.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą entomologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą entomologia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 stycznia 2016

No i co z tą (de)gradacją?

Megi poprosiła mnie via fejzbuk o tekst przybliżający o masowych pojawach owadów zwanych gradacjami, a wszystko to w kontekście Puszczy Białowieskiej. 

Kornik - białowieski- chciałoby się rzec. (Wiki)

O tym miejscu pisało już wielu i skrajne są na jego temat opinie. 
Tak. Nasłuchałam się też, że jej rola jest przeceniana i wcale tak ona cenna wcale nie jest, że jej "pierwotność" to wymysł najaranych maryśką czy też obżartych psylocybinkami (pseudo)ekologów, a poza tym są inne, cenniejsze miejsca. 
Ofkors. Zgodzę się z tym ostatnim. Też sporo takich miejsc znam. W lasach gospodarczych; nawet niektóre objęte ochroną potem. 
Niestety spotkałam się też z akcją w jednym z nadleśnictw dolnośląskiej RDLP, gdzie koleżanka robiła magisterkę. Kiedy ją zaczynała i badała skład gatunkowy drzewostanów w pewnych dwóch oddziałach, "dziwnym" trafem, gdy okazało się, że kwalifikują się do ochrony ścisłej- zanim pracę obroniła przeprowadzono "czyszczenia". 
Głownie z grubizny, niszcząc przy okazji runo i cenne gatunki.

Nie. Nie twierdzę, że wszyscy leśnicy to debile widzący w drzewach kubiki drewna. 
Niestety dość często populacja ich skażona jest takim syfem; najgorzej jeśli dzieje się to na górze.

Co mnie wkurza w tej awanturze o Białowieżę- to, że przy okazji walki z kornikiem, pozyska się sporo dodatkowego surowca w postaci zdrowych drzew- niekoniecznie świerków.

Do gradacji wracając.
Populacje w przyrodzie podlegają ciągłym zmianom. 
Żaden gatunek nie cieszy się stałym szczęśliwym zagęszczeniem osobników w siedlisku. Początkowo liczebność rośnie (przy założeniu, że środowisko jest przyjazne). 
W pewnym momencie osiąga stan szczytu liczebności,generalnie wyznaczany przez pojemność siedliska (tyle ile może wyżywić, pomieścić etc.). Jeśli ją przekroczy, a często tak się dzieje- następuje faza spadku, po czym znów wszystko powraca do stanu (względnej) równowagi poprzez odbudowę populacji. 
Populacja danego gatunku nie żyje w oderwaniu od innych gatunków (no, chyba tylko poza niektórymi typami ludzi). W przyrodzie wszystko się ze sobą splata. I nie jest to prosty łańcuch jak to nas kiedyś w szkole uczono, tylko sieć zależności i to na różnych poziomach. 
Fitofagi mają wrogów- drapieżców i pasożyty (często i nadpasożyty). 
Nie zapominajcie, że do tego dołączają się abiotyczne elementy – klimat z całym wachlarzem czynników- temperatura, wilgotność, a także cechy siedliska- gleba, jako podstawa bytu roślin, jej zasobność w składniki odżywcze, dostęp do wody. Wszystko to składa się na warunki w jakich przyszło żyć gatunkowi, osobnikom, całej populacji.
Nie zawsze wszystko przebiega prosto (zwykle nie przebiega prosto), a w przypadku niektórych gatunków- tu owadów akurat, przybiera nieco monstrualne rozmiary. 
Masowy pojaw gatunku szkodliwego dla lasu gospodarczego (tak, w naturalnym nie ma szkodników- to wymysł ludzki) nazywany jest gradacją.

Oczywiście przed i po ilość osobników nie jest porażająca (leśnika) więc nie ma powodów do paniki. Taki masowy pojaw to nie kwestia strzału z pazurków kornika czy cetyńca i – WŁALA! Mamy gradację! 
Nie, to trwa. Czasem nawet lat kilkanaście. Nie wszystkie fazy narastania "zagrożenia" są łatwe do obserwacji; część oczywiście jest do wychwycenia. 
Zwykle ostatnie stadium tzw. "wybuchowe" to spektakularna rzeź roślin przez żarłoczne roślinożerne owady, które w ekstazie wielkiego żarcia niweczą pracę pokoleń leśników....
Co naturalne, gradacji "szkodników" towarzyszy wzrost liczebności populacji drapieżników i pasożytów. Często likwidują one populacje fitofagów (roślinożerców), ale z pewnym opóźnieniem. 

Co powoduje gradacje? 

Teorii jest parę i temat nadal drążony jest silnie. 
Podaje się, że jednym z czynników jest naruszenie równowagi na poziomie pasożyt- gospodarz. 

Jej następczynią była teoria biocenotyczna, wskazująca na złożoność przyczyny, a bazująca na zachwianiu całej biocenozy. Wskazuje się także silne znaczenie klimatu i związane z tym migracje owadów i ich wrogów naturalnych, a także wpływ ilości opadów- lata suche i gorące miały by sprzyjać masowym pojawom owadów. 

Całe szczęście wymienia się -wg mnie- podstawowy czynnik jakim jest sztuczny charakter drzewostanów. 

Monokultura świerkowa
 (internet)


"Naturalnie" nieodpornych lub mało odpornych. Sadzone w monokulturach (drzewostan składający się z jednego gatunku drzewa- np. sosny, świerka), na dodatek w nie swoim siedlisku (np. drzewostany sosnowe w siedlisku naturalnym dla lipy, grabu), do tego jednowiekowe. 
Stworzone przez człowieka w miejscu drzewostanów mieszanych, z bogatym podszytem, różnorodną fauną.
Stan fizjologiczny roślin także wpływa na ich odporność. Logiczne.

Wszystko to w kontekście korników i świerków białowieskich. 
Nie wiem czy tamtejsi leśnicy w tym "gówny minister" (małą literą) znają historię lasu bawarskiego- chyba nie, a powinni. Klik

Obawiam się cięć na taką skalę- raz- erozja, dwa niszczenie siedlisk, trzy- łupienie przy okazji innych gatunków, cennych dla przemysłu drzewnego. 
O ile gradacja jest na pewno czymś dla lasu spektakularnym-ale- należy podkreślić, że zniszczeniu towarzyszy tworzenie. 
Padają drzewa stanowiące dla owadów żywiących się drewnem martwym siedlisko do życia. 
Te z kolei stanowią pożywienie ptaków, drobnych ssaków, innych bezkręgowców. Rozkładające się drewno to nisza dla grzybów i mikroorganizmów. 
Do tego- po wypadnięciu starszych-  powstaje miejsce dla młodych drzew.
Drewno rozkładana i przerabiane. 
Wraca do gleby.
 


Drugie życie drzewa. 
In situ- nie w desce podłogowej czy polanie do pieca.




Podparłam się nieco:

R. Luterek "Entomologia leśna z zarysem ekologii owadów"
L. Drozd, M. Florek "Leśnictwo"




sobota, 26 września 2015

Mam ją!

Od dłuższego czasu szukałam.
Raz spostrzegłam na jakimś portalu, ale cena mnie ostudziła.
Opłacało się poczekać.
9,50 i jest moja.
TARAM!


Oczywiście kto nie w temacie- odsyłam tu: klik
Pisałam już bowiem o swoim ulubionym, obcym entomologu (mój guru- Polak to Witold Koehler- dodatkowo znawca leśnictwa i entomologii leśnej oraz hylopatologii (choroby lasu)).

Ta książka jest piękną opowieścią o owadach, ich zwyczajach, świecie, opisana łatwym językiem, barwnie i z zacięciem. Oczywiście zdobią ją ryciny autora. 
Tu wybrana z turkuciami podjadkami:


Za podsumowanie owadziego świata  i zaproszenie do lektury  niech posłuży krótkie zdanie Fabre,a:

" W ich świecie kopacz przywdziewa wspaniały kontusz, 
grabarz przepasuje się potrójną szarfą koloru zorzy, 
tracz pracuje w aksamitnym kaftanie".

Oczywiście od czasu oryginału, a potem wydania polskiego (1959 r.) upłynęło już sporo czasu i poczyniono wiele zmian w nomenklaturze, w systemetyce, ale wygląd, zwyczaje i niesamowitość świata sześcionogów pozostała niezmienna.


piątek, 27 września 2013

Tupaja rozkłada trupka, trochę czyta i rzuca klątwy w Rumunię.

Chłodem powiało.
Wczorajsza noc przybliżyła nas do klimatów zimowych. 
Plus pięć.
Rano w pokoju zrobiło się rześko.
Tak...równe piętnaście.

Fajnie się śpi, z łóżka wyskakuje się chwacko.
Szur w drechy, mleko Młodemu, Młodą i Jego ubrać. Jedno i drugie ciepło, cebulkowo.
Potem, jak co dzień- leki Garipowi i szur! psowate na dwór.
Potem moja dobra znajoma Ściera i Wiadro plus woda i detergent i jechane. 
Konserwacja powierzchni płaskich. 
I tak do śniadania.

Po tak miłej rozgrzewce zwykle jestem już do końca obudzona i załapuję więcej niż średnią temperaturę więc i jajko dla Absorberów mogłabym czasami ugotować sobie w dłoniach.

Jeden z pokątników niestety zaliczył zgon w łazience co wykorzystałam. 
Nareszcie, bo już parę trupów nie naruszonych było od czasu naszego zamieszkania w  Tupajowisku, a ja nic z tym nie zrobiłam. 
Konstruktywnego.

Dziś dojrzałam do decyzji, zebrałam, a właściwie wyciągnęłam swoje zabawki i go sobie rozłożyłam.


Kartoniki już mi się skończyły.
Przynajmniej te większe.
Zostały na drobnicę, a do tej złowieszczki nie należą.
Pomocne okazało się pudełko po papierochach. 
Wycięłam ładnie, po linii napis: PALENIE ZABIJA i przysłużyło się zacnie.

Mało profesjonalny zestaw moich narzędzi preparacyjnych i trupek.
Niestety, przy etykietowaniu potwierdziły się moje przypuszczenia, że oczka mi się popsuły, bo wypisanie podstawowych informacji do mojego zbioru, sprawiło mi lekką trudność. 
Nie mogłam zogniskować wzroku na malutkiej karteczce. 
A i pismo mi się już rozchwiało, bo i kiedy mam pisać i co? 
Ręczne odeszło do lamusa. Mam nadzieję, że nie na zawsze.


Przy okazji przypomniałam sobie ile mam rozłożonych chrząszczy i pluskwiaków, parę motyli, oznaczonych lub nie, a nie włożonych do gablotki.
Dobrze, że ich nic nie pożarło....
Chrząszcz trafił tu, ale mam nadzieję, że znajdę chwilę co by go przełożyć gdzie trzeba.

Rozpinanie przypomniało mi moje wyprawy na owady, obserwacje i zatęskniłam za tym.
Mam nadzieję, że przyszły sezon, może z Młodymi, będę mogła znów poświecić swojej jednej z paru pasji, jakie posiadam.

Ostatnio udaje mi się- o dziwo!- czytać książki.
Co prawda z prędkością około 10 stron dziennie, ale to jak na moje obecne realia absorberowe wyczyn nie lada.
Oczywiście czytam tylko w WC, ale to mały szczegół.
I tu przypomina mi się zdjęcie z którejś z gazet, z półką z książkami w ... ubikacji.
I wiecie co?
Już mnie to nie śmieszy!

Przeczytałam z przyjemnością "Jedz, módl się, kochaj" E. Gilbert, a teraz zaczęłam "Ostatniego Amerykanina" tejże. 
Równie gładko, z humorem, dobrze napisana.
Do tego przemyślenia mi bliskie.

Wcześniej naruszyłam "Cukiernię Pod Amorem" z cyklu sagi o Zajezierskich Gutowskiej- Adamczyk, ale jakoś mnie nie pochłonęła.

Biblioteka w Paszowicach jest całkiem fajnie zaopatrzona.
Korzystam często.
Mimo, że mam sporo książek, na które mam ochotę po raz wtóry, ale stwierdziłam , że ileż można taplać się ciągle w tym samym?
Czechow. 
Listy Czechowa. 
Dostojewski, wspomnienia Anny, listy Anny Dostojewskiej, wywody innych o Dostojewskich...
Hesse, Strindberg....
Nieee....

Czas się odkurzyć.


No i czekają na swoją kolej. 
Także baśnie fińskie.
Ech, ta Skandynawia....

Cóż poza tym?
Ano- mały kwiatek z rozmówek damsko- męskich.

Tupaja: Kupiłam sobie wreszcie kapcie! (zajechałam chińskie klapki). W naszym sklepiku, za całe 6,50!
Kamax: No i dobrze.
Tupaja: Ale są męskie. Nie było w moim rozmiarze takich o grubej podeszwie. Duże, ale są bardzo wygodne!
Kamax: Bo męskie.

He, he, he!
Niom....

Drugie z serii poza tym?

Jestem rasistką.
Aktualnie nienawidzę- choć może to zbyt wiele powiedziane, bo nie pozwalam sobie na miotanie złych myśli. Bo...wracają.
A jednak. 
Nienawidzę Rumunów i mam ochotę napisać ich nację z małej, gównianie małej litery.
To, co się dzieje z bezdomnymi psami w tym kraju to piekło. 
Barbarzyństwo. Po prostu masakra.

z Facebook'a


Sąd Konstytucyjny w Rumunii orzekł, że zabijanie psów w tamtejszych schroniskach po 14 dniach od ich przybycia jest zgodne z rumuńskim prawem.

UE oczywiście, jak w każdej ważnej, ale nieopłacalnej (finansowo) sprawie milczy.
Podejrzewam, że część miałaby ochotę wprowadzić podobne przepisy w swoich krajach.

Hekatomba trwa.

Nawet już nie będę o tym więcej pisać, bo naprawdę, uczucia jakie się we mnie gotują jak widzę zdjęcia z ulic wystarczą.
Złe myśli, złe życzenia....

Nie mogę zrobić nic więcej niż podpisać się pod petycjami i bojkotować, na swój sposób, ten gówniany kraj.




----------------

Bardzo krótki, ale treściwy artykuł na ten temat na portalu psy.pl wraz z linkiem do petycji jest TUTAJ


------------------
Edycja z soboty i krótki tekst Doroty Sumińskiej na temat :
http://www.psy.pl/felietony1/dorotasuminska/art76,zabic-jest-najprosciej.html

środa, 3 kwietnia 2013

Ku pokrzepieniu serc.

Słuchajcie moi mili.
Jestem wqrwiona.
I to nie za sprawą zimy, bo ona to paproszek w porównaniu z inną materią, od której niestety na razie jestem zależna, a zależność finansowa to zależność ....wqrwiająca.

Poczynania owe są karalne, ale cóż...
Na razie, póki co wierzę, że to czysta złośliwość, choć ta już jutro może mnie kosztować 400 pln za niespłacenie zadłużenia. 
Ale co tam- to mój problem, nieprawdaż?


Wracając do poprawiaczy nastroju, to wczoraj, na google widzieliście coś takiego (pod warunkiem, że używacie tej wyszukiwarki...):




Ja to, przez moje nastroje i nerwy, powiem szczerze przyjęłam, ze jest, ale nie zagłębiałam w szczegóły.
Na ważność tego obrazka- oprócz tego, że był z robalami, zwrócił mi na fb lubiany przeze mnie profil Crazy Nauka.

A jest to szkic pewnej pani, która rozkochana w owadach, nie dość, ze je badała, obserwowała to jeszcze rysowała z natury.
Podobnie jak kiedyś wspomniany przeze mnie Fabre badała i zgłębiała wiedzę o zwierzętach z pasją i nie polegała na współczesnych  i dawnych teoriach, tylko rozwiewała je, bo po doświadczeniach dochodziła do wniosków.

Maria Sibylla Merian była córką wydawcy i grafika Mateusza Meriana (znanego autora dzieł Theatrum Europaeum i Topographien) i Joanny Sybilli Heim. 

http://womenandthegarden.blogspot.com

Ojciec zmarł, gdy miała 3 lata. Jej matka poślubiła Jakuba Marella (malarz kwiatów), który nauczył ją malarstwa i grafiki. 
W wieku 13 lat malowała "z natury" swoje pierwsze obrazy owadów i roślin.
Swoje obserwacje zaczęła od jedwabników. 
Okazało się, ze wiele gatunków motyli ma piękne gąsienice i Maria zaczęła przyglądać się przeobrażeniu tych owadów. Zaczęła zbierać różne gatunki i dokumentować ich życie malunkami.
Na jej ilustracjach widać żerujące gąsienice i ich rośliny żywicielskie.


picturingplants.com


Maria, po poślubieniu malarza Jana A. Graffa i po urodzeniu córki, zamieszkała w Norymberdze, gdzie nadal z pasją oddawała się obserwacjom i malowaniu owadów.
Wątpiła w prawdziwość opinii (pochodzącej od Arystotelesa), że owady powstają z gnijącej materii (z tego powodu Kościół określał owady jako "twory diabelskie"), i badała przemianę gąsienicy w motyla.


Na podstawie szkicownika i notatek powstała jej pierwsza książka Neues Blumenbuch (Nowa książka o kwiatach) (1675), zawierająca szczegółowe obrazy roślin. 

http://smithsonianlibraries.si.edu


W 1678 urodziła drugą córkę Dorotę Marię, a rok później wydała książkę Der Raupen wunderbare Verwandlung und sonderbare Blumennahrung (Cudowna przemiana gąsienicy i jej szczególne pożywienie kwiatowe), w której szczegółowo przedstawiła etapy metamorfozy gąsienicy w motyla.
W 1685 rozstała się z mężem i przeniosła się do szwagra do zamku Waltha w Holandii, gdzie zamieszkała we wspólnocie pietystów. 

Zamek był własnością Cornelisa van Sommelsdijka, gubernatora Surinamu. Maria Sibylla zapoznała się tam z fauną i florą tropikalną Ameryki Południowej.Stamtąd także pochodzi wiele prac tej badaczki i artystki w jednym.
Wyjazd do Surinamu (wbrew rodzinie i znajomym) ułatwiło jej stypendium przyznane przez miasto Amsterdam, do którego przeniosła się niebawem po przyjeździe do Holandii.


Po przybyciu do stolicy Surinamu - Paramaribo, Maria Sibylla z córką odbyły wiele wypraw w głąb lądu, w czasie których sporządziły liczne opisy, rysunki i akwarele m.in. metamorfozy owadów. W 1701 Maria Sibylla zachorowała na malarię i musiała wrócić do Holandii.
Zebrana w Surinamie ogromna dokumentacja umożliwiła Marii Sibylli po 3 latach intensywnej pracy opublikowanie w Amsterdamie w 1705 jej najważniejszego dzieła: Metamorphosis insectorum Surinamensium


Wysoka cena tej książki powodowała, że niewielu ludzi ją kupowało i Maria Sibylla musiała utrzymywać się z nauki malarstwa, sprzedaży przyborów malarskich i środków leczniczych, sporządzanych z roślin i zwierząt.
Jeszcze za życia zyskała sławę wielkiego przyrodnika i artystki. W 1715 została częściowo sparaliżowana na skutek apopleksji i zm. 2 lata później w wieku 70 lat.


Po śmierci szybko zapomniana, Maria Merian została ponownie odkryta i doceniona pod koniec XX wieku. 
Wyrazem tego jest m.in. umieszczenie jej portretu na banknocie 500 marek niemieckich, znaczku pocztowym w 1987, nazwanie wielu szkół jej imieniem, a nawet statku badawczego w 2005 r.


Dorobek Marii Merian jest znaczący. Była pionierką entomologii. Przyczyniła się do wyjaśnienia cyklu rozwojowego owadów i swoimi nowatorskimi publikacjami w języku niemieckim spopularyzowała tę wiedzę (wówczas większość dzieł naukowych pisano tylko po łacinie, co ograniczało liczbę czytelników).

Ponadto Merian wykazała, że każdy gatunek motyla w stadium gąsienicy ma swoje wybrane rośliny żywicielskie, na których znoszone są jaja. 
Była jednym z pierwszych przyrodników obserwujących bezpośrednio naturę zamiast tworzyć fantastyczne spekulacje naukowe w teorii. 
Była także pionierką naukowych wypraw badawczych; jej wyprawa do Surinamu zaowocowała odkryciem wielu nieznanych gatunków roślin i zwierząt, a klasyfikacja motyli i ciem sporządzona przez Merian obowiązuje do dzisiaj. 
Wielu roślinom nadała nazwy naukowe, pochodzące z języków miejscowych Indian i spopularyzowała je w Europie.

Podziwiam, jako że sporo pracowała majac malutkie dzieci.
Ciekawe, pewnie miała jakąś niańkę?

Mnie się także taka praca podoba; póki co jednak pozostaję przy pisaniu o pierdołach mniejszego lub większego kalibru, czasem uda mi się zauważyć, że prócz śniegu, braku wypłaty i rodzących się z tego złych myśli oraz wściekłości- takie kwiatki jak Maria!










czwartek, 7 lutego 2013

Urzekający urok ryja.

Jako matka Polka z chronicznie zimną kawą w kubku, wracam niekiedy do czasów, kiedy to więcej mnie w domu nie było, jak byłam, a głównie latałam za robalami.
I bez takich mi tu bezecnych domysłów...!
Nie, moi drodzy.
Jako nastolatka nie bawiłam się w "słoneczko" czy inne tam gierki rówieśników, ale jak na samotnicę przystało, brałam plecaczek, wodę, zatruwaczkę, czerpak i parę pudełek i ruszałam w teren. 
Na owady.

O mojej fascynacji pluskwiakami z rodziny Pentatomidae (tarczówkowate) już pisałam TUTAJ.
Prócz mojej sympatii do wyżej wymienionych oraz motyli, pałam wielką sympatią do tej rodzinki chrząszczy: ryjkowców (Curculionidae).

W faunie Polski występuje ponad tysiąc gatunków. 
Większość z nich to drobne chrząszczyki, o których obecności- koło buta czy też nad głowami, nie zdajemy sobie sprawy, ale i kilkunastomilimetrowe czy nasz gigant- rozpucz lepiężnikowiec (Liparus glabrirostris).

Rozpucz- mój ulubiony wielkochrząszcz (fotocommunity.com)

Oczywiście występują także wielgachne ryjki, ale na nie zasadzić by się można jedynie w tropikach.
Ubarwienie chrząszczy jest zmienne. 
Są i niepozorne, ale i w naszej entomofaunie zdarzają się gatunki pięknie, metalicznie ubarwione jak np. naliściaki (Phyllobius) lub obryzgi (Polydrusus).

Phyllobius (zin.ru)

Generalnie nazwa polska : ryjkowce nawiązuje do...ryjka. 
Najdłuższego u słoników. Dłuższe ryjki mają samice. Dłubią nimi w orzechach (słonik orzechowiec)  i żołędziach (żołędziowiec), a potem, w wydrążenia samice składają jaja.




Słonik żołędziowiec (fotoprzyroda.pl)
Generalnie ryjkowce pyszczki mają cudowne- tu dodatkowo widzimy łuski, które nadają kolor i blask chrząszczykowi (bishopmuseum.org)

Tu też przyjemniaczek z profilu (photomacrography.net)

Flickr.com
 Bywają też cudne "włochacze"-

Chrząszcz z rodzaju Cleopus (biolib.cz)

 Zwykle łowiłam ryjki przez wypatrywanie lub otrząsanie roślin do parasola.
Czasem czerpakowałam, ale zwykle więcej miałam pajęczaków i muchówek....

Nastanie czas, kiedy znów się puszczę.
Nie, nie tak, jak co niektórzy sobie mogą w swoich ekhm głowach myśleć.
Puszczę się z czerpakiem w ziołorośla, na łąki pobiegnę...
Ech!
Na ryjaaaa!!!!!



wtorek, 5 czerwca 2012

Jean Henri Fabre- czyli raj entomologa w Prowansji

No tak, w przerwie miedzy karmieniami, myciem podłóg i przygotowywaniem obiadu, siadam do latopa i myślę....
Napisałam krótki post o książkach; o owadach, pisanych dla szerszego grona czytelników. Wśród autorów znalazł się Fabre.

Powiem szczerze, że kyja  mnie natchnęła do napisania czegoś o tym człowieku, pytając czy napisał on książkę o motylach.
Szczerze powiem- nie wiem.
Nie znam kompletnie francuskiego, dlatego troszkę marne okazały się moje poszukiwania informacji na jego temat.
Mogę zacytować co nieco ze wstępu książki
"Z życia owadów" jego autorstwa (tłumaczenie: Zofia Bohuszewiczówna i Maria Górska).


        Jean- Henri Fabre,

 urodził się w 1823 roku (zm. 1915 r.) w Saint- Leons, w Prowansji, jako syn ubogich wieśniaków. Żył w nędzy, a wiedzę której był niezwykle zachłanny zdobywał często kosztem niesłychanych wysiłków.

Zdobył dwa dyplomy - na wydziale przyrodniczym i matematycznym Uniwersytetu w Monpellier.

Nie poświęca się jednak  karierze naukowej. Życie koryguje plany i młody Fabre rusza do pracy.


Wiele lat swojego życia poświęca pracy nauczyciela w szkole ludowej , potem w liceum. Już wtedy daje się poznać jako posiadający wielki dar do przekazywania wiedzy, którą posiadał i zarażający pasją dzieci i młodzież.

Tym, co sprawiło, że Jean zainteresował się jeszcze bardziej entomologią, było dzieło Leona Dufoura, traktujące o życiu owadów.
Zachwycony literaturą, rzuca się w wir badań, które do reszty go pochłaniają.
Ciężko było mu jednak godzić pasje badacza z pracą, która była niezbędna by zaspokoić życiowe potrzeby.
Nie spotykał też uznania w swoim środowisku, a wręcz wrogość i brak zrozumienia jego pasji.

Dopiero po 40 latach, kiedy porzucił miasto i przeniósł się na wieś do Serignan, gdzie mieszkał aż do śmierci.
Dom Fabre'a (http://telbas.over-blog.com)
Ogród, w którym często prowadził swoje obserwacje (http://telbas.over-blog.com)





Gabloty ze zbiorami Fabre'a (http://telbas.over-blog.com)

Żył jak pustelnik całkowicie poświęcając się pasji . Podpatrywał życie i tajemnice owadów. Nie obserwował martwych zwierząt (wbrew temu, co czynili jemu współcześni badacze), a żywe, w warunkach naturalnych.

"Wy ćwiartujecie zwierzę", zwraca się w jednym ze swych dzieł do ogółu entomologów, "a ja studiuję je pod szafirowym sklepieniem nieba; wy czynicie z niego przedmiot wstrętu i litości, a ja uczę je kochać. Wy badacie śmierć- ja badam życie" .

W Polsce nie wydano wiele z dzieł Fabre'a. A szkoda, bo jednym z nich jest dziesięciotomowe dzieło "Pamiętniki entomologa" zawierające opisy z życia owadów.
Zawierają nie tylko spisane obserwacje, ale i rysunki owadów, które badał.
Jest więc Fabre nie tylko badaczem, ale i artystą.

rys. Studium modliszek

Poniżej niektóre z wydanych książek z ilustracjami autora.
(zdjęcia pochodzą ze strony: http://ambre.jaune.free.fr )


W "Pamiętnikach..."  poświęca dużo uwagi zachowaniom owadów. Jest pasjonatem badań nad instynktem u tych zwierząt.

Wielka szkoda, że  do tej pory nie znaleźli się chętni do przetłumaczenia tego 10-tomowego dzieła.
Byłby to kąsek nie lada...:) Podejrzewam, że nie byłabym jedyną, która skakałaby z radości.
Czytajac Fabre'a ma sie uczucie, że leży się na trawie obok niego i zagląda do świata sześcionogów...Poznaje ich tajemnice, tragedie i sukcesy. Cudowny mikrokosmos...





Pomnik Fabre'a w Serignan (http://www.provence.guideweb.com/villes/serignan-du-comtat/)







A tutaj....to bym chętnie pojechała:
Mikropolis

Lekkim piórem o owadach.

"Każdy śpiewać może..." jak to w niezapomnianej piosence w wykonaniu Stuhra.

Każdy pisać też może, co i w sieci widać- choćby po wielkiej ilości blogów. Książek też rodzi się chyba więcej niż kiedyś. Wystarczy mieć pomysł (choć niekiedy zdaje się, ze i z tym autor ma problem), znać mowę ojczystą (z tym też różnie bywa) i posługiwać się nią sprawnie (choć i teraz z tym łatwiej, bo od poprawek jest korektor....a jak się napisze nieskładnie, to "się wybaczy", bo zawsze można to nazwać "specyficznym stylem pisania" na przykład).

O moich ciągotach i fascynacji światem schitynizowanych stworzeń sześcionogich już pisałam; dziś prezentuję książki, które zajmują jedne z ważniejszych miejsc w moim życiu (a tym samym w mojej biblioteczce).

To swoiste klasyki (Strojny, Fabre, Koehler, Wilson) oraz pozycja- z racji tematu bardzo ciekawa i napisana przystępnym językiem.
Właśnie.

Wszystkie te pozycje łączy jedno- przystępna forma. Nie są to elaboraty naukowe, choć autorzy rekrutują się także z grona profesorskiego.
To pozycje, które z czystym sumieniem mogę polecić tym, których świat owadów interesuje, a boja się lub nie maja potrzeby zgłębiania literatury tzw. fachowej.


1. Witold Koehler "Saga rodu sześcionogów"
Wydawnictwo: Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984 r.

Autor to profesor zwyczajny, leśnik, entomolog, hylopatolog (hylopatologia- prosto rzecz ujmując: wiedza o chorobach lasu). Miał niezwykły dar przekazywania wiedzy. Język swobodny, a wiedza- przeogromna. Prócz pozycji z zakresu ochrony lasu, entomologii leśnej, pisał także o owadach dla szerszego grona odbiorców, a także o zwierzętach. Ksiażki takie jak "Zwierzęta czekają" czy "Przymierze z lasem" (obie z nich posiadam) to już dla mnie klasyka.

Jeśli chodzi o "Sagę.." to  świetne opisy, snute opowieści o owadach, głównie leśnych. Same tytuły rozdziałów  brzmią już zachęcająco np. Wąsaci sztyletnicy ( o błonkówkach z rodziny gąsienicznikowatych- pasożytach larw motyli ), Dziwactwa osnujowe ( o gatunku owada- Osnui gwiaździstej).
Książkę zdobią rysunki autora, poczynione w czasie obserwacji życia owadów.


2. Jean Henri Fabre "Z życia owadów".
Wydawnictwo: Alfa, Warszawa 1994
Wydanie oparte na edycji Spółdzielni Wydawniczej "Wiedza", Warszawa 1948 r.



Fabre to niesamowita postać. Przyrodnik wielka gębą, obserwator, zafascynowany światem owadzim. Książka napisana lekko, przyjemnie, czuć ducha uznania dla świata małych-wielkich zwierząt, którymi się fascynował.
Więcej o autorze-Notka biograficzna .

3. Bert Holdobller, Edward O. Wilson "Podróż w krainę mrówek"
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, Warszawa 1998



Książka, w czasie naszych zmagań z tymi owadami (historia walk z mrówkami w Ostoi ), leży spokojnie na półce...Jednak nie mogłabym o niej nie wspomnieć. A to z racji autora, który ma wiedzę wielką, i to z zakresu entomologii jak i socjobiologii. Człowiek wielki,  jak dla mnie- Edward O. Wilson (Notka biograficzna ).
To chyba kompendium wiedzy dla myrmekofili. Ja też przeczytałam w swoim czasie z wielkim zainteresowaniem. Pozycja traktuje o najciekawszych faktach z życia mrówek, a napisana jest przystępnie.
Książkę zdobią liczne ryciny i fotografie oraz barwne tablice wykonane przez Dawsona.

4. Mirosława Dylewska "Nasze trzmiele"
Wydawca: ODR, APW Karniowice


Kompendium wiedzy o tych ciekawych i pięknych owadach.
Napisane rzeczowo, ale bez wielkiego zadęcia naukowego. Jest o wszystkim- biologia, behawior, rola w przyrodzie a także trochę o hodowli. Naprawdę ciekawa książka.

5. Władysław Strojny "Spotkania z owadami" 
 Wydawnictwo: PZWS, Warszawa 1971


"W świecie owadów"
Wydawnictwo: Wiedza Powszechna, 1957





Autora raczej przedstawiać nie trzeba, ale jakby kto nie znał to notka jest TUTAJ
Znany przeze mnie z dzieciństwa, jako dorosła szukałam i znalazłam znane mi książki.
Każda z nich pisana raczej dla młodzieży- bardzo przystępnie, ale nie dziecinnie, okraszona zdjęciami. Pisana z pasją i ta pasja mnie zaraziła.
"W świecie owadów" ma nawet dedykację (książkę zakupiłam we wrocławskim  antykwariacie), także jeszcze bardziej wartościowa.