Dziś będzie krótko.
Za to dosadnie. Psy kocham i... chyba jestem bardziej psiara niż kociarą (mimo, ze "felisy" też darzę sympatią).
Chodzę Ci ja dziś ciężka taka, po domu. Niż za oknem, buro, sino, aż lampę w kuchni musiałam zaświecić; organizm aż płacze o drugą kawę, ale- basta.
Robię śniadanie dla Młodego i siebie- czyli gzik ze szczypiorkiem i kromale z wędlina do tego, kawa, mleko...A te łażą pod nogami, owijają się niczym węże przyczyniając się parę razy do potknięcia.
Miska- pełna, a jakże, suche leży i się sezonuje.
A czemu? A temu, bo pani w przypływie rozczulenia, kupiła kiciom puszeczkę. I teraz suche jest fe.
Gryzie w ząbki, a tfu! nawet toto wąsów nie zanurzy w woni tej karmy...
Wiem, przetworzona, niedobra, niezdrowa.
Z tym, ze skoro psy jedzą, nie zamierzam wkoło kotów latać. Jak mój serdeczny kolega z pracy, którego koteczka ma tylko... 11 miseczek. Jak nie to, to coś innego przegryzie....
Nieeee, to nie dla mnie.
A wystarczy, ze człowiek zostawi drzwi do kuchni otwarte. I już. Hop, na stół, zajrzeć do chlebaka, coś polizać.
A jak toto - Jagoda- się drze, ze nie ma co jeść? Znaczy- nie takie jakby chciała.
Najgorsze, że poprawna pod tym względem Lilith zepsuła się od tej starszej babki i też ma jakieś pretensje!
Mysza w kuchni dalej sobie rządzi, ma w nosie koty. A koty ja- bo jak nie nażarte porządnie, to i nie połapią myszy. Kółko się zamyka.
Tylko co to dla kota znaczy porządnie?
.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lilith. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 kwietnia 2012
piątek, 17 lutego 2012
Dziś dzień Felis catus
"Koty są czułymi panami, tak długo
dopóki znamy swoje miejsce."
Paul Gray
Coś w tym jest.
W obcowaniu z nimi nie odnajduje się przyjemności życia z psami. To coś całkiem innego.
Przepadam za zwierzętami, nie wyobrażam sobie życia bez nich, jednak bardziej cenię psy. Może ze względu na ich chęć kontaktu z nami. Jako zwierzęta stadne potrzebują nas,kontaktu, zainteresowania, zabawy; koty- żyjące samotnie, tolerujące towarzyszy własnego gatunku są wobec nas bardziej ... zdystansowane.
Nasza Jagoda krzyczy na mnie, że do miski dostaje suchą karmę, a nie puszkową. Ma czelność mnie zwyzywać, pieklić się, a koryto pełne chrupków.
Z reguły także, koty cechuje wielki egoizm. Kiedy wracamy do domu, Jagoda leci do kuchni. No bo jakby miałoby być inaczej- mam rzucić dziecko, torby i napełnić miskę karmą, żeby ona mogła łaskawie zjeść co jej dałam lub odwrócić się na tłustym zima zadzie i dalej miauczeć, że to nie to.
Lilith na razie nie przegina...
Nie uległa po prostu jeszcze szkodliwej edukacji Jagody....
Paul Gray
Coś w tym jest.
W obcowaniu z nimi nie odnajduje się przyjemności życia z psami. To coś całkiem innego.
Przepadam za zwierzętami, nie wyobrażam sobie życia bez nich, jednak bardziej cenię psy. Może ze względu na ich chęć kontaktu z nami. Jako zwierzęta stadne potrzebują nas,kontaktu, zainteresowania, zabawy; koty- żyjące samotnie, tolerujące towarzyszy własnego gatunku są wobec nas bardziej ... zdystansowane.
Nasza Jagoda krzyczy na mnie, że do miski dostaje suchą karmę, a nie puszkową. Ma czelność mnie zwyzywać, pieklić się, a koryto pełne chrupków.
Z reguły także, koty cechuje wielki egoizm. Kiedy wracamy do domu, Jagoda leci do kuchni. No bo jakby miałoby być inaczej- mam rzucić dziecko, torby i napełnić miskę karmą, żeby ona mogła łaskawie zjeść co jej dałam lub odwrócić się na tłustym zima zadzie i dalej miauczeć, że to nie to.
Lilith na razie nie przegina...
Nie uległa po prostu jeszcze szkodliwej edukacji Jagody....
sobota, 11 lutego 2012
Nasze koty.
Koty, koty...
Zawsze chciałam jakiegoś mieć. Przynosiłam jako dziecko różne bidy z ulicy, ale moja mama znajdowała im inne domy. Nie, to nie to, ze nie lubi tych zwierząt. Miała jednak parę koronnych argumentów przeciw, a prym wiodły moje alergie, po tym śmierdzące kupy w kuwecie z piachem (tak, wtedy chyba nie było czegoś takiego jak żwirki i inne absorbery ), a na koniec to, ze kot w domu "się męczy". Znaczy zabiera się mu jego wolność, nie daje możliwości prowadzenia aktywnego życia.
Z kotami stykałam się u teściowej, gdzie okazałe stadko obsiadało mnie dość chętnie. Reagowałam lekko zapalnie- znaczy alergicznie, katarem i wysypką, mimo to mietosząc towarzystwo.
Może troszkę egoistycznie, ale pomyślałam, ze z dala od rodzinnego domu (ale jeszcze w mieście), sprawimy sobie kota i zacznę odczulanie....
I tak zjawił się kocurek Iwan.
Niezapomniany, bo z tych co to łażą za człowiekiem, gadają do niego, lubią się miziać.

Nie był z nami długo. Po kastracji zaczęliśmy wypuszczać go na dwór i kiedyś nie wrócił.
Mam nadzieję, że może ktoś go przygarnął, wole nie myśleć, ze zginął pod kołami samochodów czy w wyniku walki z innymi kotami.
Jagoda- urocza w skutkach pomyłka.
Tęskniliśmy za Iwanem. Do tego stopnia, że Mój Towarzysz Życia, zgarnął kota z ulicy i- radosny, dzwoni do mnie: "Znalazłem Iwanka! Znalazłem Iwanka!". Ja wariatka, szybko w auto i prosto z pracy, ku zdumieniu szefa, wyleciałam do Mojego, żeby znajdę naszą wyściskać.
Wchodzę do biura- no, siedzi bure takie, na kolanach. Daje się miziać, ale oczy jakieś inne i....podeszłam bliżej, zajrzałam pod ogon....Iwanek jajek nie miał, ale koteczka to nie był na pewno!
Było mi żal, poczułam rozczarowanie. Wynieśliśmy kotkę, bo może porwana, miała swój kochający dom.
W tygodniu kot jednak zaczął Go odwiedzać w biurze. Z czasem wizyty stały sie częste, co dało nam do myślenia, ze skoro nie za każdym razem dostaje coś do zjedzenia, to chyba po co innego przychodzi.
Aż nadszedł czas, ze kotka- nazwana Malutką, nie pokazała się tydzień, dwa....Po czym w biurze Mojego pojawił się prawie wrak kota. Chuda, nastroszona, w fatalnym stanie. Decyzja była natychmiastowa.- przygarniamy.
No i mamy już dwie koteczki....bo....
Teściowa znalazła nam koteczkę o umaszczeniu tabby
Dachowiec, dzikuska, z charakterkiem zabójczyni. Assasini (Asani).
Od początku atakowała Jagodę- przemianowaną z Malutkiej, bo się rozrosła i przytyła.
Była kotem niezależnym, ale fajnym, była także naprawdę ładna. Niezwykle łowna. Kiedyś nawet przyniosła nam nornicę do "kuchni" i położyła koło garnków.
W zeszłym sierpniu straciliśmy ją.
Przerwała rdzeń kręgowy, próbując uwolnić się, kiedy zawiesiła się na uchylonym oknie.
Wiedzieliśmy, ze nie umrze naturalna śmiercią, bo była zbyt niezależna, ale...to było przykre.
Została pochowana pod jałowcami w ogrodzie.
Lilith- czyli - Jagoda nie radzi sobie z myszami.
Do stada dołączyła niedawno czarna kotka Lilith.
Dzika, że hej! ale już się nieco oswoiła.
Zawsze chciałam jakiegoś mieć. Przynosiłam jako dziecko różne bidy z ulicy, ale moja mama znajdowała im inne domy. Nie, to nie to, ze nie lubi tych zwierząt. Miała jednak parę koronnych argumentów przeciw, a prym wiodły moje alergie, po tym śmierdzące kupy w kuwecie z piachem (tak, wtedy chyba nie było czegoś takiego jak żwirki i inne absorbery ), a na koniec to, ze kot w domu "się męczy". Znaczy zabiera się mu jego wolność, nie daje możliwości prowadzenia aktywnego życia.
Z kotami stykałam się u teściowej, gdzie okazałe stadko obsiadało mnie dość chętnie. Reagowałam lekko zapalnie- znaczy alergicznie, katarem i wysypką, mimo to mietosząc towarzystwo.
Może troszkę egoistycznie, ale pomyślałam, ze z dala od rodzinnego domu (ale jeszcze w mieście), sprawimy sobie kota i zacznę odczulanie....
I tak zjawił się kocurek Iwan.
Niezapomniany, bo z tych co to łażą za człowiekiem, gadają do niego, lubią się miziać.

Nie był z nami długo. Po kastracji zaczęliśmy wypuszczać go na dwór i kiedyś nie wrócił.
Mam nadzieję, że może ktoś go przygarnął, wole nie myśleć, ze zginął pod kołami samochodów czy w wyniku walki z innymi kotami.
Jagoda- urocza w skutkach pomyłka.
Tęskniliśmy za Iwanem. Do tego stopnia, że Mój Towarzysz Życia, zgarnął kota z ulicy i- radosny, dzwoni do mnie: "Znalazłem Iwanka! Znalazłem Iwanka!". Ja wariatka, szybko w auto i prosto z pracy, ku zdumieniu szefa, wyleciałam do Mojego, żeby znajdę naszą wyściskać.
Wchodzę do biura- no, siedzi bure takie, na kolanach. Daje się miziać, ale oczy jakieś inne i....podeszłam bliżej, zajrzałam pod ogon....Iwanek jajek nie miał, ale koteczka to nie był na pewno!
Było mi żal, poczułam rozczarowanie. Wynieśliśmy kotkę, bo może porwana, miała swój kochający dom.
W tygodniu kot jednak zaczął Go odwiedzać w biurze. Z czasem wizyty stały sie częste, co dało nam do myślenia, ze skoro nie za każdym razem dostaje coś do zjedzenia, to chyba po co innego przychodzi.
Aż nadszedł czas, ze kotka- nazwana Malutką, nie pokazała się tydzień, dwa....Po czym w biurze Mojego pojawił się prawie wrak kota. Chuda, nastroszona, w fatalnym stanie. Decyzja była natychmiastowa.- przygarniamy.
No i mamy już dwie koteczki....bo....
Teściowa znalazła nam koteczkę o umaszczeniu tabby
Dachowiec, dzikuska, z charakterkiem zabójczyni. Assasini (Asani).
Od początku atakowała Jagodę- przemianowaną z Malutkiej, bo się rozrosła i przytyła.
Była kotem niezależnym, ale fajnym, była także naprawdę ładna. Niezwykle łowna. Kiedyś nawet przyniosła nam nornicę do "kuchni" i położyła koło garnków.
W zeszłym sierpniu straciliśmy ją.
Przerwała rdzeń kręgowy, próbując uwolnić się, kiedy zawiesiła się na uchylonym oknie.
Wiedzieliśmy, ze nie umrze naturalna śmiercią, bo była zbyt niezależna, ale...to było przykre.
Została pochowana pod jałowcami w ogrodzie.
![]() | |||||
| Asani z Jagodą. |
Lilith- czyli - Jagoda nie radzi sobie z myszami.
Do stada dołączyła niedawno czarna kotka Lilith.
Dzika, że hej! ale już się nieco oswoiła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


