.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 lipca 2017

Stąpając po Ziemi

Spadł ożywczy deszcz.
Odetchnęliśmy. Oni i one też. 
Zapach żniw wkoło, część omłotów spadła z hukiem. Wklepana w rżyska rzepakowe. 
Nici z żółtego kwiatu tak szczególnie malującym Kaczawskie krajobrazy. 
Sztucznie zasuszane strąki. 
Chemiczne czarne złoto z kompleksów pszenno- buraczanych...



Z dala od pól męczonych agrotechniką są łąki i pastwiska. Są też poręby.
Gorące, zionące ciepłem i zapachem ziół. Wyrąbane lasy, na moment staja się miejscem ekspansji gatunków kochających słońce i ciepło. Po tym przewrocie, po cudzej śmierci- budzi się życie. 
Z banku nasion, śpiących czasem po parę lub kilkanaście lat, budzą się rośliny zielne. 
Czasem przyczajone- dzięki temu zaburzeniu - dostają zielone światło i ruszają po nowe. 
Nowi osiedleńcy.



Byłam tam ostatnio. 
Krwawniki zostawiłam, bo mam swoje. Za to przytuliłam wrotycz i lnicę. 
Do tego mogłam nacieszyć oko bukwicą, oblepioną wprost motylami. 
Aż żal zrywać. 
Więc zrywam oszczędnie. Nawet przez wzgląd na zapotrzebowanie.

Każdy ma swoje - o ile w ogóle ma- ulubione zioła.
Ja mam wspomniany ostatnio krwawnik, ale i kurdybanek, który już znalazł miejsce w słoikach i butelkach. 
Lnica przyda się na kobiece sprawy, na dodatek uspokoi, rozluźni, choć roślinę tę trzeba stosować rozważnie. Jest piękna- to na dodatek. Z resztą- przyroda jest piękna. W każdym calu. 

Pomrowy?
Też w swoim śliskim wrednym kształcie. 
Wolę pomrowy od innych istot. 
Pomrowy musiałyby zjeść dużo pomidorów, sałaty i kabaczków, żeby dorównać wredocie ludzi. 
Co niektórych oczywiście. 

Póki co zawijam w sreberka....
Zalewam raczej.



Także suszę, potem drobię. To żmudne i nielubiane przeze mnie zajęcie.
Palce bolą. Choc zapach rozdzieranych tkanek nasyca całe pomieszczenie. 

Szukając antidotum na dolegliwości znajduję kolejnych sprzymierzeńców.
Człowiek ma wkoło wielu Przyjaciół.
Wystarczy się na To otworzyć. Czuć. Rozluźnić. Chcieć.
Umieć odpuszczać.
Umieć dać sobie Chwilę.




Umieć śmiać się z siebie- choć czasem niełatwo....:)

Dawno temu, w łazience, z brodzikiem :))))

Już było

Ziołowa, zielona maseczka- upiększająca- oczywiście 

Chwile radości mieszają się ze smutkiem. 
Jak dziś, kiedy Jagoda poturbowała dymówkę. Próbowałam ratować. Byliśmy z nią  w Myśliborzu, ale pocałowaliśmy klamkę. Miałam nadzieję, że przeżyje do rana. 
Nie przeżyła.
Kiedy odchodziła było mi szczególnie źle. 
Bo odchodziła jak Garip. 
Tak podobnie umierają łapiąc te ostatnie hausty powietrza. Tak podobnie przerażone oczy i chęć ucieczki przed Nią.  Nie zdołali.

Ta łowiecka pasja kotów mnie wkurwia.
To tak jakby wściekać się na pomrowa, że ma śluz- wiem.
A jednak.

Można koty więzić. Zawieszać dyndadełka dzwoneczkowe. 
Dawno już nie było śmierci ptaka w Tupajowisku. 

Jagoda już nic nie musi.
Nawet myszy już specjalnie nie łapie.
Ale jaskółkę jak widać musiała. 
Nie odzywamy się do siebie.

W nadchodzącym tygodniu czas na wrotycz. 
Koniecznie i sporo.
Pachnie. Dla mnie pachnie.
Bardzo go lubię. Jest piękny. Silny.
Ma moc. 
Złowrogą też, dlatego z umiarem.











sobota, 8 lipca 2017

Pogromca skurczów i pochwała wsi

Zbieram się już czas jakiś za napisanie krótkiego wpisu o tym, jak pozbyłam się bolesnych miesiączek. Ale to może na innym blogu. Tym babskim bardziej.
Prócz zmiany na poziomie psyche, jak zwykle pomocne są zioła i ruch, a szczególnie jedno z ćwiczeń. Bardzo proste z resztą.
Póki co, ponieważ sezon kwitnienia w pełni, wspomniany mój pogromca skurczu.
Krwawnik pospolity.

Każdy go widział, nie każdy wie, że to on. Rośnie na przydrożach, łąkach, trawnikach. 
Oczywiście zbierać należy w miejscach oddalonych od wyziewów spalin, oprysków rolniczych et cetera.

O składzie wymądrzać się nie zamierzam, bo można poczytać u dr Różańskiego.
Najważniejsze jest dla mnie- przetestowane osobiście- działanie rozkurczowe na mięśniówkę układu pokarmowego, moczowego i macicę. 
Aby uniknąć bolesnego - w moim przypadku jednego, najgorszego dnia- piję napar z krwawnika przez cały dzień- i tak przynajmniej przez tydzień przed spodziewaną miesiączką. 
W trakcie też. 
W sumie mogę na okrągło, bo uwielbiam krwawnik- jego zapach i lekką, nienachalną goryczkę. Napar ze świeżego ziela nabiera po paru godzinach pięknej, głębokiej zielonej barwy. 
I ładnie popatrzeć, i wypić. 
Cud-mniód- malyna!


Poza tym?
Zioła wołają. Czas na zbiór krwawnika właśnie, ale i hyzop (z ogródka), macierzanka, lebiodka, pomału też bylica. Niebawem znów ruszę na łąki.

Ususzone zioła, w których niemal tonę (nie mam już gdzie wieszać...) trzeba pokruszyć, zapakować w słoje lub koperty. Świeże zioła w intrakty, oleje czy octy. Jest z tym trochę zachodu, ale warto. 
Dla siebie, dla Swoich i dla tych, których lubimy. 


W tygodniu praca rzuciła mnie na jeden dzień do Breslau. 
ZOO. Afrykarium. 
Oczywiście, jako opiekun nie miałam okazji na dłużej skupić wzroku na czym innym niż młode osobniki z mojej grupy w ilości sztuk 12. 
Patrząc jednak z okien gimbusa (sic!) na Wrocław, na zmiany jakie zachodzą w tym mieście, utwierdzam się w przekonaniu, że nie wróciłabym za żadne skarby do takiego molocha. 
Nawet jakby mi kto zapłacił dużo, w anatolianach czy tosach!

Rwę maliny, grzebię w ziemi oganiając się od wściekłych mrówek, którym zrobiłam armagedon wyrywając przerośniętą kalarepę. 
Zbieram nagietki. Na susz, na olejek do ciała. 
Słyszę Absorbery wrzeszczące fajnie po drugiej stronie domu, widzę ich bose, brudne stopy i upaćkane malinami buzie. 
Słońce grzeje, ziemia paruje po nocnych burzach. 
Coli wodzi dwa kurczaki.
Ola ma następczynię- Molę. Gada do mnie i lubi być głaskana. 

Tylko się uśmiecham.
Głęboko.



piątek, 22 kwietnia 2016

Pokonferencyjne przemyśliwanki

Dziś przypomniałam sobie dawniejsze czasy, nieAbsorberowe, młodości swej, kiedy to parokrotnie uczestniczyłam w konferencjach, odczytach na interesujące mnie tematy. Dotyczyły głównie moich mniejszych lub większych pasji; entomologii, sozologii, fitocenologii, ale też- dzięki pracy w LP- także na te związane z gospodarką leśną.
Zawiało mnie dziś, jako słuchaczkę, do siedziby Parku Krajobrazowego "Chełmy", na konferencję. 
Temat przydługi, jak na wzniosłe gadanie przystało: 
" Aktywizacja przestrzenno- gospodarcza a ochrona środowiska przyrodniczo-kulturowego na przykładzie Parku Krajobrazowego "Chełmy"."

Powiem szczerze, że każdy temat był interesujący, mimo moich wielkich miłości do świata owadów czy reszty przyrody ożywionej, ważne tematy dotyczące historii tych terenów, związanych z życiem ludzi. Stare grodziska, warownie. Historia ludzi, znanych nam (przynajmniej tym, których interesuje coś poza żarciem, kopulacją i korporacją) z różnych dziedzin, a tworzących historię, naukę tych terenów. Chociażby informacja, że w niedaleko od Tupajowiska położonych Kwietnikach, parafią zarządzał czas jakiś, nie kto inny jak o. Czesław Klimuszko.

Po drugie- geologia i związane z tym tematy. Tereny Krainy Wygasłych Wulkanów z całym swym bogactwem form wulkanizmu, różnorodnością surowców, a co za tym idzie cała historia kopalnictwa i hutnictwa. 

Projekt "Sieć najciekawszych wsi" to także punkt zapalny (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) do kolejnych dyskusji, jednak... organizatorom chyba śpieszyło się do domu, bo sztorcowali  z lekka dyskutujących, co dla mnie jest niesmakiem, ale może za małe doświadczenie mam?
Za czasów moich wyjazdów, dysputy nie miały końca, a jak miały- przenosiły się poza salę, często kończąc przy "mocnej" kawie. Przynajmniej nikt nikogo nie napominał, że już koniec....
Jak zwał, tak zwał mam niedosyt. 
Projekt dotyczący sieci wsi jest ciekawy, kto nie słyszał niech popatrzy, np. tu
Jak słuchałam o tych zagrodach, oglądałam te fotki stajen ze sklepieniami łukowymi...Wiedziałam co mam, co mogłabym, ale... No właśnie.

Jak o tym myślę to zapala się we mnie jakaś iskra do działania. Mimo, że lokalne środowisko jest jak ...cóż. Jednym słowem, nie garnie się do niczego. Przepraszam. Do komentowania działań innych to i owszem. Niestety jakos tak z tym zaangażowaniem w sprawy społeczne to nie bardzo. Wiem. Sporo ludzi pracuje od świtu do nocy, zawija te paczki w Amazonie lub jeździ na trefy to tu, to tam. Rozumiem. I ja pracowałam 50 km od domu. Wiem co to oznacza. Powiedzmy szczerze jednak, że to nie wszyscy mieszkańcy. Nie większość. Większości się po prostu nie chce. Tak jak i wiekszosci Polaków ma w nosie. Taka mikro skala kraju. Norma (?). 

Na zebrania dotyczące ich spraw przychodzi garstka. Stan zawyżają zwykle włodarze; wójt, ktoś z rady gminy, pracownicy poszczególnych działów. Mieszkańców w porywach 4-8 sztuk dużych.
Jak dla mnie- żenada.
Odnowa wsi- zero zainteresowania.
Wnioski do Strategii Rozwoju- zero zainteresowania. Ankietowani odpowiadali cuda, niektórzy chyba w widzie poherbatkowym lub po wizycie w Legnicy (a tam, jak wiadomo z pewnych źródeł używa się broni elektromagnetycznej). 
Jak kto nie wie jak to działa ma to tutaj:



Nasze czasy obfitują w różne wytłumaczenia niemocy.
Ktoś nie umie liczyć- dyskalkulik. Kiedyś nazwaliby go (słusznie) nieukiem.
Ktoś wali błędy jak potłuczony- teraz ma dysortografie. Kiedyś czytał więcej, wkuwał zasady ortografii. Dziś ma dysortografie.
Nawet ten, któremu kiedyś waliło po prostu "z ryja"- ma halitozę!
Wszystko da się leczyć (kasa), ale głupoty niestety nie.

Chełmy w moim obiektywie. Poniżej.


Wieża widokowa na Bazaltowej Górze

Z widokiem na Rezerwat "Nad Groblą"

Schodzimy z Bazaltowej

Wąwóz Lipa

Wąwóz Siedmicki

Wąwóz Siedmicki z Tupają w tle;)

Bazaltowa

Rzepakowo

Kukliki zwisłe w Siedmicy

Ruda i Garip na Bazaltowej



wtorek, 15 marca 2016

Czy psychiczna to choroba...?

Tak sobie myślę. 
Bo jak nie to co, kiedy z przyjemnością trzaskasz siekierką drewka na rozpałkę, nie wpienia cię aż tak bardzo błoto i w gumowcach wcale nie czujesz się słabo?
Wychodzisz- nawet w moich warunkach, gdzie miast łosi czy saren, z okien oglądam w niedzielę wiernych, a na co dzień całkiem spory ruch samochodowy (fuj!)- w szlafroku (jak lubisz) kurom otworzyć, z kawą w piżamce na schodkach przycupniesz i masz wszystkich w nosie.
Codziennie ze ścierą schody myjesz (ja), bo dwa cielska, 32 i 75 kg swoje wnoszą do domowego ciepła, a że to też błocko to już inna historia. Przyzwyczaiłam się i już, nie stękam. 
Ot, 15 minut. Dla mnie tylko, dla innych cały, gruby kwadrans.

Jakoś tak na fb przemknął mi tekst z portalu niskich lotów- jakieś mamadu czy coś takiego, a tam o pańci co się zawiodła odludziem (deweloperski wypierd gdzieś na peryferiach miasta). Wnosiła m.in., że do sklepu 20 min., że na zajęcia dzieci daleko wozić...Cóż. Można to przełknąć, ale argument braku salonu fryzjerskiego na miejscu mnie rozwalił.
Całe szczęście pańcia wróciła do blokowiska i oddycha z ulgą. Ja też.

Fakt, u mnie miałaby wypas, bo nawet salon fryzjerski mamy.
Ja- wszystko koło nosa. UG, pracę, szkołę, ośrodek zdrowia, straż pożarną, kościół (jak komu potrzeba), dwa sklepy, dwa cmentarze....

Zastanawiam się czy z tym się trzeba urodzić, czy to się przytrafia, czy tym się człowiek zaraża, a może ma to w genach? Choroba, która się aktywuje w wiejskim środowisku?
Kiedy świadomość, że ciągle będzie coś do zrobienia- a to na podwórku, a to w domu, a to płot, a to z prawej, a to z lewej, nie dobija tylko nakręca do działania? Pomijam fakt momentów frustrujących; kiedy wali się ściana, a ty nie masz kasy na to,żeby ją podeprzeć. Ale to mija i idziesz przekopać ogródek, bo właśnie masz posiać ogórki...



czwartek, 25 lutego 2016

KRUSowskie klimaty

Męcząc dziś plakat na Konkurs Recytatorski (nota bene nadgarstek boli mnie od rysowania jak po jakiejś ciężkiej nocy...), zoczyłam nagrody dla uczestników konkursu, który odbywał się w czasie ferii. I znalazłam tam kalendarz.
Nie byle jaki, przynajmniej jak dla mnie.
Ale o nim za chwilę.
Nie całkiem dawno, w ramach grupy fejzbukowej- "Wybieram Wieś", której to jestem założycielką (tu: brawa!), powstała dyskusja na temat tego, czy odezwa "do sąsiada", a dotycząca często dramatycznej sytuacji zwierząt na wsiach, trafi do chłopa (wsiowego) czy nie. 
Niektóre dziewczyny twierdziły, że tak, inne zarzucały ckliwość na poziomie miastowej odmiany lynchowskiej Pieńkowej Damy- Damy Kotowej lub Psiej. Dziwnej, może sfrustrowanej, a zapewne i jedno, i drugie.
Nie twierdzę, że odezwa czyni cuda, że każdy ją weźmie do serca; rzeczywiście czytają ją na fejsie głównie zainteresowani. Niezainteresowani grają w gry, miętolą przy pornolach, ewentualnie patrzą co Lewandowskie jedzą na śniadanie,  a nie czytają o bidzie źwierzów na wsi.
Tak samo można pomyśleć, że udostępnienie na swoim (publicznym) profilu treści o dręczeniu zwierząt, kampanii prozwierzęcych  nie ma sensu. Bo i po co. Skoro większość naszych znajomych rekrutuje się z podobnych nam sortów? 
A powiem wam, że to działa. Tak jak działa do znudzenia czasem, udostępnianie psów, kotów szukających domów. Dzięki moim udostępnieniom znalazły dom dwa zwierzaki. Może to i mało, ale jak przemnożyć przez iluś tam użytkowników? Sporo.
Tak samo z odezwą. 
Jeden głąb nie przeczyta. Inny zerknie. Trzeci coś z tego zrozumie. Może się zastanowi.

Wracając do sedna.
Kalendarz.
Wydany przez KRUS.
Zawiera sporo zdjęć, notki dotyczące bezpieczeństwa. Ludzi, zwierząt. Myślę, że to dobre jest.











niedziela, 30 czerwca 2013

O wesołym kosiarzu, wściekłości tupajowej i co jedno ma z drugim wspólnego.

Dziś już nie o członkach, choć wszystkich Was pozdrawiam! :)
Kończy się ten weekend, średnio udany, ale nie mam zamiaru wypisywać tu gorzkich żalów.

Piątek był piekielny.
W czwartek kosiarz dotarł.
Wykosił na tyle, na ile pozwalała mu pojemność jego krwi.
Pojemność promilowa....

Nie udało mi się złapać gościa, który wykonywał podmurówkę, a do tego ma zacięcie do koszenia (na plebanii, ho ho!). Polecono mi innego.
No i kurde...

W piątek krew mnie zalała.
W sobotę po raz drugi.
Kamaxa zalała krew też; oczywiście inaczej, w samczy sposób.

Pan kosiarz był już- jak nakazuje obyczaj- wcięty, ale już i poprawiony, bo po stypie byłego zastępcy wójta.
Nie znam gościa więc trudno było mi ocenić, na ile ma on ruchy zborne.
Ogólnie wyglądało, że radę da.
Oburzył się nawet jak mu rośliny pokazywałam, których ma nie ruszać.
Że wie, że on chłop to wie!
Pogadaliśmy chwilę, miło się gadało nawet; specyficznie- ale dało radę.

I o!kurdelebele, jak dał!

Pokazałam gdzie ma ciąć, powiedziałam gdzie co rośnie.
No i na tym zostało.

Facet miał chyba autoreset.

Wyciął mi miętę, melisę, ze dwa żywotniki (o średnicy pieńka średniej grubości kciuka), dwa derenie, trzmielinę, miscantusa, borówkę, malinę, a do tego wycharatał wszystkie posadzone przez Kamaxa, przy płocie drzewa.

Kiedy ów mój to zobaczył...chłopa pogonił.
Nie wiem co powiedział dokładnie, bo możliwym jest, że powiedział więcej niż mnie.

Mijałam tego chłopa cholernego, jadąc na zakupy w sobotę...
Nie zatrzymałam się, bo mogłoby to grozić awanturą na całą wieś.
Na samo wspomnienie szkód i armagedonu rośnie mi ciśnienie i zapewne jak gościa spotkam jutro czy pojutrze to mu swoje powiem.

No i powiedzcie mi, czy wychodzi na to, że masz się człowieku, kurcze, znać na wszystkim i samemu wszystko zrobić?
Przecież sami nie damy rady.
Czas głównie.
Czas, którego brak.

Nie dopilnowaliśmy?
A co?
Mam za chłopem z podkaszarką chodzić?
To już bym chyba sama na plecy sobie ją założyła....

Teraz 3/4 powierzchni skoszone, oczywiście nie zgrabione.

Nie wiem...
Czasem chce mi się wyć....

Widoki pogodowe też nie najlepsze, bo oto nadchodzi lipiec, najbardziej deszczowy miesiąc w kraju, a u nas, ma padać już we wtorek.

Czyli- były 4 dni bez deszczu.
A dziś całe  16 stopni.
Zimno- konserwuje!

Ahoj!







niedziela, 27 stycznia 2013

Wokół skaryszewskich klimatów....


Znaleziona w lesie....
Różne ludziska mają zdanie na temat Skaryszewa i jego osławionych- także niechlubnie targów.
Targi zwierząt istniały zawsze. Miały sens. Teraz i też go mają. 
Podjedzie sobie taki rolnik, sprzeda coś, kupi do chowu gospodarczego.
Nie mam nic przeciw targom zwierząt gospodarskich.
Jednak przeciwna jestem temu, co jest niestety nagminne, a nie zmienia się na wsi tak szybko. Podejście do zwierząt.
Wsią generalnie rządzi utylitaryzm.
Piszę generalnie, bo i tu są wyjątki i nie mam tu na myśli przesiedleńców z miast, co winszują sobie loszkę trzymaną na podwórku dla towarzystwa psów czy trzymających kury nioski do ich naturalnej śmierci.

Na praktyki hodowców mięsa popatrzyłam sobie na praktykach w hodowlance. 
Na okrucieństwa tłumaczone różnorako, ale z empatią i wrażliwością nie miało to nic wspólnego. 
W końcu jak można czuć empatie do mięsa? Wszak to produkcja zwierzęca. 
To takie "ładne" i "gładkie" słowa. Kartezjusz by się cieszył.

"Świata nie zmienisz" mawiał mój ojciec, kiedy widział moją nastoletnią wściekłość - głównie z bezsilności na barbarzyńskie praktyki ludzkie wobec zwierząt.
Nie zmienię, ale mogę mieć własne zdanie, bronic go, mówić o tym i nie przeszkadzać innym działać, jeśli mnie samej brakuje czasu,... odwagi?

Targi zwierzęce to miejsca, gdzie zawsze spotka się ludzi, którzy traktują zwierzęta przedmiotowo. Nie widzę zatem powodu, by piać z zachwytu nad "tradycją" i bronić jej.
Taką samą tradycją jest w Hiszpanii korrida, zwyczaje skośnookich ćwiartujących w jakimś okrutnym rytuale świnie na żywca, ubój rytualny (czemu chyba należałoby poświęcić osobny post) czy też nasze "tradycje łowieckie".



I tam, i tu ma miejsce cierpienie zwierząt. 
Chcesz sprzedać zwierzę- zatroszcz się o nie, traktuj jak żywe stworzenie, nie kawał mięsa. 
Tyle, że to wezwanie dla większości pozostanie głuche. Pozostanie wołaniem nawiedzonej.
Ano- jestem nawiedzona.
Jestem wariatką.

I tak, jak kiedyś na praktyce, kiedy musieliśmy odwiedzić fermę lisów, miałam ochotę jej właścicielowi wsadzić w tyłek pręt podłączony do prądu (którym zabijano lisy), tak teraz chętnie bym tych "hodowców z tradycjami" równie miłym grantem poczęstowała.

Niestety, nawet akcje wykupu koni nie zmienią za wiele. 
No, może jedynie te wybrane po prostu unikną rzeźni i poprzedzającego ja cierpienia w transporcie.
Mogą pomóc jednak kontrole- i to nie służb weterynaryjnych, z których- jako miejscowi, narażać się społeczności nie będą, tylko osób z zewnątrz. 
Może niekoniecznie "nawiedzonych ekologów", ale osób świadomych i wrażliwych.
I jeszcze jedno- konie nie mogą być wybrańcami.
Świnie, krowy, drób- cierpią tak samo.

Cielęta także pokonują w koszmarnych warunkach drogę do rzeźni. Stres, cierpienie, do tego- to są kuźwa dzieci! 

national geographic

Egzaltuję się? Być może. Mam jednak do tego prawo.
O cielętach jednak  trochę ciszej...
Konie, konie. Tradycje ułańskie, etc.
Za nic nie zjadłabym konia. Tak jak i psa. Nie jem też dziczyzny i cielęciny.

Jem świnie i drób. Ryby.
Niestety.
Mam nadzieję, że z czasem uda mi się zrzec mięsa. Zbyt duża świadomość tego co się dzieje za zamkniętymi drzwiami chlewni, kurników i rzeźni, sprawia, że ciężko mi się je trawi....

Ludzie będą żreć mięso. Jesteśmy wszystkożerni. 
Mam tylko małe marzenie, malutkie i tak samo malutkie jak chyba nieziszczalne, żeby minimalizować cierpienia.
Nieziszczalne, bo światem rządzi ekonomia, cięcie kosztów i czynienie wszystkiego opłacalnym, sprowadzanie życia- także zwierząt do czystego rachunku. 

Ktoś powie- a czy z punktu widzenia świni, ważne jest jak zginie? Ona chce przecież żyć.
Więc zapytam- chcesz umrzeć wśród swoich, w spokoju czy w męczarniach? Wszystko jedno?
Gratuluję....

Czy wobec skaryszewskich i jemu podobnych klimatów mogę powiedzieć, że podpisują się pod ich likwidacją? 
Nie do końca. Bo wiem, że są też tam ludzie dbający o zwierzęta, a przynajmniej traktujący je godziwie. 
Nie podoba mi się hodowla koni na rzeź- to prawda. Żal mi tych koni- druga sprawa. 

Jestem przeciwna transportom jakichkolwiek zwierząt rzeźnych poza granice kraju (jak i długodystansowym pozakrajowym transportom zwierząt hodowanych na mięso), bo nie wierzę w przestrzeganie norm, zwykłą wrażliwość i zrozumienie cierpienia.
Nie wierzę służbom celnym i weterynaryjnym. 
Zbyt wiele mam przykładów na ich niedbalstwo okupione zwierzęcym strachem i cierpieniem.

polskieradio.pl


Na wspomnianej fermie lisów, pokłóciłam się z koleżanką. Bardzo mocno się pokłóciłam.
No pożarłam się z nią po prostu.
Cóż powiedziała na moje oburzenie na tę "produkcje futer"?
"Jeśli to pozwala utrzymać się jemu i jego rodzinie to nie mamy prawa mu tego zabraniać".

Więc powiedziałam- "Jutro- zacznę kraść ludziom nerki. Od razu dwie. Muszę się jakoś utrzymać. I co"?

Nic.
Tylko gały wybałuszyła na mnie. 

Wariatka.
Oczywiście piszę o sobie....




 

czwartek, 19 kwietnia 2012

Ponurnik Kłapouchego, albo- wszystko zależy od perspektywy...


Nasz Kłapouchy
Dzień obudził mnie pod postacią Młodego...o 5:15.

Zapowiadał się pięknie, bo i słońce sobie raźno świeciło, zięby już śpiewały, powoli rozkwita wiosna.
Wszystko byłoby piękne tylko...jakoś tak mnie dopadły.
Kłapouche przemyśliwania....
Niby powlokłam  swój brzemienny brzuch w zapuszczony ogródek i odgrzebałam spod zeszłorocznych dębowych liści mięte i melisę oraz lubczyk,  bo mi ich żal się zrobiło, posiałam tu i ówdzie różności- szczeć balwierską, naparstnice, słonecznik ozdobny, szałwię, powój...- będą zdane tylko na siebie...
Mnie pochłonie macierzyństwo, laktacja i wszystkie radości i złości związane z małymi ssaczyskami.

A jednak "czuję się mniej więcej tak, jak ktoś, kto bujał w obłokach i nagle spadł".
Mamy dom na wsi, kawałek, za mały, ale jest -ogródka...A ostatnio nie mam czasu i sił by się tym cieszyć.
Dzieciaki- wiadomo, trudny, najbardziej wymagający okres przeżyję- w końcu sama (sami) tego chciałam (chcieliśmy), ale potem...
Powrót do pracy, rozwożenie Młodych- jedno do Dziadków, drugie- do żłobka (o ile w ogóle się zakwalifikuje...).
Powroty o zmierzchu i poczucie straty...
Straty życia na jazdę w te i nazad.
Takie mamy realia i pracę daleko od domu.

Powinnam się przyzwyczaić, uzbroić w cierpliwość i wierzyć, że w końcu mnie natchnie i zacznę robić coś, co pozwoli mi ŻYĆ w tym domu, cieszyć własnym ogródkiem, na który w końcu będę miała czas, a zaniedbane rabaty i ziemia nie będą obdarzać  mnie surowym, zawiedzionym spojrzeniem ..


"Bez śladu mózgu są niektórzy z nich", którzy myślą, że mi z tym dobrze; że to taki krzyż, takie chomąto ciężkie, uwierające...
Jest jednak coś co przybliża mnie to tych ludzi...Czasem zastanawiam się ile czasu jeszcze to zniosę, kiedy zacznę się wypalać, kiedy moja wrodzona niecierpliwość mnie zacznie gryźć od środka...
Kiedy zobaczę wyłażącego ze mnie robaka , co mnie gryzie?

"Jeśli się okaże, że ogon się zapodział, wiedz, że ma pełne prawo ci brakować"- a i brakuje. Ten ogon- to chyba pomysł na siebie i nas tutaj...Widziałam już tego królika  Tutaj i chyba ... się schował....

A perspektywy?
Czasem taki dzień jak dziś...i:


.. . to co bliższe sercu- nieostre, niedokończone...a za tym- całkiem stabilna i realna, nielubiana rzeczywistość.








Nie ukrywam, że wolałabym tak:


Kiedy, no jasny gwint! kiedy??...

wtorek, 14 lutego 2012

Miała być dzicz- jest wieś "cywilizowana"

Tak... marzyło mi się o dziczy, odosobnieniu z bliskim kontaktem z naturą, a żyję... w sporej społeczności.
Z ruchem ulicznym- w niektórych momentach- rodem z całkiem sporego miasteczka (droga na Lipę, w kierunku Jeleniej Góry).
Marzenia- marzeniami, ale gdy siedziałam z Młodym w domu, sama- nie licząc obstawy psów, a byłam świeżo po opowieściach znajomej o jej przebojach na "zadupiu", pomyślałam, że może nie jest źle...
Musimy tylko i aż zadbać o odcięcie się od sąsiadów remizami z naszych rodzimych krzewów, jakoś zadrzewić podwórze, bo wieję przez nie wiatry, ze hej! A zimą śniegu zawiewa z okolicznych pól chyba!

Przeglądając internet znalazłam trzy pocztówki z dawnych, niemieckich czasów Poischwitz, bo tak brzmiała nazwa Paszowic.
Aż mi serce zabiło mocniej, bo na jednej z nich widać... nasz dom!
http://file1.npage.de/001861/30/bilder/06-poischwitz.jpg

Tak, datowany na 1772 r. W tamtych, świetnych czasach, jeszcze z widocznym murem pruskim na ścianach. Teraz zapaćkany różowawym, odpadającym tynkiem, z którego mamy nadzieje odkuć go już niebawem...

Poprzez bliskie sąsiedztwo kościoła (po drugiej stronie ulicy), co jest  dla nas raczej wadą niż zaletą , łatwo go zidentyfikować na fotografiach.





http://petertscherny.pe.funpic.de/jauer/poischwitz/poischwitz1.jpg



















sobota, 11 lutego 2012

Miało być chyba jakieś ocieplenie czy jak?

Jeśli ociepleniem nazwiemy spadek temperatury nocą do - 25 i utrzymujące się - 18 w dzień...to ja się chyba nie znam na meteorologii...

Mój Domowy Złotoręki zabrał się za odmrażanie kranów; palniki, butle, lut do zaciapania rur, które nie wytrzymały starcia z - 3 w pomieszczeniu na dole. Co z tego....kiedy okazało się, ze przymarzło przyłącze wody.
Zagrożona jest hydrofornia, która zasila naszą część wsi.
Jak nie urok to... kurok.

Powiem tak- zdaje się czasem, że wieś z kanalizacją jest bezpieczniejsza,odpada troska o wodę, ścieki.
W przypadku biednych gmin, jak nasza, to utrapienie. Rury w stanie agonalnym, nie ma funduszy na remont.
Miałby człowiek studnie w domu, własny hydrofor, byłby samowystarczalny. A tak?

Dobrze, że piec nasz jedyny kaflowy grzeje.
Jagoda się grzeje.
Na chwilkę ułuda szczęścia...bo ciepło, przytulnie. Bałagan spory, bo nasze życie- Mojego, Młodego i Lilith ( 5 ms. koteczka) toczy się w jednej izbie.

W reszcie pomieszczeń minus 3. Choć, przepraszam, jak dogrzeje farelką, kiedy robię strawę- jest koło zera.
Lodówka się wyłączyła. Standard.
Tylko kwiatków żal. Nie wszystkie doniczkowe znalazły miejsce w naszym pokoju. Zamarzły. Smętnie zwiesiły liście z porozsadzanymi w środku komórkami, żal....



środa, 8 lutego 2012

Stalagmit odmiana łazienkowa- czyli jak mieć namiastkę jaskini w swoim domu.

Składniki:

woda
kapiący kran
zlewozmywak lub umywalka (producent nieistotny)
temperatura  poniżej 0 stopni Celsjusza

Wykonanie:

robi się samo, w czasie naszej nieobecności w domu.


Czas:

trudno powiedzieć, bo - patrz wyżej- ale około 8 godzin, może mniej...

Cóż...chciałam chałupę do remontu,  na wsi- mam.
Nie zmieściliśmy się w czasie przed mrozami (temp. spadała poniżej - 20 stopni)- pretensje możemy mieć tylko do siebie.

Abstrahując od niedogodności (musimy odmrażać rury, żeby móc je udrożnić), które- nie kryjmy- są z lekka i czasochłonne i frustrujące i energochłonne, to kiedy to zobaczyliśmy- pierwszym odruchem był zachwyt i pęd po aparat.

Ot, goopie mieszczuchy ! :)