Łazi to za mną, miauczy, nagabuje, zagląda, zaczaja się na mnie.
Gdzie nie spojrzę- ona.
Nawet na plecach czuję jej wzrok.
Miauczy.
Natrętnie, męcząco, mędzi i mędzi.
A czemu?
A, bo suche w misce.
A, bo zimno i che wejść.
A, bo zimno, ale nie bardzo, więc się zastanawia czy wejść, ale w razie czego pomiauczy.
Włazi to, niezauważane tam, gdzie nie lubię żeby właziła.
No więc wlazła.
Do naszej "łazienki".
Wszystko zadeptane.
Muszla, wanna, zlew.
Wszystko pozrzucane, jakby to co najmniej pantera śnieżna była, a nie zwykły dachowiec.
Kiedy ją odkryłam w łazience, to jak na mnie nawrzeszczała po swojemu!
Że czemu ją zamknęłam?
Że wyjść nie mogła! Że się jej łapy ślizgały jak chciała połazić po muszli!
Na koniec, że szampon spadł- złośliwie to zrobił! Na dodatek rozbryznął swą zawartość po podłodze i sobie ona- ta kota- łapki pobrudziła jakimś przeciwłupieżowym szitem!
Teraz, zza drzwi znów dobiega namolne miał! miał!
Ożżżżż!!!!!
Kocioł Unicalny znów nie do rozbuchania (to już staje się nudne). Zaraz zerknę, bo jest cień szansy na 70 stopni, bo naczynie przeponowe szumi.....
No...nareszcie.
Jest 70 na Eurosterze....
A ja chyba wrócę do swych czarów i okadzę dom, bo znów nam się wszystko pod górę ....
Ja rozumiem, że dom nasz jest niezbyt szczęśliwy- tak we wsi mówią.
Ale ja go naprawdę polubiłam.
Czuję, że on nas też.
Dawni właściciele- oprócz sąsiadki, która mi go sprzedała, chyba też już przyjaźniej patrzą tam, z góry (lub z dołu).
No właśnie.
Przekonałam się już dwukrotnie, że jeśli ci ktoś coś sprzeda i żałuje- to się nie wiedzie.
Tak jest z domem, bo baba żałuje, choć o dom nie dbała w ogóle, ale "ojcowizna"....
Tak samo mam z Behemotem, fordem scorpio, "krokodyl". Auto kupione na potrzeby rozrastającej się rodziny, do wożenia Garipa na wystawy....
Auto świetnie się prowadziło, wygodne, dużo miejsca, klima.
Mam jakoś tak dziwnie- pewnie wynika to z braku członka- że kręcą mnie duże auta.
Generalnie- im większe- tym lepiej mi się jeździ.
Kiedy wracaliśmy z Gliwic Behemotem, prowadziłam i w pewnym momencie ogarnęła mnie lekka panika, bo poczułam siłę odśrodkową....Cóż, na prostej nie poczułam tych 150 km/h na liczniku.....
Dobrze sprawował się krótko.
Zaczęły się problemy z elektryką...Koniec końców auto stało więcej niż jeździło.
Kolega Kamaxa, który nam go sprzedał, strasznie nie chciał tego robić, ale żona go zmusiła.
No i masz.
Nie wiem do kogo mieć większe pretensje- do żony czy do niego.
Jego nigdy nie lubiłam za bardzo, bo szowinista i bufon z niego.
Suma summarum- auto nam nie wyszło, choć jazda nim, jak wspomniałam, momentami sprawiała mi dużą frajdę, zwłaszcza jeśli połączyłam to ze słuchaniem energetycznej muzy
A co z domem?
Sama nie wiem.
Chyba znów muszę wsiąść na miotłę....