I... właściwie tak było.
Całą zimę człowiek tylko z auta do domu, z domu do auta.
Z nastaniem wiosny, ciągnie mnie na dwór, choć brzemię płodowe ciąży...oj ciąży!
Ma się wykluć w maju, jeszcze dwa miesiące, ale wydaje mi się, ze to wieczność.
Lekarz nakazał odpocząć, w czym mu przyklasnęłam, bo czuję sie jakby przebiegł przeze mnie tabun shire'ów. (nie zastosuję innego porównania, bo w tym przypadku nie miałoby ono uzasadnienia :))
Dziś, korzystając z obecności K. w domu, wymknęłam się z aparatem na podwórko, co by dokonać oceny strat po zimie.
Nie wygląda to tak źle. Troszkę krzewy oberwały, orzech chyba się nie przyjął, za to agresty, porzeczki dały radę; wiśnia i aronie, gruszka też przeżyły.
Jak zwykle, w obchodzie towarzyszyła mi Jagoda.
Ruda w tym czasie, z archeologicznym zacięciem, wydobywa stare gnaty i smakuje ich historię...
A z Garipem sie przekomarzają
Tudzież przypomina się naszemu psu jakie ciągnięcie za rudzi ogon jest przyjemne
A oto nasz champion
Chodziłam, chodziłam i myślałam...o kurach.
No i już w sumie jasne. Tu, w jednym z pomieszczeń będą miały domek (prawe wejście); pozostaje wykucie dziury do wychodzenia, ogrodzenie wybiegu...już się cieszę!
| zdjęcie z lata, oczywiście.... |