.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Kultura wyższa, kultura wodna...




Absorberka moja kochana.
Kiedy tylko wyciągam placki drewniane- ona też się dosiada.
Często wychodzi jej bardziej spontanicznie i lekko.
Tak trzymaj Moja Mała!

A kiedy upał- można kultury... wodne uprawiać :)



wtorek, 5 lutego 2019

Śnieżaście

No i doczekaliśmy się.
Białej Kołdry.
Nie trzeba ciagnąć na swoją stronę. Starczy dla każdego.

Trochę nas z zaskoczenia wzięło.
Dzień poprzedni na plusie i osiem- rankiem- 15 cm śniegu.
I zmiana planów.
I Ktoś się zaśmiał.

Na spokojnie i z elastycznością dżdżownicy, przyjęliśmy ten inny plan i z radością spędziliśmy czas wspólnie, ale inaczej.

A potem już tylko i aż czasowe napady tfurcze i drewno, i ptaki.

Duży

Głuszec

Uszatka

Cała ferajna...prawie ;)


A potem wyjść i popatrzeć.
Na zimę, na Dom, na życie, które jest i śpi, ale czuwa.

Połowicznie już wczoraj spłynęło, zanim chycił go mróz


Moje fraxinusy, które kocham. 
Życzę im jaknajlepiej....

Oby cień Ich był zawsze

Pokręcona wierzba- nie nasza, ale lubię.

Dwa dachy, dwie jakości i woda
Źwierzyniec żyje.
Choć Dziefczynkom w nogi zimno. Mało wychodzą.



Za to Maszung- niezniszczalna pogromczyni ringo- całkiem odwrotnie.



niedziela, 23 lipca 2017

Stąpając po Ziemi

Spadł ożywczy deszcz.
Odetchnęliśmy. Oni i one też. 
Zapach żniw wkoło, część omłotów spadła z hukiem. Wklepana w rżyska rzepakowe. 
Nici z żółtego kwiatu tak szczególnie malującym Kaczawskie krajobrazy. 
Sztucznie zasuszane strąki. 
Chemiczne czarne złoto z kompleksów pszenno- buraczanych...



Z dala od pól męczonych agrotechniką są łąki i pastwiska. Są też poręby.
Gorące, zionące ciepłem i zapachem ziół. Wyrąbane lasy, na moment staja się miejscem ekspansji gatunków kochających słońce i ciepło. Po tym przewrocie, po cudzej śmierci- budzi się życie. 
Z banku nasion, śpiących czasem po parę lub kilkanaście lat, budzą się rośliny zielne. 
Czasem przyczajone- dzięki temu zaburzeniu - dostają zielone światło i ruszają po nowe. 
Nowi osiedleńcy.



Byłam tam ostatnio. 
Krwawniki zostawiłam, bo mam swoje. Za to przytuliłam wrotycz i lnicę. 
Do tego mogłam nacieszyć oko bukwicą, oblepioną wprost motylami. 
Aż żal zrywać. 
Więc zrywam oszczędnie. Nawet przez wzgląd na zapotrzebowanie.

Każdy ma swoje - o ile w ogóle ma- ulubione zioła.
Ja mam wspomniany ostatnio krwawnik, ale i kurdybanek, który już znalazł miejsce w słoikach i butelkach. 
Lnica przyda się na kobiece sprawy, na dodatek uspokoi, rozluźni, choć roślinę tę trzeba stosować rozważnie. Jest piękna- to na dodatek. Z resztą- przyroda jest piękna. W każdym calu. 

Pomrowy?
Też w swoim śliskim wrednym kształcie. 
Wolę pomrowy od innych istot. 
Pomrowy musiałyby zjeść dużo pomidorów, sałaty i kabaczków, żeby dorównać wredocie ludzi. 
Co niektórych oczywiście. 

Póki co zawijam w sreberka....
Zalewam raczej.



Także suszę, potem drobię. To żmudne i nielubiane przeze mnie zajęcie.
Palce bolą. Choc zapach rozdzieranych tkanek nasyca całe pomieszczenie. 

Szukając antidotum na dolegliwości znajduję kolejnych sprzymierzeńców.
Człowiek ma wkoło wielu Przyjaciół.
Wystarczy się na To otworzyć. Czuć. Rozluźnić. Chcieć.
Umieć odpuszczać.
Umieć dać sobie Chwilę.




Umieć śmiać się z siebie- choć czasem niełatwo....:)

Dawno temu, w łazience, z brodzikiem :))))

Już było

Ziołowa, zielona maseczka- upiększająca- oczywiście 

Chwile radości mieszają się ze smutkiem. 
Jak dziś, kiedy Jagoda poturbowała dymówkę. Próbowałam ratować. Byliśmy z nią  w Myśliborzu, ale pocałowaliśmy klamkę. Miałam nadzieję, że przeżyje do rana. 
Nie przeżyła.
Kiedy odchodziła było mi szczególnie źle. 
Bo odchodziła jak Garip. 
Tak podobnie umierają łapiąc te ostatnie hausty powietrza. Tak podobnie przerażone oczy i chęć ucieczki przed Nią.  Nie zdołali.

Ta łowiecka pasja kotów mnie wkurwia.
To tak jakby wściekać się na pomrowa, że ma śluz- wiem.
A jednak.

Można koty więzić. Zawieszać dyndadełka dzwoneczkowe. 
Dawno już nie było śmierci ptaka w Tupajowisku. 

Jagoda już nic nie musi.
Nawet myszy już specjalnie nie łapie.
Ale jaskółkę jak widać musiała. 
Nie odzywamy się do siebie.

W nadchodzącym tygodniu czas na wrotycz. 
Koniecznie i sporo.
Pachnie. Dla mnie pachnie.
Bardzo go lubię. Jest piękny. Silny.
Ma moc. 
Złowrogą też, dlatego z umiarem.











niedziela, 14 maja 2017

Porosie

Idziesz, a las już nie śpi.
Zostawiasz za sobą wiochę, z przygotowaniami do mszy, do komunii dziecków.
Zostawiasz w domu żółtego gila, bo woli z niegilem latać z pistoletami na wodę.
Rude z lekko już pomiętą sierścią, wierne ciało idzie posapując, obok.
Wspinamy się lekko pod górkę.
Wiemy po co tu przyszłyśmy.
Każda z nas ma swój plan i swoje do zrobienia.

Ona poczuje całą przeszłość nocy i poranka.
Mnie pozostaną tylko powidoki.
Zryte marginesy ścieżki, poprzewracane, chronione przez nas- ludzi, miodowniki.
Czarny zwierz gdzieś tam sobie siedzi.
Zapachu nie czuć. Ale ślady zostały.

Zrywam trędownik, repeta z jeszcze kwitnącego gajowca i dąbrówki. Tym razem wszystko do suszenia. Czeremcha już przekwita, ale udało się troszkę zebrać.
Będzie syropo- sok. Zobaczymy jak się sprawdzi.

Łapię słońce, energię od lipy, potem buka.
Ładujemy się wzajemnie.
Starczy na trochę.
Oczywiście, że tak.

Waldermeister czyli marzanka wonna

Miodownik melisowaty dopiero zaczyna

Trędownik bulwiasty

Ruda czosnaczkowa

Kokoryczka

Buku

Żywiec cebulkowy, częściowo żyworodna roślina naszej flory

Czmielu umęczon








wtorek, 22 września 2015

Mleko, mleko :)

Piszę bardzo szybko.
Zagrzałam, właściwie zagotowałam sobie mleko prosto od paszowickiej krowy.
Mleko gorące zwykle mnie zwija do snu więc jak zobaczycie coś takiego:
etchm;xdjhskhczhzzjhjsg dhgUWuiJJZHDF kHKJ...............
znak to, że tulę się do klawiatury.

Udało mi się załapać i kupuję codziennie.
Cena, hmmm...wysoka (3,5 zł za 1,5 l). Dziwne nie jest. Nie ma konkurencji w okolicy.
Znaczy są dwie krowy jeszcze, ale takie bidne, zafajdane, bo się dziadowi czy babie wstrętnej zgrzebłem nie chce ruszyć; parszywe stworzenia ludzkie. Poza tym krówy się pasą zaraz przy krajowej 3-ce.

A TĘ krowę znam z widzenia ;)
Czysta. Zadbana.
No, ale cena o złotówę większa niż od pewnej innej, też wypasionej, ale na podleśnych łąkach.
Trudno. Tu mam 2 min od domu- tam 12 km.
Wyjszłoby na to samo, doliczając paliwo, a może i więcej.

Grzeje człowiek takie mleko i się dziwuje.
Łyżka jakoś gorzej się w nim rusza, choć nie kwaśne przecież.
Im cieplejsze tym więcej perlistych kulek tłuszczu na powierzchni tańcuje (o fuj! zawoła inny konsument, tudzież ekspert od zdrowego żywienia- TFU), a po zawrzeniu jeszcze dobre paręnaście sekund się gotuje.

Będziemy kwaśne pić, sery popróbuję, bo Absorbery na razie się krzywią, niestety.
Chyba będę mieszać po trochu i do smaku przyzwyczajać, tak jak odzwyczajałam Młodego od proszkowego mleka. Po troszku dolewałam zwykłego, w końcu przywykł do krowiego.

Poszukiwania nowych smaków i dań w związku z moim  ("idiotycznym", "chorobliwym") przejściem na niejedzenie mięsa ssaków i ptaków (ryba raz w tygodniu), dają efekty różne. 
Dziś całkiem ciekawe smakowo i potwornie wypełniające, kotlety z kaszy jęczmiennej.



Pamiętać tylko trzeba, że muszą być małe, no i maczać sobie łapki w wodzie, bo się masa okropnie lepi- oczywiście nie do siebie.
Ja robię z jajkiem, bo jajka od swoich kur- uważam, że szczęśliwych- jem. Kto nie je- może zlepiać bułą tartą lub mąką kukurydzianą. 
Doprawiam jak mielone tradycyjne- cebulą, czosnkiem, majerankiem, sól, pieprz, świeży tymianek, pietruszka, a dziś dodałam mięty jeszcze. 
Dopełnieniem tego dania byłby sos grzybowy, ale z grzybami posucha.

Posucha też na murawce w okolicy rezerwatu "Nad Groblą", gdzie jeździmy  się z Absorberostwem pikniczyć. 
Koc jednak musi być solidny; nie taki tam fiu-bździu z konisiem, bo w tyłek trawy gryzą.
To tak, gdyby ktoś chciał się tam ... turlać na przykład.






Tylko żółwia brakuje ;)
Ostatnia fota przypomniała mi pewien dowcip:

Facet postanowił wybrać się z żółwiem do kina.
Trzyma zwierzątko pod pachą, podchodzi do kasjerki i prosi o bilet:
- Poproszę jeden normalny i jeden ulgowy, dla żółwia.
- Przykro mi, ale to nie jest zoo, nie może pan wejść z żółwiem!
- Ależ to mały żółw, zachowuje się cichutko, przecież nikomu nie będzie przeszkadzał.
- To porządne kino, proszę nie blokować kolejki!
- Ależ proszę pani, kupię dwa normalne.
- Nie i już. Następny!
Facet odszedł jak niepyszny, za zakrętem wsadził sobie żółwia w spodnie i po chwili wrócił do kasy - pod pachą miał już tylko pudełko z popcornem, w ręce kolę.
Tym razem dostał normalny bilet bez większych problemów.
W środku seansu postanowił pozwolić biednemu zwierzęciu pooddychać trochę świeżym powietrzem.
Rozpiął więc rozporek aby żółw mógł w końcu wychylić szyję.
Kilka siedzeń dalej w tym rzędzie dwóch gości rozmawia:
- Stary - widziałeś?
- Co?
- Ten facet tam - ma fiuta na wierzchu!
- No i co z tego? To erotyczny film - ty też prawie masz.
- No... ale mój nie wpieprza popcornu!



Wpis sponsorował:


środa, 2 września 2015

Siedzi Tupaja w domu z dziećmi....

Tja, jak ta baba, co "siedzi w domu z dziećmi"- w sensie- nic nie robi, bo wszystko samo się robi. 
Nie będę się powtarzać i ględzić.
Normalni i normalne wiedzą, reszta- nie pojmie, a takich - jak najdalej od siebie sobie życzę! :)

Tak mi się dzisiejszy dzień toczył, zapchany jak pociąg w Bombaju.
Do przodu, ale zapchany na maksa.
Dopiero przed chwilą, a jest 21:30 siadłam na zadku i można powiedzieć, że nic nie robię.

Wyzwania dnia...
Ostatnimi czasy to zmiana diety to powoduje.
Reszta je- jak ja dawniej, a ja kombinuję co by tu białka nie zawalić.

No i mi kolorowo, na razie wychodzi.

Ryż brązowy z kukurydzą, fasolką czerwoną, papryką, natką pietruszki i czosnkiem.
Oczywiście zostaje drugie pół puszki jednego i drugiego więc...mało absorbujące, a smaczne:

Cukinia podduszona na oliwie, ze świeżym tymiankiem, czosnkiem,
fasolką czerwoną i kukurydzą oraz świeżą papryką.
Plus ziemniaczki (w)z wody :)
Wyzwania kolejne to pomidory. Wyrwane w części, bo brak wody je zgnębił. 
Trzeba towarzystwo pozamykać, zasypać solą, dodać bazylię i zagotować. To samo z brzoskwiniami (pomijając dodatki, oczywiście).
Łapki na jutro sobie załatwiłam, przeciskając przez tetrę owoce bzu czarnego na sok...Ale, mało to ważne, bo sok mam. Mało na razie, bo strasznie w tym roku nierównomiernie dojrzewa.

Z Absorberostwem pobawiliśmy się masą solną.
Prócz mąki, soli i wody, patyczków i chętnych łapek, potrzeba jeszcze słońca i ciepła, żeby ulepki wysuszyć. Póki co- stało towarzystwo na Foxie. 
Oczywiście kto nie ma Foxa może użyć dowolnego auta :)


Jesień moja ukochana, a dziś pięknie, chłodniej po nocnej burzy i obfitym deszczu, ale słoneczko już za domem, stąd cień dłuższy, jak gacie rozciągnięty.



A Kurowscy do końca mają słonecznie. I dobrze :)


Pani Agata, posiadaczka krewniaczki mojego Garipa, wspomaga mnie bardzo- tu wielkie podziękowanie raz jeszcze! Dzięki sprzedaży części swego księgozbioru uzyskała pieniądze na cel, jakim jest pomoc mnie, a właściwie Garipowi - w sensie leczenia. Miałyśmy na początku pomysł, żeby go ponownie przebadać, ale to dość inwazyjne badania. Biorąc pod uwagę, że jego choroba indukowana jest przez promieniowanie słoneczne, latem objawy są nasilone, zdecydowałam, że na razie nie będę go tym obciążać.
Ponadto, po konsultacji z lekarzami, pod których opieką Garip się znajduje, postanowiłam na razie ( w ostatecznie niskiej dawce kortykosteroidów i ogólnie dobrym stanie psa), zadbać o suplementy, a ewentualne myślenie o ponownym przebadaniu zostawić na razie na dalsze później.
Jeszcze nie zdecydowałam, który ze środków zakupię, bo jest tego masa, a chodzi o ochronę stawów oraz dobre zbilansowanie wapnia i fosforu (odwapnienie kości to główny skutek stosowania sterydów).

Jeszcze raz dziękuję pani Agato, a także osobom, które zechciały wesprzeć mnie i Garipa.
Wierzę, że się mi w końcu sytuacja życiowa poprawi i to ja będę mogła wspomagać innych.

Od pani Agaty, a właściwie od pewnego pana, otrzymałam książkę do poczytania w systemie łańcuszkowym. Jak tylko ją skończę (a to niebawem), puszczam dalej- także...bądźcie czujne! :)


Słoiki porobione, Absorbery wywietrzone, figurki ulepione, obiadki pożarte, psy wybiegane na podwórku, kury pożegnane na dobranoc, słonko buziaka na spanie też dostało, a co. 




Tylko ja się muszę sama cmoknąć ;)


P.S.
Pamiętacie jak pisałam o Dobkowie i wizycie w Zagrodzie ?
Była tam taka ładna poglądówka litologiczna:


Nie dość, że ładna, to jeszcze kolorowa.
A u mnie tylko granit, czasem bazalt  i... myszy :)


sobota, 23 maja 2015

Przekleństwo pierwszego smarknięcia i mądrości polowe

Z napędem odrzutowym wręcz, mkną w nozdrza i śluzówki wszelkie napowierzchniowe, pyłki.
Pyłki rzepakowe już nie, za to traw- jak najbardziej.
I, o ile nie popadam w jaką większą panikę, bo jak już kiedyś pisałam trzeba to potraktować specyficznie, czasem z dużą dozą filozofii.

Nie zmienia to faktu, że się kichnie; Absorber pokasłuje przedziwnie- i tu ciekawostka- syrop z babki z apteki nie zadziałał tak, jak sok utoczony z tej rośliny przeze mnie, zakonserwowany sacharozą....
Ale spokojnie, już niedługo tylko to nam pozostanie, bo Mumia Europejska właśnie wdraża nowe, służące zdrowiu, szczęściu i ogólnie pojętej orgiastycznej wesołości ze wszystkiego przepisy, które:

"(...) delegalizują setki naturalnych ziół leczniczych używanych na naszym kontynencie od pokoleń. Według brukselskiego reżimu celem jest ochrona konsumentów przed potencjalnie niebezpiecznymi dla zdrowia „tradycyjnymi” medykamentami." 

Kto ma ochotę popluć jadem, powqrwiać się- zwłaszcza, że czas przedwyborczy temu sprzyja, może poczytać sobie dalej TUTAJ

A ja, w czasie spacerów w towarzystwie pyłków, staram się trzymać zasady- "gałów nie trzeć, smarków nie wycierać". Nie, nie chodzi o to, żeby wyglądać jak zmora polna, ale- jest w tym coś. Nie trzesz oczu, nie gmerasz celulozą w nosie- nie ma tragedii. Zapomnisz- gały puchną, a z nozdrza ciekną śluzem, wodą i czym tam jeszcze- bleeehhh.

Chodzę i się gapię; myślę (niepotrzebnie), martwię (niepotrzebnie), nakręcam (niepotrzebnie), a tu przyroda swoje. Miejsca te same  tylko dekoracje zmienia.




Niestety nieliczne chwasty segetalne czyli towarzyszące uprawom
Chaber bławatek w towarzystwie fiołka trójbarwnego

Skrzyp polny

Spojrzenie na Tupajowisko od dupy strony

Trochę żal takiej gleby pod ziemniaki, ale lepsze to niż droga czy jaka strefa ekonomiczna, a ta- już niebawem.
Dobrze, że nie tak blisko domu

Kwitniemy sobie- a co!
(to mówiłyśmy my- trawy, hre hre)

A propos chwastów segetalnych- wiecie, że niektóre z nich już zniknęły z naszego krajobrazu? 
Ano tak.
Póki co większość jeśli nie wszystkie związane z uprawami lnu.
Stokłosa polna, lnicznik siewny, kanianka lnowa oraz lnicznik właściwy. 
Prawdopodobnie za wymarłego należy uznać sporka polnego ( o którym uczono mnie jeszcze w technikum, a taka stara to ja jeszcze nie jestem....) i życicę lnową. 
Wszystkie gatunki charakterystyczne dla upraw lnu podawane są na czerwonych listach jako wymarłe czy wymierające.

No, bo po co komu len z Polski np. jak jest chiński czy inny.
Nam się nic nie opłaca.
A jak się co opłaca i jest legalne, to zaraz państwo (synonim: wrzód na dupie obywatela), ujmie w normy, rozporządzenia, zainteresuje US, Sanepid...
Już oni pokażą im miejsce...!
Dobra, dość o tem, bo i tak chyba często pomarszczona między brwiami chodzę, skoro mnie tak Absorber sportretował:



Ostatnio też, zostałam zapytana, czy może mi ptaka (znaczy penisa) narysować, bo cipki nie  potrafi.
Nie oponowałam.
Chyba fajnie mieć ptaka.
Tak myślę ;)