![]() |
| zdjecia.biz.pl |
Pisałam nawet o tym, może nie tak bezpośrednio, ale ocierając się o moją osobę, o tych, co przesiedleni do starych domów uciekają od alergii...
Albo jakaś szuja mi źle życzy i śle złą energie, albo tak się wszystko sprzysięgło przeciwko mnie, albo ...wszystko do kupy razem...
Zaatakowała mnie od dawna uśpiona moja upiorna przypadłość.
Ta, co nie pozwala się cieszyć kwitnącymi na łąkach trawami, sianem rozgrzanym w słońcu i duszącym zapachem kumaryny otulającym rozsłonecznione łąki...
Oczywiście musiałam urodzić się z miłością do łąk.
Oczywiście musiałam urodzić się z zamiłowaniem do koni, które przepadają za sianem, którym ściele się słomę pełną omłotów....
Nie mogłam urodzić się głupkowatą pańcią mdlejąca na widok gąsienicy, taką co ją płazy do wymiotów prowokują, a las i łąki podziwiać może tylko na obrazkach, bo pełne są obrzydliwych form życia.
Taką, dla której życie w mieście ociekajacym asfaltem i betonem to raj na ziemi...ludzie wkoło, gwar ulic, zieleń wkomponowana w budynki, abiotyczne trawniczki przystrzyżone tak, by żaden chrząszcz, mrówka, nie mogły się w niej schronić...
Miałam swoją ostatnia deskę ratunku...Sprawdzoną substancję Fluticasoni propionas... glikokortysteroid....
Ale...albo się zbyt to gówno we mnie rozpasało, albo już i to nie działa....
Pozostaje mi wizyta u lekarza, bo juz sama pomóc sobie nie umiem.
Nie wiem...chciałabym uciec od tego. Myślałam juz o jakimś cudownym leku; marzy mi sie też takie uzdrowienie. Może jakiegoś znachora znaleźć?
Z oregano i kotami sie udało.
Omłoty, trawy, pleśnie i nadciągające żniwa rzepakowe to chyba jednak za wiele dla mojego organizmu....
Powiem szczerze...jak nie mam jak oddychać i czuję jak świat, który kocham mnie dusi- w dosłownym tego słowa znaczeniu...chce mi się...wyć.
I dziś to ukradkiem robię...
