.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 marca 2018

Kurowanie Pepity, domowe radości i pizza

Tak to się dzieje, że dzieje się po coś.
W atmosferze oczyszczania górnych dróg oddechowych zajmuję się jeszcze życiem, jak zwykle. 
Wszystkim co normalne, potrzebne, nużące, ale niezbędne. Nie dla siebie, w czynie społecznym, za sowitą zapłatą- uśmiechem, ciepłem, miłością choć czasem fochem.

Pepita, córka Oli zachorowała. Biegunka, osowiałość.
Lekarz dał antybiotyk, ale... leczymy objawowo naparami z ziół i poimy zakwaszaczami. Lekka dieta. Ciepło. W kotłowni. Nie wiem czy się uda, bo biegunki różnie się kończyły. Raz- nie udało się. 
Helena też lekko chora, ale lepiej się czuje.

Helen to pierwszy sort.
Pierwszy sort tupajowiskowy. Ostatnia z koleżanek Oli. 
Na Helenie skończy się pokolenie Pierwszych Kur Tupajowiska. Na pewno nie ostatnich, ale pierwszych. 

Bardzo zmieniał się mój stosunek do tych zwierząt. 
Od zwykłej sympatii i zainteresowania behawiorem po - no właśnie- co? Kiedyś gapiłam się na nie, gadałam, obserwowałam, ale brakowało momentami odwagi do łapania. Mimo wszystko ptaki to takie inne niż ssaki zwierzęta. Może dziwne, ale dopiero teraz mogę spokojnie złapać kurę, obejrzeć ją od dzioba po kuper. Bez nerwów, bez obaw.

Rasowe nie są, może prócz Titolonga, Coli i Bursztynki, które mają widoczne cechy kur ozdobnych.
Reszta- zwykłe- niezwykłe towarówki.

Zwykłe- a każda inna.
Raptor dalej kuleje i tak już chyba zostanie. 
Lata po wybiegu, zadowolona, z błyskiem w oku. 
Tu nie ma wykluczenia. Jest. Cała sobą. 
Na tyle oczywiście, na ile pozwoli sztywna etykieta kolejności dziobania. 

Jestem w domu na jakiś czas, a to się wszystko dzieje. Mogę zająć się tym wszystkim jak trzeba.
Oby się udało i kurka wyzdrowiała.

Z Pepitą w kotłowni
Z innej beczki:
tym co mają fajezbuka przypominam, że gdyby chcieli, 18 marca organizuję warsztat zielarski z wyjściem w teren, robieniem intraktu z pokrzywy i jasnoty. Do tego gwarantuję posiłek mały i domową atmosferę.  Szczegóły w wydarzeniu na stronie Ostoja Tupai na fb- tutaj

Z działki plastycznej- warte odnotowania wizje Drzewa Życia wg Absorberów. 
Moje- jeszcze "w drodze" ;)



Nie samą sztuką i ratowaniem kur człowiek żyje.
Dzięki Oli, mojej kumpeli, sąsiadce i przełożonej ;) (fajna kolejność, co?) przepis na pizzę, którego nawet Tupaja nie spieprzy i wychodzi cudnie. 
Wczoraj wersja wegańsko- mięsna. 
Dla Gniewka z kiełbasą, dla nas z jajkami od dziefczynek i soczewicą, cebulą, pieczarkami, papryką, czosnkiem i serem. 
Bajka!



piątek, 19 lutego 2016

Kulinaria- wersja mini i selfie z kabiną

Co robi Tupaja, kiedy ma za dużo (już obsychających z lekka) porów?
(czemu w ogóle ma- ano dlatego, że pory lubię bardzo; surowe, duszone - zapiekane pewnie też, choć jeszcze nie wiem, zupę z porów i tych porów zawsze nadmiar kupuję. Jest czasem tak, że gdzie nie spojrzę- por! Już słyszę jak ktoś żartuje- "aż strach obejrzeć się z tyłu..."- nie. Pory tylko jem. Pory też nie stają za mną, nie prześladują mnie. Raz jeden tylko taki mnie prześladował, bo kupiony taki, jędrny, trzeszczący, a ja, goopia, zapomniałam o nim i uwiądł pod marchewkami w szufladzie lodówki...

Wracając- pory często omlecę.
Ponieważ "grozi mi anemia", "omdlenia" i wszyscy co mnie kochają się o mnie martwią z powodów zarzucenia drobiu i ssaków o płazach i gadach nie wspominając, jem jaj sporo. Jaja lubię, dziefczynki pierzaste dostarczają je w ilościach różnych, ale dla nas wystarcza, z reguły pożeram na miękko, ale omlecik jak czasu więcej - to czysta przyjemność.





Miałam skoczyć , zerknąć czy i co w wąwozach kwitnie, ale wczoraj zeszły śniegi, jutro nie mogie, a w niedziele szykuje się milusia barowa aura, a mnie sprzedał lekkiego wirusa pan Z. z pracy więc sie kuruję.
Mikstura ziołowa działa. Dreszcze już mną nie wstrząchają. 
Czystek w natarciu także i woda morska hipertoniczna. Wciągam nałogowo :)

W połowie marca do dziefczynek dołączy 5 sióstr. Trzeba zasilić młodymi babeczkami. Oczywiście reszta zostaje, żadnych mordów. Albercik się pewnie ucieszy, Titolong sfrustruje już maksymalnie...
Jak ja, czasem....przy kropkach na kabinie prysznica) :)))


niedziela, 29 listopada 2015

Lekkie smęty, omlet i geje śpiewają

Nie będę znów pisać podobnego posta, bo czuję się podobnie jak co jakiś czas.
Analnie, aczkolwiek bez przyjemności.
Czopkowo?
Chyba lekkie kąśnięcie jesiennego braku słońca, nieznalezionego punktu G, o którym w komentarzach pod poprzednim postem pisała Pantera, wszystko razem do kupy.

Omlet tylko mnie ucieszył. Ze szpinakiem z ogródka, cheddarem, czosnkiem i świeżym tymiankiem.
Absorberom full wyspas z piersi kurczaka, pyrki, suróweczka z marchewki i jabłka, a sama- jarsko.

Generalnie do dupy, ale omlet wyszedł więc enjoy it.

Lepszy niż wcześniejszy- siany w październiku szpinak;
jędrny i krzepki, nawet po 5 stopniowym przymrozku

Kwintesencja życia

Rąbanka

Wylewka

Zwijany- taki wolę
Ostatnio schodzę na gejów.
Uspokajam się przy Pet Shop Boys, czytam o dobrych pomysłach Biedronia, na dobry sen Oskar Wilde  i dobrze mi z tym! :)
Ciekawe ilu się będzie musiało przyznać po biciu piany przez gazety po wycieku informacji z gejowskiej agencji.

Sytuacją z kraju się nie nakręcam.
Pastucha elektrycznego chyba nie sprzedam, w razie czego na inwazyjne istoty ludzkie spoza granic się przyda. Chyba, że ktoś w potrzebie?

Pozdrawiam
Księżniczka....


Wpis sponsorowali:


niedziela, 18 października 2015

Ostatnia cukinia, danie w 10 minut i ptaki

To ostatnia cukinia
Dzisiaj się rozstaniemy
Dzisiaj się rozejdziemy
Na długi czas....


Oj, smutno mi, bo właśnie zaszlachtowałam ostatnią swoją własną cukinię.
Na łonie mego łogródecka wyrośniętą.
Małą, fajną, z miękką skórką.

Obrałam, pociachałam, na łyżce oleju, do tego papryka świeża, czosnek, sól, świeży tymianek i tłuczony pieprz w moździerzu własnym. Na koniec pokruszony kawał...ek cheddara i do kuskusu :)


Cóż poza tym?
Coś mnie ostatnio mania ornitofilna wzięła i gryzdam sobie. Prócz gila, którego już widzieliście, powstał kulon

słonka

sroka


puchacz


Wyszło, jak wyszło; nie wstydzę się, walczę o lepsze, aż mi gały wychodzą :)


Generalnie nie poddaję się, a nieżarcie mięsa dodało mi energii i jakiegoś takiego pozytywnego ducha.
Może mniej we mnie tych ostatnich, przed śmiercią, w transporcie, strasznych przeżyć zwierząt, które trafiają do nas poprzez ich mięso. Jesteś tym, co jesz. 
Ament.

Polecam :)




wtorek, 22 września 2015

Mleko, mleko :)

Piszę bardzo szybko.
Zagrzałam, właściwie zagotowałam sobie mleko prosto od paszowickiej krowy.
Mleko gorące zwykle mnie zwija do snu więc jak zobaczycie coś takiego:
etchm;xdjhskhczhzzjhjsg dhgUWuiJJZHDF kHKJ...............
znak to, że tulę się do klawiatury.

Udało mi się załapać i kupuję codziennie.
Cena, hmmm...wysoka (3,5 zł za 1,5 l). Dziwne nie jest. Nie ma konkurencji w okolicy.
Znaczy są dwie krowy jeszcze, ale takie bidne, zafajdane, bo się dziadowi czy babie wstrętnej zgrzebłem nie chce ruszyć; parszywe stworzenia ludzkie. Poza tym krówy się pasą zaraz przy krajowej 3-ce.

A TĘ krowę znam z widzenia ;)
Czysta. Zadbana.
No, ale cena o złotówę większa niż od pewnej innej, też wypasionej, ale na podleśnych łąkach.
Trudno. Tu mam 2 min od domu- tam 12 km.
Wyjszłoby na to samo, doliczając paliwo, a może i więcej.

Grzeje człowiek takie mleko i się dziwuje.
Łyżka jakoś gorzej się w nim rusza, choć nie kwaśne przecież.
Im cieplejsze tym więcej perlistych kulek tłuszczu na powierzchni tańcuje (o fuj! zawoła inny konsument, tudzież ekspert od zdrowego żywienia- TFU), a po zawrzeniu jeszcze dobre paręnaście sekund się gotuje.

Będziemy kwaśne pić, sery popróbuję, bo Absorbery na razie się krzywią, niestety.
Chyba będę mieszać po trochu i do smaku przyzwyczajać, tak jak odzwyczajałam Młodego od proszkowego mleka. Po troszku dolewałam zwykłego, w końcu przywykł do krowiego.

Poszukiwania nowych smaków i dań w związku z moim  ("idiotycznym", "chorobliwym") przejściem na niejedzenie mięsa ssaków i ptaków (ryba raz w tygodniu), dają efekty różne. 
Dziś całkiem ciekawe smakowo i potwornie wypełniające, kotlety z kaszy jęczmiennej.



Pamiętać tylko trzeba, że muszą być małe, no i maczać sobie łapki w wodzie, bo się masa okropnie lepi- oczywiście nie do siebie.
Ja robię z jajkiem, bo jajka od swoich kur- uważam, że szczęśliwych- jem. Kto nie je- może zlepiać bułą tartą lub mąką kukurydzianą. 
Doprawiam jak mielone tradycyjne- cebulą, czosnkiem, majerankiem, sól, pieprz, świeży tymianek, pietruszka, a dziś dodałam mięty jeszcze. 
Dopełnieniem tego dania byłby sos grzybowy, ale z grzybami posucha.

Posucha też na murawce w okolicy rezerwatu "Nad Groblą", gdzie jeździmy  się z Absorberostwem pikniczyć. 
Koc jednak musi być solidny; nie taki tam fiu-bździu z konisiem, bo w tyłek trawy gryzą.
To tak, gdyby ktoś chciał się tam ... turlać na przykład.






Tylko żółwia brakuje ;)
Ostatnia fota przypomniała mi pewien dowcip:

Facet postanowił wybrać się z żółwiem do kina.
Trzyma zwierzątko pod pachą, podchodzi do kasjerki i prosi o bilet:
- Poproszę jeden normalny i jeden ulgowy, dla żółwia.
- Przykro mi, ale to nie jest zoo, nie może pan wejść z żółwiem!
- Ależ to mały żółw, zachowuje się cichutko, przecież nikomu nie będzie przeszkadzał.
- To porządne kino, proszę nie blokować kolejki!
- Ależ proszę pani, kupię dwa normalne.
- Nie i już. Następny!
Facet odszedł jak niepyszny, za zakrętem wsadził sobie żółwia w spodnie i po chwili wrócił do kasy - pod pachą miał już tylko pudełko z popcornem, w ręce kolę.
Tym razem dostał normalny bilet bez większych problemów.
W środku seansu postanowił pozwolić biednemu zwierzęciu pooddychać trochę świeżym powietrzem.
Rozpiął więc rozporek aby żółw mógł w końcu wychylić szyję.
Kilka siedzeń dalej w tym rzędzie dwóch gości rozmawia:
- Stary - widziałeś?
- Co?
- Ten facet tam - ma fiuta na wierzchu!
- No i co z tego? To erotyczny film - ty też prawie masz.
- No... ale mój nie wpieprza popcornu!



Wpis sponsorował:


poniedziałek, 27 lipca 2015

Omłotnia, bezmięsność i co Jagoda menda narobiła....

Kapturka już mi nie śpiewa.
Śpiewają Bizony, Caasy, New Hollandy...
Omłoty wirują w powietrzu, z lekka tylko ochłodzonym, suchym raczej.
Siedząc na huśtawce wieczorem, słyszę znajome łomoty w oddali. 
Taka swojska muza.

Zawsze, prócz wyobrażenia reakcji zapalnej w oskrzelikach płuc własnych związanej uściskiem wielkim z tą porą działalności rolniczej, wyobrażam sobie wpływ na populacje zwierzyny drobnej.
Strach myśleć i -póki co nie znalazłam czy ktoś to badał ilościowo i jakościowo, jaki wpływ na populacje mają żniwa.
Na pewno odbija się to na miotach zajęczych oraz lęgach ptasich.
Ech...
Giną też sarny.

Sianokosy też nie lepsze.

Pamiętam wiersz Czechowicza- "Przy sianokosach", jeszcze z czasów, kiedy koszono tylko kosami, ale o nim pisałam już trzy lata temu. Wtedy zdarzało się zranić czy zabić zwierzę. Teraz- to jak nasze zetknięcie się z rozpędzonym debilem na drodze.
Tak, nie jestem dobrą matką i nazywam rzeczy po imieniu. 
Jak mnie kto chce na trzeciego wyprzedzając prawie zabić- morderca. 
Zdarzają się głupki, debile. 
Raz jeden gorszy się trafił, ale Absorbery chyba same mi w duchu rację przyznały...

Ale...
Kombajniści, nie dość, że maja ciężką pracę, to ....



Dyeta bezmięsna w toku ku totalnemu braku zrozumienia najbliższych (opadnę z sił na pewno, zamorzę się).
W razie czego- wrzucę fotę. 
Po jakimś czasie znów i ocenicie czy mnie ubywa. Czy ...co tam jeszcze.
Bo, może jak w przypadku chorób związanych z odżywianiem, będę miała problem z oceną ;)


Dziś wersja tupajowa sałatki makaronowej z kurczakiem w soli, pieprzu, ziołach prowansalskich, marchewką i śmietaną z czosnkiem, świeżym tymiankiem-
sałatka bez kurczaka, za to z czedarem, który uwielbiam. 
Do tego groszek i papryka. 
No i wyszło pysznie.


Ziółka się suszą; jak to u wiedźmy.
Teraz tylko w torebki papierowe i do słojów.


W tym roku suszę dużo krwawnika, trochę dziurawca, pokrzywy, melisę. Szałwia mi bidula usycha. 
Susza jest obrzydliwa. Latam przyspawana do konewki, ale niektóre rośliny gubią już liście.
Mam nadzieję, że jedynie przejdą wcześniej w stan spoczynku i nie obumrą.

Kochanaaleczasemobrzydliwa Jagoda zabiła drozda. Żółtodzioba.
Nie skomentuję. 
Powiem tylko, że wqrwiła mnie strasznie (nagadałam jej; nie wróciła na noc).
O kotach i co czasem wyprawiają w przyrodzie pisałam już kiedyś.






niedziela, 31 maja 2015

Szpinaku eksterminacja, czas ziół i 5 minut ze świnią

Nie zeżarły.
Ślimole.
Szpinak sobie rośnie i cieszy oko, potem podniebienie.

Zanim trafi do gara- podżeram prosto z grządki.
Dziś repetowałam wcześniej już robioną jajecznicę, tym razem dodając znaleziony na peryferiach grządek zeszłoroczny czosnek.
Znów mnie dopadło jakieś cholerstwo okołogardłowe.
Znów przedszkolny klimacik.

Czosnek w cenie zatem.

A teraz, niemal jak na blogu kulinarnym.
Tylko pięknych aranżacji brak.
Jaki blog- taka grafika.
Ale co tam!




Poświata jest, kolorki są, może jednak nie najgorzej?

Suszę zielsko.
Zebrane liście plus kurdybanki.
Aktualnie malina, aronia i porzeczka.


Ups...czerwona koniczyna też się załapała,
niestety w ilościach śladowych, bo jeszcze nie w pełni kwitnienia
Pola się zmieniają.
Kwitną zboża.
Tu i ówdzie mak się czerwieni...
Jak z łobrazka.



A na deser- ulubione moje i Absorberki, przygody plastelinowych kotków.
Mio i Mao. Pięć minut rozciągania twarzy w szerokim uśmiechu.


wtorek, 31 marca 2015

Wietrzysko, latające dachówki i kasza owsiana

Nie jestem babą specjalnie lękliwą, ale jak tak wieje jak wczoraj i dziś to mam momenty, że czuję się niepewnie. 
Zwłaszcza jak obserwuję z okna czołgające się kury. Porywy wiatru silne, baby pierzaste przytrzymują kiece i łapami chwytają się mocno podłoża. 
Fox schowany do "garażu", może wyjadę rano...bo wkoło błotniście, ale przynajmniej może nie oberwie dachówką.
Dachówki spadły dwie.
Zmartwiłam się.

Ktoś mi powiedział, że "dwa tysiące reszty jest na dachu". 
I jest to spory plus!

Prąd raz jest, raz go nie ma.
Przerwy na tyle małe, że mogłam napalić w kotle. Przy braku prądu niestety- konserwujący ziąb.

Pogoda jak zwariowana kobieta.
Powieje, zmoczy, potem zarzuci tęczą i znów to samo.

Dziś pierwszy raz w życiu jadłam kaszę owsianą.
Ciekawe urozmaicenie.
Przypomina mi ryż brązowy.
Fajne, bo nie lubię mamałygi, a to mile się rozgryza, czuć osobne ziarna, nie pulpę.
Podobno przyspiesza metabolizm, ale o tym przeczytałam po tym jak ją zjadłam.
Jest wysokobiałkowa, ma sporo żelaza i magnezu, jest dobrym źródłem cynku, wapnia, wit. B1, B2 i kwasu foliowego.
Zbawiennie wpływa na jelita (sprzyja pożytecznej florze jelitowej),a poprzez zawartość beta-glukanów (rozpuszczalny błonnik) daje szybkie uczucie sytości oraz wspomaga wypróżnianie się.
I tu zaraz przypominam sobie zawołanie Absorbera:
- Mamoooo! Zrobiłem kupę!!! Z tyłka!

Kaszka owsiana

...z ulubionym sosem Absorbera- słodko- kwaśny plus zwłoki kurczaka

Pisząc mądrości o kaszy korzystałam ze strony http://www.lubiekasze.pl/

niedziela, 4 maja 2014

Coś słodkiego. Bobki. :)

Jak zwykle w niedzielę- wietrzenie futer.
Pogoda bardziej przyjazna, choć rano całe minus 1.
Około ósmej- całe 5 stopni.

Okolice południowe to 10, z niebem niemal bezchmurnym, słonkiem wypalającym dziury wkoło i zimnym, północnym wiatrem.

Spacer zatem był szybki co by nie zmarznąć.
Przytaszczyłam ze sobą trzy młode lipki.
Takie do kolana. Rosnące zaraz przy ścieżce więc żaden normalny (na) leśnik nie powinien być zgorszony.
Wcześniej czy później rozjechaliby je zwożąc drewno.

Znów nie mogłam oderwać się od roboty, ale organizm swoje.
Po śniadaniu, jak zwykle sutym, po 5 godzinach dali mi odgórnie znać, że czas uzupełnić energię, "bo i już!"
Pożarłam w trybie pilnym makaron wstążki z makrelą z puszki, czosnkiem, ziołami prowansalskimi, bazylia i oregano, na dodatek skropione cytryną.
Przyjęło się.
Cóż z tego jeśli w domu nie ma nic słodkiego, a nie chcę obżerać Absorberów z herbatników i biszkoptów.

Jako, że małe niedobory magnezu odczuwam, przypomniałam sobie o prostym przepisie na coś słodkiego, co robiła moja Mama, kiedy byłam jeszcze mała i nawet mi się nie śniło zostać Tupają.

To tzw. bobki.

Robi się je z masła, cukru, płatków owsianych i kakao.
Proporcje ustala się na oko, wg mniemania.
Jedni lubią słodsze inni mniej.

Masło jest lepiszczem.
Dziś, na własny użytek wykonałam je z 
- ćwiartki masła (musi być normalne, 82% a nie jakiś szit masłopodobny)
- 2 łyżek cukru
- płatów owsianych wrzucamy tyle, żeby się dało lepić kulki- bobki
- kakao- wedle uznania, ale musi być wyczuwalne. Oczywiście musi być prawdziwe, a nie jakieś dziecięce czy light

Lepimy sobie kulki.
Jesteśmy przy okazji ubabrani do reszty więc najlepiej mieć wszystko na podorędziu.
Brzydko bowiem wyglądają ślady na szafkach kiedy nagle przypomina nam się, że nie wzięliśmy talerzyka tudzież któregoś z produktów.

Bobki wyglądają tak:

Wersja podstawowa

Wersja "de luxe" czyli a'la trufla- obtoczone w kakao. Można też w cynamonie 
Wstawiamy do lodówki, bo w trakcie obrabiania masło jakoś dziwnie się nam topi...:)


Nie będę pytać co na to dietetyk.
Mi bardzo smakują.

Wybaczcie brak większej estetyki na talerzu, ale do blogów kulinarnych się nie zaliczam.
Bobki z resztą chyba nie mają większych aspiracji więc mi wybaczyły.
Wy,mam nadzieję, że też :)


sobota, 5 października 2013

Kulinarnie w Tupajowisku i o temperaturze względnej...

Przesadnie niska, momentami,temperatura pokojowa zaczęła nam doskwierać.
Zarzucony do Unicala węgiel rozgrzał wczoraj nasz dom.

Pojęcie względne, to rozgrzanie.
Patrząc na Absorbery z wypiekami na twarzach, widząc siebie i czując jak "żar z rozgrzanego brzucha bucha" myślałam, że przesadziłam z wsadem nadgryzionych zębem grzyba i owadów sztachet z niebyłego płotu.

Zerknęłam okiem swym uważnym na termometr i aż się zaśmiałam na głos. 
Całe 18 stopni!

Dajcież spokój.
Jak możliwe jest, że ludzie żyją w temperaturach 22-24 stopnie. A sama takich znam i ...wiem, że żyją. Mało tego! Nie wyobrażają sobie w okresie chłodów temperatury niższej niż 22 stopnie.

Całę szczęście każdy kocioł kiedyś wygasa, kiedy mu się niczego nie dorzuca i tak, ku pociesze nas wszystkich, osiągnęliśmy znów nasze magiczne 15 stopni.

Dziś apiać to samo, bo mimo ciepłego dzionka, noc zapowiada się na chłodną.
Także kocioł nakarmiony, a ja siedzę w pidżamce jeno.

Pischinger zrobiony.
Będziem jutro pożerać. Z Absorberami oczywista, a  Absorberka mlaskać będzie i mówić : "Mniaaa-m!".

Ostatnio dostałam podejrzanego pałera i nie dość, że wczoraj umyłam okna w trzech pokojach, które zamieszkujemy (w sumie 8 okien), to na dodatek mogłam sobie dogodzić (przynajmniej taki miałam zamiar) plackami ziemniaczanymi.
Kamax placków nie lubi. Chyba, że z gulaszem, a ja owszem.
Korzystając z możliwości zorganizowania sobie posiłku, przygotowałam co trzeba, starłam, odczekałam, odcedziłam, doprawiłam, dojajczyłam i usmażyłam.


Wyszły pysznie, bo ziemniaki fajne, a  właściwie malutko mąki zawsze daję, żeby były chrupkie.
No i rzecz jasna na dużych oczkach tarte.

Niestety....
Łakomstwo. "Kotek przebrał miarę..." i tak dostałam guli w żołądku od tej dobroci gorących, pełnotłustych placków i myślałam, że się zwinę w jedną, wielką pyrę na łóżku.
Oczywiście nie było mowy, bo Absorbery przypuściły na mnie atak zmasowany.

Jeszcze raz uratował mnie ortofosforan.
Zwykle, kiedy dzieciata nie byłam, pomagała żołądkowa.
Tym razem wersja light, chyba mniej zdrowa.

A propos zdrowia.
Te wszystkie produkty eko, bio, et cetera. 

Kamax przywiózł z zakupów jajka:


Nie wiem...Czy mam się spodziewać łatwiejszych wypróżnień?

Tak na zakończenie, przypomniał mi się wierszyk, z domu rodzinnego. 
Nie pamiętam kto go ułożył, bo serce do rymowanek wszyscy mieliśmy wołowe. 
Wielkie, znaczy się.

" Jest salceson i parówki
Chlebem dopchać się też można
Lecz należy jeść z ostrożna
Przytrzymując drzwi lodówki".


sobota, 21 września 2013

Tupaja przy garach w cieniu Buki

Infekcyjny glut pomału opanowany.

Ślad jego żywota znajduję jeszcze w zwitkach kawałków ręczników papierowych pozostawianych tu i ówdzie (tzw. "zwierzątka") lub pod nosem Absorberów. 
Ilości te są jednak tak małe, że serce me się raduje, bo znak to, że można będzie powrócić do uciech spacerowych, kopania darni przed domem i wzmacniania ramion. 
Moich,rzecz jasna.

Myszy już włażą do domu. Szukają kąsków, hałasują nocami, czasem i za dnia.
Dwa tygodnie temu złapały się trzy. Trzy dni pod rząd po jednej.
Na co najlepiej łapią się paszowickie myszy?
Ano- na rurki.
Kruche.

Dziś znów się łakomczuch jakiś złapał i teraz stuka żywołapką.

Odkryłam coś smacznego, a co niektórzy się zaśmieją, że wielkie zrobiłam odkrycie!
Kuskus.
Kasza z pszenicy.
Z internetu ( nie posiadam takiej łyżki drewnianej jak na fotografii)


Postanowiłam odmienić nieco monotonię sałatek makaronowych czy ryżowych i użyć tej kaszy właśnie.
Nie dość, że przygotowuje się ją błyskawicznie (zalewasz wrzątkiem, 5-10 minut i gotowe), na dodatek- takie moje i Kamaxa wrażenie, kasza chłonie to, z czym została wymieszana. 
Integruje się, jakby to ładnie napisać....

Dokonałam cudnej (będę się chwalić, a co!) - w smaku i całkiem miłej dla oka sałatki z piersi indyka w ziołach i czosnku z kukurydzą i papryką świeżą.

Oczywiście, można gderać, a że indyk, a że kukurydza- może i GMO (raczej nie, bo czytałam i jestem bardzo przeciw), a papryka nie z ogródka własnego, ale...
Smakowite było, podsypane sporą ilością chili, pieprzu. 
Absorbery też wcinały, choć Młoda mniej drapieżna i tylko kaszę z warzywami, Młody ochłapy ptaka pochłaniał.

Druga wersja sałatki- ale na słodko- to najprostsze na świecie połączenie kuskusu z bakaliami.
Też się mile w nie "poowijała" więc smacznie było.
Daktyle, śliwki suszone, żurawina, morele i słonecznik.

Wiem, że moje popisy kulinarne są niczym w porównaniu z Koleżankami Blogowymi (chylę czoła Kamo! ), ale nie to w tym wszystkim jest najważniejsze.
Sednem jest to, że kiedyś nie znosiłam garów, gotowania. 
Teraz jakoś mile mi się przy tym krząta,a  co chyba najważniejsze, przestałam trzymać się sztywnych zasad i zaczęłam popuszczać wodzy fantazji smaku.
Kuszą też nowe pomysły, przepisy.

Ile w tym wpływu programów kulinarnych które z doskoku oglądam, a  ile wpływu czegokolwiek innego, ale z pozytywnym tchnieniem, nie wiem. 
Ważne,że jest i mnie cieszy; przy okazji smakuje innym.

Nie wszystko mi się w kuchni udaje, ale nie stanowi to dla mnie katastrofy czy powodu do wyrzutów.
Ostatnia sytuacja z owocami czarnego bzu...mnie rozbawiła.

Zebrałam go trochę, wydawało mi się na oko, że mam go około pół kilograma.
Zerknełam do internetni na przepis na sok z owoców.
Przygotowałam potrzebne na tę  ilość 2 szklanki cukru i tyle samo wody.

Oczyszczone, jak Pan Bóg przykazał, owocki szurnęłam do gara, zalałam wodą; kiedy zaczęła parować sypnęłam cukier.
Zaczęłam gotować.
W przepisie stało, że trwać to ma około 2 godzin. 
Potem- na sito i buch! do gara na godzinę.

Szczęśliwa chyba ostatnio jestem, bo na zegarek nie patrzyłam, mieszałam, myłam gary, bawiłam się z Zasmarkańcami, myłam lodówkę wodą z sodą ( a co!), na drugim palniku bulgotał syrop z mięty.

Cóż. 
Kiedy skończyłam i zadecydowałam, że bez jest już gotów- zlałam.... do jednej butelki 330 ml....
Nastąpiło cudowne streszczenie bzu. 
Kondensat czysty. 
Chyba wyekstrahowało się wszystko co możliwe, całe dobrodziejstwo, normalnie!

Widzę, że moje oko mnie zawiodło i chyba lepiej wrócę do namiętnego łowienia owadów metodą przez wypatrywanie, bo w tym się lepiej orientuję...

A a propos ekstrakcji.
Siedzą w laboratorium dwie blondynki.
Jedna z nich pyta drugą: 
- Co robisz?
- Ekstrahuję.
- O! To zrób mi jednego!

Mam nadzieję, że ten ordynarny dowcip (ups!) nie spowoduje, że znów stracę członka (ups!), obserwatora, znaczy się.
Ale- jak już kiedyś, parokrotnie pisaliście na swoich blogach- kto się zniesmacza, strzela focha czy inne tam, niech nie czyta.

Ostatnio,bardzo miło mi się wraca do Muminków.
Szczególnie do Małej Mi.


Jest wiele mądrości w tych książkach, nie zawsze nacechowanych równie...energetycznie jak powyższa, ale choćby to:


  • Miałem krewnego, który studiował trygonometrię, aż mu wąsy odpadły, a kiedy już się wszystkiego nauczył, przyszła jakaś Buka i go zjadła. No i leżał potem w brzuchu Buki z całą tą swoją mądrością! ("Dolina Muminków w Listopadzie").




Książki o wiele lepiej oddają klimat i serialu nie oglądałam z takim zacięciem, nawet dzieciakiem będąc (już wtedy chyba wstępnie nastoletnim?). 
Znam wielu, którzy sięgnąwszy po bajkę telewizyjną okrzyknęli Muminki bublem, nudą czy też innym mniej wyszukanym komplementem.
Popieram, bo serial- jak dla mnie- do niczego, a tylko Muminkom zaszkodził.


Chciałam na koniec wkleić coś fajnego, ale nie umiem wyciąć kawałka filmu z YouTube.
Miało być to pozdrowieniem szczególnym dla Rogatej i dziewczyn pastereczek owieczkowych :)
No i dupa.
Nie będzie.

A jest taka fajna piosenka, z niefajnej bajki, którą mój Absorber uwielbia, a zwą się one Teległupki. Teletubisie, znaczy się.
Odcinek, w którym jest piosenka o pastereczce Ludmile.
Piosenka, jak piosenka, ale te owieczki śpiewające!
To trzeba usłyszeć...

Może Kamax mi jutro pomoże i wrzucę, bo Odcinek Teległupków trwa dwadzieścia parę minut, a to gdzieś w połowie jest. 
Nikogo nie mogłabym zadręczać ta bajką...:) 






środa, 17 kwietnia 2013

Dom nr 116 na chwilę przed burzą...

Piękny dzień- ciepły choć dusznawy lekko.
Burza gdzieś się tuła w pobliżu, ale na razie ani kropla nie spadła.

My od rana na nogach, nie byłabym sobą gdybym, zaciskając z lekka zęby, bo noga jeszcze boląca i puchata od obrzęku, wytoczyłam się z Absorberami na wieś.

Miała być godzina, wyszły dwie. A co tam...
W ogóle do domu nie chciało mi się wracać.

Któraś z kocic zaczęła wreszcie polować na myszy i obdarzać nas swymi zdobyczami. Tę niestety ktoś chyba...nadepnął?


Najbardziej prawdopodobna sprawczyni zgonu myszy- Jagoda

Przeszłam się po domu.
Oczywiście wiedziałam, że w "warsztacie" psy czasem rozrabiały, ale że aż tak?
Już chociaż mogły całą podłogę zerwać....



Prawie naprzeciwko "warsztatu" jest wejście do małego pomieszczenia pod "Niebieskim pokojem".
Żal mi tych drzwi, bo są bardzo ładne, ale nie wiem kiedy i czy w ogóle uda nam się je odrestaurować.



Drzwi, jak to w starym domu, są ładne, ale zapuszczone.
Mnie wstyd, bo można by już coś z nimi robić, ale zawsze coś wyskakuje i...się nie robi.
Tu drzwi do pomieszczenia z kuchnią, gdzie mamy kotłownię i aneks obrzydliwej łazienki, z której niestety nadal musimy korzystać, bo nowa robi się wijąc z bólu i ....jąc pod siebie....

Judaszyk jak się patrzy :)


A łazienka, ta na górze, ma być duża, bo i pokój jest duży. 
Sporo do zrobienia...
Za ścianą z prusaka- gospodarcza część domu.
Jak zostawimy dziurę to myszy będą przychodzić się kąpać....


Jestem konserwatywna i łazienka dobrze komponuje mi się w kolorze blue.
Pomysł Kamaxa mi się spodobał i belki zostaną pomalowane na ładny, żywy brąz.


Obskurnie wygląda taki grzejnik w zestawieniu z belkami, ale cóż...

Przyszła łazienka, sąsiaduje jedną ze ścian z Niebieskim Pokojem, który stoi zapomniany i stanowi naszą graciarnię. Jest bardzo ładny, ale ciemny (od północy). 
Za to na pewno zostanie niebieski. 
Podłoga do zrobienia, bo dziurawa.



Kuchnia jest dalej na etapie na jakim była.
A jak już kuchnia- to mamy też piec chlebowy, którego cudem nam z domu nie wynieśli tuż przed sprzedażą. 
Oczywiście odrestaurowanie go to kupa...kasy, bo ma ubytki i na razie stoi sobie, zapomniany, cichutki....
Na pewno nie oddamy go na złom.







Jak już o kuchni to napiszę tylko, że ostatnia nasza akcja z okupowaniem na zmiany lotne kibla, po spożyciu baleronu kupnego, przekonało nas do czegoś, co od dawna robi moja Mama.
A wygląda to tak:

To akurat schab. Troszkę suchy, ale smak ziół rekompensuje ten lekki dyskomfort. Wygląda jak pieczone? A ja nie mam piekarnika :)

Wiosenka ma swoje zalety. Ba! Jest ich wiele.


Jedną z nich jest podagrycznik. 
A ja, po prostu zjadam go jak koza :) 
Prosto z miski...:)




 
Psowate całe dnie na dworze. Tylko Garipa trzeba chować ze słońca, ze względu na jego chorobę...
Choć najczęściej....chowa się sam.


Rudzisko- stała rezydentka galeryjki.
Psia galerianka :)


No i mamy- grzmi!
Pierwsza burza w tym roku!