja, niech nie zepsują niektórzy wszystkiego, nie wyrżną, nie wybiją. Niech zostawia nam żubry, łosie, wilki, świerki z kornikiem.
Niech drzewa dalej sypią liśćmi, byle nie była to ich najważniejsza wina....
Niech nam nie zabiorą prawa do protestu przeciw przemocy wobec słabszych, przyrody, do walki o wspólne dobro, miejmy wolność sprzeciwiania się bezmyślnym decyzjom.
Niech nam da nadzieję. 
I uśmiech mimo wszystko.

No i wyszło smutnawo jednak. 
Taka już chyba wina końcówek.
Nie wszystkich, hre hre.
Ale roku tego niestety tak.


Ważne jest jednak móc, jak ten mały czarodziej, zamieniać zło w dobro.
Ja troszkę sobie czasem pomagam.
Po czerwcu dostałam drugiego, odważnego Anioła, który daje kopa jak się zastanawiam czy zaryczeć, czy ogon podkulić.
Garipu...