Miałam już dość dawno napisać o tym, ale - jako, że temat zawsze mnie elektryzuje negatywnie- odpuszczałam, bo miałam ciekawsze i milsze rzeczy do przekazania.
Do czasu, a właściwie momentu, kiedy to przy porannej kawie przeczytałam komentarz do mojego udostępnienia na fejzbuku, a dotyczącego niczego innego jak awantury wkoło nowelizacji prawa łowieckiego.
To, że ktoś ma inne zdanie niż ja- ma prawo, tak jak i ja mam prawo mieć swoje.
Wielokrotnie na swoim blogu jasno je określiłam w stosunku do tematu myśliwych i myślistwa jako całości.
To, co "komisja" (w większości złożona z myśliwych) uzgodniła w swoim gronie, nie dopuszczając do głosu (łagodnie rzecz ujmując) organizacji związanych z ochroną przyrody, ochroną praw dziecka, a także przedstawicielami innych środowisk, które także maja w tej sprawie sporo do powiedzenia chyba każdemu przynajmniej śmignęła nagłówkiem czy nawet konkretnym artykułem.
Postulowano zakaz udziału dzieci w polowaniach z nagonką, wycofanie amunicji ołowianej oraz możliwość łatwego wyłączenia własnego gruntu z obwodu łowieckiego (tak, chcą polować także na cudzych gruntach).
Wszystkie argumenty zostały olane.
Całe szczęście sprawa nie jest zakończona.
Wiecie co, nie pisałabym o tym, bo nie lubię się ostatnio wkurwiać.
Tylko komentarz jednego z blogerów, strzelającego fotki ( nie bez uroku z resztą) dzikim zwierzętom, a w którym zarzucił mi brak wiedzy i kazał "zamknąć" (cytat dokładny) wywołał mnie do tablicy.
Po pierwsze- kolego blogerze- kulturka to chyba daleko za tobą chodzi.
A może to takie trudniejsze słowo...?
Ani się dobrze nie znamy, a tu takie laurki.
Po drugie- świat polowań i myśliwych znam dobrze z racji znajomych i pracy w LP więc akurat byłam u źródeł i wiem jak to wygląda.
Po wtóre- działanie "komisji" jako państwo w państwie jest niekonstytucyjne, godzi w innych obywateli niemyśliwych, bo to nie myśliwych lasy, nie myśliwych zwierzyna, nie ich grunty.
O szkodzie w psychice dzieci uczestniczących w polowaniu chyba nie trzeba wspominać.
O szkodzie w psychice dzieci uczestniczących w polowaniu chyba nie trzeba wspominać.
Udział dzieci w polowaniach chyba dla każdego rodzica (prócz rodzin "w tradycji" ) zdaje się być jasna, choć tamci nie widzą nic w tym zdrożnego.
Co do polowania na mojej ziemi...
Nie chcieliby wiedzieć, gdzie włożyłabym im lufę ich sztucerów.
P.S
A tę kolorowankę moje Absorbery dostały na ognisku z leśniczym i...myśliwym, a jakże. Ani słowa o "regulacji" pogłowia i innych niewygodnych kfiatkach.
Ale akurat moje dzieci wiedzą czym się myśliwi zajmują.






