.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zioła. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 września 2022

Zaorane- czyli nowe wyzwanie na 2023

Zastanawiam się czasem jak przebiegała moja ścieżka rozwoju karmicznego, skoro natrafiam na dość ciężkie gabaryty nauczycieli. Niektórzy twierdzą, że luster. Czasem tak, a czasem nie, bo ani pazerna nie jestem, ani kontrolująca, ani wścibska. To tak na marginesie tego co zwie się motorem zmian. Czasem niechcianych, wymuszonych przez innych.
 

Obcowanie z ziemią od paru lat ma dla mnie szczególny wymiar. To kontakt z żywym tworem. Gleba to nie zbiór cząstek nieorganicznych. To mikrokosmos. Pełen życia. Jak wiadomo, w różnych jego rejonach- różnie wyglądający. Inaczej na powierzchni, inaczej pod nią. 

Kto chce się uczyć, jest otwarty zamiast być skostniałą w poglądach bułą, powinien przyjąć to do wiadomości. I tak jak zdrapywanie strupa ciału nie służy, tak podobnie jest z glebą i tradycyjnymi sposobami uprawy. Orka, kultywator... Wydobywanie tego co pod powierzchnią powoduje ciągłe zaburzanie funkcjonowania mikrobiomu glebowego. Tlenowce  lądują w strefie beztlenowej, a beztlenowce  - w diametralnie różnych od preferowanych warunkach. 

Przez dwa lata stosowania ściółkowania i nie kopania- zyskująca coraz większe uznanie wśród amatorów ogrodnictwa metoda no dig- dała efekty. Gliniasta tutejsza gleba ładnie się rozluźniła, ściółka trzymała wilgoć. Nie wspomnę już ile dżdżownic się w niej wiło. Im mniej kopania- tym mniejsze osuszanie gleby. Niektórym jednak to chyba nie przychodzi do głowy.

Uprawy poprzetykane ziołami w tym wieloletnimi, gatunki wabiące pszczołowate. Mozaika roślin. Dla mnie- użyteczne wszystkie. Nie tylko warzywa, ale i zioła. Niekoniecznie lubianych- niewiele. To jest żywy ogród. Nie pole uprawne.

Nie jestem pazerna, czasem nawet może zbyt hojna dla innych - bo dzielę się miejscem, częścią plonu, bo przecież dzięki owadom mamy owoce i nasiona. Zostawiam przekwitłe kwiaty- są tam nasiona, z których korzystają ptaki. Dzielę się. Cieszą mnie żerujące na nich mazurki, makolągwy, szczygły. 

Szkoda, że nie wszyscy tak mają.
Każdy kwiat, który przekwitł jest wyrywany, traktowany jak zbędny, a roślina, która - przez brak wiedzy - nie daje takim ludziom pożytku- traktowana jest jak śmieć. Prostackie, nie proste,  myślenie.

W tym roku, ostatnim dla mnie w uprawie tego kawałka ziemi, nagietki obrodziły nadzwyczajnie. chyba wiedziały, że to ostatnie ze mną tu pogawędki. Zebrałam sporo na susz, potem trochę nasion. Niestety. ptaki nie najedzą się resztą, bo już roślin nie ma. A gleba skultywatorowana i zasiana poplonem. Tak. Ten też zostanie przeorany. Ku niechwale skostniałego myślenia. 

Tygrzyk paskowany- już dość częsty pająk, kiedyś rzadki i chroniony, już tu nie  mieszka. Stracił dom, a może i życie. Nie zdążyłam go przenieść. 


 

Znalazłam karpę wyciągniętego żywokostu. Cud ziela. Leżał biedny, na kupie z resztą wyrwaną z gleby. Zabrałam. Z ułamanych będzie susz do naparów i mazideł, reszta- znalazła miejsce w donicy.

Po pełni posadzę do ziemi. Całe szczęście dla tej rośliny - jest mocna. Myślę, że poradzi sobie. Z resztą, popatrzcie jak już puściła liście 


Następny sezon, ze względu na rewolucję, muszę obmyślić częściowo w donicach. Tak już i teraz sadzę co mogę. Włącznie z miętą. 


 Skrzynia z wypełnieniem jak w wałach permakulturowych zdały rezultat. Teraz tylko trzeba dosypać obornika, bo ubyło materii i słabo ze składnikami. Już wiem, że nie będę siać cykorii liściowej, bo prócz mnie nikt za nią nie przepada. Nawet ślimaki....



Udały się ogórki, zioła, niestety dynie okazały się jakimiś bezpłodnymi mieszańcami, a jarmuż zeżarły ślimaki. 

Cóż, uczę się i to jest fajne. A najfajniejsze to, że jest misz masz, owady, a nie pole od linijki. To nie moja bajka. 

Trwa festiwal jeżynowy. Działamy. Hop w słoiki, bo przejeść się nie da. Z cukrem, będzie kaloryczniej. W sam raz na zimę.


A z ziółek co są przy nas, bo czytają nasze potrzeby- choć to, podobnie jak żywokost, już tu były, zanim dotarłam, jest złocień maruna. Na bóle, zwłaszcza migrenowe. Ma działanie przeciwzapalne, napotne, immunostymulująco. Także odstrasza owady. Przy okazji wygląda ładnie. Swego czasu, rosnąc przy różach, wyglądał jak ich przybranie. 

Tak więc głowa pełna planów jak to wszystko na nowo poukładać, plus bieżące sprawy, Absorbery, zwierzaki. Nina zadbała, żebym umiała odróżnić prawego buta od lewego....




A czasem na trawniku dzieją się rzeczy ciekawe...






środa, 3 sierpnia 2022

Herbatka ziołowa fermentowana- post dedykowany

Och, jakże ja lubię jeśli mnie ktoś do czegoś czasem zmobilizuje. Sama, daje radę, ale jak kto jeszcze prztyknie - to lepiej lecę.
O czym mowa? O fermentowaniu liści na herbatę.
Agniecha spytała w komentarzu, a ja mam chwilkę, to się tu zająknę.

O herbatach aż tak wiele nie wiem, bo kiedyś pijałam, ale teraz rzadziej. W młodości, no, powiedzmy we wczesnej młodości, hre hre, piłam zawsze liściastą. Tak, o innej w domu nikt nie chciał słyszeć. Żadne tam bobki czy granulki. Owszem, był czas Śliptona, ale przeminął. Z resztą potem, gdzieś w okolicach połowy studiów, zaczęłam pić kawę.

Prócz znanych Asamów, Junanów, lubiłam szczególnie z zapachem bergamotki czyli sławetne earl grey. I tak mi zostało. Herbat gorzkich nie pijam. Zdecydowanie mam po nich odruch wymiotny. Może dlatego, że zaparzane i pite były po zatruciach pokarmowych.

Teraz łączę earl greya z jednym z moich ulubionych ajuwerdyjskich ziół- bazylią świętą zw. tulasi. Bardzo mi ten napar pasuje, relaksuje mnie, a przy tym jest dla mnie bardzo smaczny. Koniecznie, po lekkim przestudzeniu miód od pszczół mężowskich. 

Ale- do brzegu.

Jeśli chodzi o bergenię, to zawsze mawiałam na nią kapusta. Nie mogłam zapamiętać jej nazwy...
W Tupajowisku rosła na skalniaku, tu, w Nowym, jest zastana. Przy okazji próby przypomnienia sobie jej nazwy i poszukiwań w Internecie, trafiłam na wpis na stronie Inez Herbisess, gdzie pisze ona o roślinie i herbacie z niej.
 

 Tutaj sobie poczytacie, jeśli kto chce więcej. Dla mnie przydatny był przepis jak sobie z tymi liśćmi poradzić, bo zwykle jedynie suszę liście, kwiaty lub całe ziele do naparów. 

Wielkim plusem tej rośliny są jej właściwości lecznicze-
bergenia zawiera pektyny polisacharydowe o właściwościach immunostymulujących, aktywuje gojenie wrzodów żołądka i dwunastnicy, działa uspokajająco, ma działanie przeciwzapalne. Odkaża przewód pokarmowy i drogi moczowe, hamując rozwój bakterii i grzybów. Zawiera garbniki o działaniu ściągającym, przeciwzapalnym i przeciwkrwotocznym. Wzmaga wydzielanie moczu, zawiera flawonoidy i fenolokwasy
H. Różański luskiewnik.pl


Smak też zapowiadał się ciekawie więc zadziałałam. 

Zebrane liście

Za chwilę będzie się działo...

Potłuczone, zwałkowane wałkiem liście, zwijamy

Liście wyjęte ze słoja po 4 dniach- suszymy

Wysuszone na amen liście

Gotowy susz


Jak widać dokumentację foto miałam więc gdzieś w zamyśle był post o tym, ale dzięki Aga za zdopingowania, dzięki Mieszko za sen i możliwość poklikania!

W fermentacji liści raczkuję dopiero. Masa info w Internetni, ludzie fermentuj wszystko chyba. Ja póki co- liście malin, bzu, a teraz cudownej, niedocenianej przez większość żółtlicy drobnokwiatowej. O niej chyba też odrębny wpis by się należał...

Liście do takiej herbaty należy pognieść, włożyć do słoika wypchanego do maksymalnej objętości i odstawić w ciepłe miejsce na parę dni. Te bardziej wilgotne warto przed zasłoikowaniem na  parę godzin zostawić na wierzchu.
 

Kiedy gotowe? Ano jak liście ściemnieją.Wtedy rozkładamy pojedynczą warstwą i suszymy.
Na jednej ze stron o malinie autorka pisała, że zrobiła ją w  tydzień- ja czekałam 10 dni na ściemnienie. Pierwsza mi spleśniała.  Wszystko zależy od rośliny. Czy ma dużo wody, czy włochata czy nie.
Ja czekam w spokoju, ale niektórzy wstawiają do piekarnika. Cóż, dla mnie to strata energii więc później pitolenie o zdrowotności i nazywaniem jej -eko- jawi się tu potężnym nadużyciem.

Czy warto bawić się w fermentowanie?
Z zeszłego roku mam fermentowany kurdybanek i jest cudny. Z resztą, uwielbiam te ziele pod każdą postacią. Sałatek, naparów ze świeżych roślin, suszu oraz intrakt. 

Próbujcie, warto!

wtorek, 2 sierpnia 2022

Każdy orze jak może

 ...albo jak chce.

Czasem narzekam, ale dalej robię to samo. Wkurzam się, że czasu na artyzmy brak- a sama znów, łup! sobie coś na plecy. No i pewnie dlatego bolą, hehe. 

Sezon na jabłka z impetem porwał mnie i Absorberkę, która dzielnie pomaga mi w sprawianiu owoców.
A z nimi to wyścig z czasem, a właściwie z biegusami, bo łażą od rana po podwórku i żrą. A oprócz ślimoli i owadów, zielonego, żrą chętnie jabłka i śliwki. Nie zdążysz pozbierać- już tylko dla skrzydlatych, dziobnięte, nie pożarte. Czasem się wścieknę. Potem nerw opada jak kurz po akcji, bo myślę sobie- a niech im tam. Ile tego zeżrą. Trochę.

A spadają, póki co przez cały dzionek. Miałam sporo roboty. Trzeba było przerobić na gotowane do słoików, ogryzki poszły na ocet.

Magiczne słowo- trzeba było. Należałoby chyba zamienić na zdecydowaliśmy się czy jakoś tak. Patrzę na te owoce, na to co można z nich zrobić i tym większy ogarnia mnie niezachwyt nad ludźmi, którzy tego nie dostrzegają.


Jabłko z plamką czy obiciem- i fru! do śmietnika. U niektórych, także na wsi, nie na kompost, bo ten im śmierdzi koło domu. Z resztą, nie korzystają z kompostu, bo i po co. Zawsze nawóz można kupić w sklepie. Najlepiej szybko działający, jeszcze żeby pachniał jakoś tak... mniej naturalnie - czyli po ludzku- np. lawendą lub konwaliami. 

Ocet to w tym roku mój debiut. Może dlatego, że mamy sporo tych papierówek i wczesnych czerwonych. Myślę, a co tam, spróbuję. No i jakoś idzie. 


Chociaż nie powiem, ładuje sobie człowiek do kolekcji spraw do załatwienia, bo podejść mus codziennie do takiego i pomieszać, zajrzeć czy nie spaskudził sie pleśnią- wtedy niestety- to wylania. Na kompost, oczywiście, choć może i się by tym upić mógł.

Jeśli bardzo by chciał. Po oglądaniu jedyniesłusznejTV na pewno. Ale my nie oglądamy. I tej i innej. TV brak. I dobrze, nawet bardzo. Przynajmniej się nie wkurwiam na to, na co nie mam wpływu. 

Za to wkurw wielki mam na Lucillę. A właściwie ich stada. Mimo moskitier, którędyś drogę znajdują. Obrzydliwe są. Zielone, połyskujące metalicznie dupska i ten brzęk skrzydeł i to bliskie latanie koło człowieka, o k r o p n e !!!
Odrywają mnie od zajęć i z wściekłością wielką eliminuję z domu, bo nie ma we mnie empatii dla nich.

Co z tego, że w służbie medycyny czasem robią, czyszcząc rany. Nic.
Dla mnie ohyda, może i dlatego, że jedną kiedyś niemal połknęłam utopioną w przecudnego smaku kawie, wg Kuchni 5 Przemian. Ach, ta słodycz miodu, posmak kardamonu, nuta cynamonu z goździkiem, a do tego ruch w ustach, którego nie zapomnę chyba do śmierci swojej, amen.

Lato suche, każdy to widzi, nie będę- na razie- się powtarzać, za to wykorzystuję szybko to, co mi się urodziło, a w tym sezonie mam sporo nagietka. Suszę, zrobiłam parę słoiczków maści. Szybko czas zleciał i już większość zasycha...

A tak było ładnie. 


Oprócz nagietków, obrodził też ogórecznik lekarski





 Czas mija, a kaczki też już spore. Mają już ponad miesiąc. A były takie maniunie. 


Po środku kaczor Zane z żonami. To nasze stado zarodowe, że tak powiem...

 Puma rośnie zdrowo, jest kotem, który podobnie jak Kicia, nie zdał egzaminu z zakuwetkowania.
Kuweta traktowana jest przez nią ambiwalentnie. Stąd Puma nie mieszka już z nami w domu. Mimo swej miłości do zwierząt, nie miałam ochoty co chwila szukać kupy- to w łóżku Absorberki, to za lodówką. Jakoś mnie to już nie bawi....
Za to Puma ma ciepłe lokum w szopie, wychodzi kiedy chce, umie już uciec przed Niną, która lubi się nią bawić. Tak- nią, nie z nią. 

Puma

Nina

Kaczuszki są na sprzedaż, pewnie w końcu ktoś kupi, tak jak i znalazł się dom dla syna, odchowanego przez Coli syna jednej z czarnych kur i Fraglesa. W nowym kurniku nadano mu imię Rosół, ale bynajmniej nie będzie zjedzony. No, chyba, że oprócz węgla, zabraknie i pieczystego....




I tak się turlam, za dnia z reguły przetwarzając lub patrząc co by tu jeszcze... przetworzyć. W tym roku pierwszy raz zrobiona herbata z gardenii. W słoikach fermentuje też liście malin oraz żółtlicę drobnokwiatową. Liście bzu śmierdzą raczej więc pewnie tylko ja będę pić tę herbatkę....


Wysuszone, wcześniej pobite i przechowane w słoiku liście gardenii

Gotowy susz herbaciany

A w kuchni, jak to u matki- najlepiej pod spódnicą...


To Absorber Trzeci.
A mąż?

Dla wsparcia serwuje mi takie kanapki 

Plaster prosto z ramki.

 W tym roku miód lipowy wymieszany z gryką. Coś niesamowitego. Pyszny i jaki zdrowy!

A taka kanapka dodaje wigoru, że żaden kilogram jabłek już niestraszny mi!



piątek, 11 lutego 2022

Misz-masz z kutaskami leszczynowymi w tle

 No cóż. Pogoda nie rozpieszcza. To znaczy rozpieściła raz, może dwa. Raz jak napadało śniegu na 3 dni, a drugi- kiedy wczoraj było 11 na plusie. Poszliśmy z Absorberem 3 na spacer wózkowy już przed 10-tą. Słoneczko, ciepełko, aż wstyd...!

A dziś- pada mokry śnieg, na wybiegu u kur bagno. Nie dają już rady pędy z winorośli rzucone przez M.

Jedyne co się sprawdza to wycieraczka z gałęzi bożonarodzeniowej jodły, ale niezmiennym pozostaje ciapa na wybiegu. Biegusom to nie wadzi, dalej działają na nim metodą otworową - świdrują dziobami w ziemi, także koło drzew więc musimy je zabezpieczyć, bo w końcu sprowadzi to na zielone jakąś niemoc, w najlepszym wypadku.

Wczorajsze słonko dało też możliwość dozbierania kotków leszczynowych. Sprawdziły się u nas przy infekcjach dzieci i jestem ich wierną fanką. Dobrze też działa na starszych, wzmacniająco. Napar jest smaczny choć jak się przesadzi to czuć delikatną goryczkę. 

Na lipach już pączki. Czekam na liście, bo uwielbiam ich smak. Mogłabym jeść taką sałatę całymi dniami!
Póki co zaparzam napar, równie smaczny i zdrowy. 

Męskie kwiatostany leszczyny- kotki

Pęd leszczyny

Lipa drobnolistna

Sosna zwyczajna


Z sosnowych igieł robię napar już od jakiegoś czasu. Bogaty w wit. C, mikroelementy, świetny na tę porę roku. Poza tym ma orzeźwiający smak. 

Lubię zbierać rośliny na własny użytek. Czasem nawet wolę zbierać niż je potem przetwarzać...Niekiedy długo zajmuje mi zebranie się do rozdrabniania i przesypywania. Dostaję jednak kopa kiedy przypominam sobie, że im dłużej leżą czy wiszą - tracą składniki i czasem nadają się jedynie na kadzidła lub napary do włosów....

Czasem jednak, jak ostatnio, zbieranie leszczynowych kutasków przypłaciłam zapaleniem spojówek. Tak mi się po oczach oberwało pyłkiem, że hej...!



Życie to także siedzenie w garach. Nie przepadam, choć czasem mam do tego większy pociąg, albo świadomość, że będzie smakowało Moim jest wystarczającą marchewką... Zupy gotują co dwa dni. A ponieważ jest zima to często jest to krupnik. My lubimy, choć wiem, że z tą zupą bywa różnie- podobnie mam z grochówką. Generalnie nie znoszę. Zwykle smakowała mi tylko na Hubertusach, z wojskowej kuchni. 
Mój krupnik jeśli nie z pęczaka, jest z kaszą z płaskurki lub jęczmienną wiejską, ale w ilościach, która nie powoduje erekcji łyżki w zupie. Koniecznie dużo warzyw, majeranek, por...podgrzybek suszony.

Był krupnik...

... nie ma krupniku...

Mam też czasem ochotę na sałatki buraczane. Niestety nie zadbaliśmy o jesienne posianie rukoli więc płaczę! Muszę pozostać przy dyni, sezamie, cebulce. Do tego ocet jabłkowy i olej lniany. Mniam!



Muszę też powiedzieć o moim ostatnim odkryciu, choć to nic nowego. Kawy bezkofeinowe są i z cykorii, z żołędzi, o tych mniszkowych też słyszałam, ale pierwszy raz kupiłam i bardzo mi smakuje. Bardziej niż żołędziowa.



Miło napić się takiej, choć pijam kofeinową. 

Myślę już o zasiewach. Niedługo mus posiać pomidory, trochę ziół i roślin niezwyczajnych, których nasiona zakupiłam. Zobaczymy co z tego wyrośnie. W zeszłym roku część się nie udała. Ale nie poddaję się, ha!



Myślę, że jak już się wezmę do siania to spłodzę post o tym. Na razie to nawet już nie pamiętam jakie nasiona kupiłam, hehehe! Tu, na foto wyżej fasola z orzełkiem lub- monstrancją- jak kto widzi. 

A cóż poza tym? 
Forsycje po paru niezbędnych cięciach zakwitła w domu. Jest moc! 




A ja korzystam niekiedy z chwil, kiedy Absorber  śpi. Przyszły książki. O Podlaskich klimatach już przeczytana, teraz weszłam w biografię Fiodora. Nadal jestem zwykle rozczarowana literaturą współczesną, rzadko trafiam na coś co mnie porwie, zadowoli. Dlatego wracam do klasyków i do biografii. A że Dostojewski to jeden z moich kiedyś ulubionych pisarzy tym chętniej złapałam za nową biografię, a właściwie rozważanie na temat kobiet w życiu pisarza. Wcześniej czytałam o kobietach Czechowa, którego kocham miłością 
 nieprzerwaną. Obie książki z wydawnictwa Czarne.

Jak nie czytam- to słucham. Ostatnio niemal wyłącznie czeskiego 2 radia. Fakt- modlą się tam, ale aż tak mi to nie wadzi, a muza- przednia. Folk, jazz, klasyka, jakaś alternatywna, ale ciekawa, czasem i coś mocniejszego. Bardzo smaczna i strawna stacja. U mnie na 97,9. Polskie stacje omijam. Dość mam pieprzenia o umarłych, zakażonych, straszenia ludzi zamiast przekazywaniu rad jak być zdrowym i nie zachorować od samych myśli i durnych pomysłów zniewolonych.


Zdrowia! 
Do przeczytania 😊





piątek, 13 marca 2020

Tylko spokój może nas uratować....

Tak jak kiedyś miłość kwitła w czasach  zarazy, tak teraz, mimo ogólnej, narastającej paniki około koronawirusowej, trzeba zachować spokój.
Na tyle, na ile to możliwe, a jest z czym walczyć...
Odciąć się całkiem od mediów nie warto, a odsiew informacji bombardujących mózg poraża.

Człowiek przyłapuje się na tym, że czeka na wiadomości, ile to nowych zakażeń i czy ktoś umarł.
Co chwila fejki, zadymy, podkręcanie.

Świat nasz pełen jest kłamstw, a prawda jest jak dupa- każdy ma swoją.
Tak z tą pandemią może być różnie.
Od akcji zaplanowanej z wyhodowanym wirusem laboratoryjnym, wojnę ekonomiczną z wykorzystaniem wirusa, po nienaturalne pokonanie bariery gatunkowej i migrację na ludzi w regionach, gdzie... No właśnie. Nigdy nie kryłam, że Chińczycy, ze swym podejściem do zwierząt budzili we mnie odrazę. Oczywiście i w naszym kraju są tacy ludzie, ale tam- sami wiemy, a przynajmniej ci, których interesuje coś ponad to czy kupią taniej  zmywarkę z logo Barbary i Mariana.
Tam jednak, kultura (?) żarcia, zwłaszcza wszystkich zwierząt bez wyjątku, mordowanych brutalnie, bez jakichkolwiek zahamowań wobec gatunków (hodowlane, dzikie) , stanu fizjologicznego (ciężarne samice), jest dla mnie porażająca.

Nie tkwię już w tym jak kiedyś, nie śledzę i nie dręczę. 
Tak. Wiem o tym, nadal to budzi emocje, ale jestem osobą, która tę energię w siebie wchłania. A potem choruje...

Po co ten wywód- ano po to, żeby przemyśleć, że może gdzieś w różnych częściach świata- teraz stało się to w Chinach, kultywowanie masowego żarcia mięsa, bez poszanowania innych istot nie pozostaje bez wpływu na populację ludzi?
Można to nazwać karą boską, dla mnie to wyrównanie strat.
Nie cieszę się, ale też każda akcja ma swoją reakcję.

Lekkie obawy są. O siebie, o bliskich. O to, jak daleko rozwinie się chaos w naszym kraju, w którym tylko garstka ludzi może chyba czuć się bezpiecznie. Reszta musi walczyć.

Co możemy zrobić?
Czasem ciężko zachować spokój, ale warto chociaż próbować.
Mamy czas dla siebie, dla Dzieci, które często na co dzień pozostawione są same sobie. Mam nadzieję, że i teraz nie siedzą przyklejone do tabletów, choć... biorąc pod uwagę obciążenie Internetu bardzo to możliwe. 

Takie sytuacje jak ta to chyba wielka próba dla społeczeństw i jednostek. Dla państwa, ale i dla nas. Jak sobie poradzimy. Szkoda, że w sytuacji zagrożenia o wiele częściej dominuje konkurencja i agresja niż chęć współpracy.
Wierzę jednak, że nie będzie tak źle.

Myśli nasze tworzą rzeczywistość, w której żyjemy.
Jeśli myślimy o złym świecie- świat takim się staje, a my tylko utwierdzamy się w tym i umacniamy te niskie wibracje. Choroby karmią się słabymi ludźmi i strachem.
Tak zwani źli ludzie- też.

Dajmy temu odpór; róbmy swoje dbając o siebie i innych.
Nie mówię, żeby bagatelizować, bo nie jest to błahy problem.

Nieco filozoficznie zaczęłam, a życie toczy się też jak co dzień.

Zakupione Dziefczynkom karmidła wywołały popłoch na wybiegu. Zdzisława dwa razy goniłam, bo uciekał przed stojącym przed kurnikiem "monstrum". Raz zwiał na dach. Raz do kurnika nie wlazł i M. łapiąc go, wyrwał mu ogon. Nie wiem komu było bardziej przykro...

\

Zdzisław na dachu garażu


Mimo pogody w kratkę, czas na przygotowania i wdrażanie siewu. Chciałam się lepiej przygotować niż zwykle, z racji tego, że jestem w domu. Poprzednio siałam bardziej kompulsywnie. Kiedy miałam czas- po prostu.
Teraz staram się przestrzegać kalendarza księżycowego.  

Dobre książki to świetne wsparcie

..a to nie wszystkie nasiona


Sporo ziół mam do wysiania na ten dziewiczy teren. Brakuje podstawowych "chwastów", bo poprzedni mieszkańcy mieli raczej utylitarny stosunek...Albo coś rodzi owoce, jest warzywem- jest dobre. Trawa- też, ale do czasu, no i kwiatki. Reszta- nie bardzo.
Liczę na to, że stara zasada wędrujących za człowiekiem ziół tej wiosny się objawi, a już moja w tym głowa, żeby sprzymierzeńcy pozostali.

Ze względu na swój stan nie latam po lasach i łąkach. Akurat miałam pod ręką drzewa, które obdarzyły nas surowcem bogatym w naturalne salicylany, a bezpieczne dla dzieci i niemowlaków.
Bazie kotki i leszczynowe kutasiki :)
Jedne i drugie ususzone i zamknięte w słoiki.


Leszczyna- kwiatostany męskie

Bazie wierzbowe

Na koniec jeszcze dwa tematy.
Mimo wszystko nawiązujące do naszych niecnych poczynań na Ziemi.
Produkcja śmieci, w tym plastiku. Sama ostatnio się nacięłam kupując herbatę rooibos.
Folia na zewnątrz, karton, saszetki opakowane...w folię, saszetki z masy "papierowoniewiadomo" jakiej (lepiej zaparzać bez ) .
Jak ma być dobrze na świecie? No jak? 






Temat drugi....
Zahaczający o wstęp o wirusach i traktowaniu zwierząt...
Intermarche zachęca do zakupu pluszaków. Były już Świerzaki i inne Słodziaki. Te- zwierzaki wiejskie. Prócz niepotrzebnych śmieci (jak długo tym pobawi się dzieciak? kiedy pluszak wyląduje na śmietniku?)- kwiatek w postaci poskromu w nozdrzach byczka.

Przygotowujemy dzieci do życia wg swoich zasad, własnej wizji, wizji kreowanych przez koncerny.
Świnki- zawsze uśmiechnięte, nawet na pudełku z szynką, krówki- też. Dalej idźmy, wmówmy, że okaleczanie zwierząt jest normą i okej. Po co sobie łamać głowę? Zmieniać świat. Nie godzić na okrucieństwo.

Ja swoim Absorberom uświadamiam koszt jedzenia mięsa.
Ilu rodziców to robi?




Młoda znów namalowała obrazek na licytację na Bazarek na rzecz Azylu dla Świń Chrumkowo.
Oby sprzedał się jak najlepiej. Podopieczni czekają na wsparcie. 
A Absorberka cieszy się, że może pomóc.