.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zima. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Żebyście nie myśleli

Że umarłam, zaduszona glutem zatokowym, wessana w otchłań katarowych śluzów.
Tylko jakoś tak weny brak, a na temat wyższych lotów niż codzienności życiowe się zbieram.
Więc dziś obrazkowo.

Rzucili trochę śniegu- i bardzo dobrze

Jak się krzywię ostatnio to tylko od słońca :)

Poszukiwania łopaty okazały się owocne.
Przy okazji zerwałam wielką sieć kątnika, ale łopatę schowaną przez Tatę latem...znalazłam

Swoisty rodzaj zabudowy- świecko- sakralna :P

"Brzydal" 

Na bałwana śnieg mało lepki, za to udało się zrobić kupę śniegową z tunelem dla żołnierzy "Starwars"

Garipuch już lepiej


Rude, z nadwagą.
 Kobita jak ta lala :)

Hana - dla Ciebie- chyba teraz wyraźnie cyc u kury uwidacznia się?

Jeże i Kulfon (pies)

Ostatni zakup (8 pln). Leśne obrazki ("Das Jahr im Wald").
Jak mi się nie chce po Tillowsku to mam wersję nacjonalistyczną

Teksty nieco porąbane w stylu- "ryś zbój" i drapieżniki są z lekka "fe", ale grafiki łagodzą moje ataki złości :)))

Taki trochę z chełmońska, żuraw :)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Więcej niż rześko

Mawiał mój Ojciec, kiedy jeszcze w domu rodzinnym mieszkałam, kiedy pytaliśmy jak na dworze.
- Rześko- odpowiadał
Okazywało się to najczęściej szczęko i tyłkościskiem spowodowanym zamarzaniem słupka rtęci.
Od dwóch dni mam ścisk wszystkiego chyba co możliwe, a to za sprawą temperatury, która wita mnie o siódmej rano. W sypialni naszej....

Rześko- 12 stopni :)
Mam czujnik temperatury w małżowinach usznych. Uszami mierzę ciepło wokół siebie. 
Jak mi w uszy zimno- z całą pewnością jest poniżej 15 stopni!
Regułą Allena (nie, nie reżysera) mówi, że zwierzęta stałocieplne, występujące na północy mają mniejsze lub krótsze dystalne części ciała. Uszka, kończyny, ogony. Gdyby ewolucja osobnicza mogła rozgrywać się w obrębie jednego pokolenia, a ja spędziłabym w Tupajowisku całe życie...
Kto wie, może miałabym uszka maniunie. 
Że o ogonku nie wspomnę...

Śnieżek paprószy. Zrobiło się całkiem miło. 

Magda P-ska, okazała się Magdą Boską, bo nagrała mi Dwóch Drwali.
Rżnęli, rąbali, aż wióry leciały!
Gadali po włosku więc sąsiadka, widziałam, uszy w trąbki zwijała.
Cóż...szukałam kogoś do porąbania z miejscowych,ale...lepiej do "Gopsu" po zapomogę pójść....
Dzięki Wam jeszcze raz, po stokroć! :)

Leżakujące zwały drewna, z życiem biologicznym już w co niektórych kawałkach, zostały przycięte do przyjemnego dla kocioła rozmiarów. 
Jest szansa, że nie będziemy przez czas jakiś marznąć. 
Węgiel obrzydliwie drogi. Na razie pół tony przyjedzie. 
Od listopada niemal wszystko zeszło, a paliłam oszczędnie...

"Zawsze może być cieplej" - zdaje się mówić spojrzenie Jagody


wtorek, 19 marca 2013

"Siekiera baby"- czyli Tupai walka o ogień i co mają Beatlesi do kobity.

Zastanawiam się jak to będzie z tym marcem. Ile jeszcze tego śniegu spadnie. 
Tak mi się marzy...

Mój stary malunek plakatówką. Prawdopodobnie około 1992-1993
 
Póki co u nas przed dni najbliższe ma oscylować miedzy zero a minus pięć, z wszelkimi przejawami opadów i osadów atmosferycznych.

 Duży wybór przysłów ludowych na marzec znajdziecie na ciekawym blogu Naturowierstwa o tutaj .
Tak na marginesie - bardzo ciekawa stronka- polecam! :)

Wyszło nam słoneczko na chwilę, chyba tylko po to, żeby roztopić resztki zmarzliny na podwórku, która umożliwiała nam jako takie funkcjonowanie.
Niestety, lekkie- delikatnie mówiąc- rozmiękczenie podwórka spowodowało, że zostałam zawezwana przez Kamaxa na dół co by mu pomóc wyjechać do pracy.

Żeby mógł sobie tak zaśpiewać

wyległam z łoża, pozostawiając Absorbery z wyrazem zaciekawienia i zaniepokojenia szybkim ubieraniem spodni na pidżamę. 

Po lekkim zatańczeniu dupskiem sierry po błocie, paru qwach rzuconych na wiatr dujący między budynkami Tupajowiska, po paru minutach wycia na jedynce, po kilkunastu zapieraniach (nie zaparciach! :)) Kamaxa o dupsko sierry- ta wreszcie wytoczyła się z naszej specyficznej młaki....

Oczywiście, jaki początek dnia, taki i ciąg dalszy...
Unical od rana współpracować nie chciał. A może i by chciał, ale wiatr wciskał dym z powrotem do komina i nasz kocioł po prostu się dusił.
Kamaxowi udało się go w końcu rozpalić na dobre.
Naładował całą węglarkę.

Miałam dziś mieć dostawę węgla. Oczywiście, doświadczeni wieloma razami, kiedy to kierowca miał utrudniony wyjazd z naszej posesji, z rana zadzwonił telefon.
Okazało się, ze dzwonią ze składu, że może dzis jednak nie przywiozą, bo u nas błoto na podwórku na pewno i boją sie, ze nie wyjadą. 
Spokojnym tonem odrzekłam, że folię, na którą wysypują węgiel, przesuniemy tak, żeby nie musieli wjeżdżać zbyt głęboko w nasze błota. A generalnie to bać się będą mogli jak mi tego węgla nie przywiozą....

Pan kierowca, młody i sympatyczny, przyjechał o czasie i pomógł mi rozścielić folię, a potem szurnął pół tony na nią. Podziękowałam, zapłaciłam, zapłakałam.

Zaszłam na chwilkę skontrolować proces spalania w piecu made in Italy...
A tam- echo!
Noż, qwy chyba ze cztery poleciały w komin!

Szukam ci ja czegoś na rozpałkę- nie ma.
Wiecie co...jak się wściekłam, tak porąbałam drewno, którego w humorze utaplanym w milutko- rozrzewniającym bla-bla, nie byłabym w stanie. 
Adrenalina i kortyzol robią jednak z Tupai Horpynę.
Coś tam udało mi się uzbierać na rozpałkę i tak myśląc co Młody na górze wyprawia- czy nie spadł z krzesła, czym walnął w głowę Natkę, co wylał etc.- walczyłam o ogień. 

Było ciężko i bardzo przydała mi się flaszka rozpuszczalnika.
Poczułam się jakoś tak dziwnie mocząc znaleziona w pralce ściereczkę do wycierania naczyń. 
Nic mnie nie powstrzymało, żeby to uczynić. 
Tak nasączoną, kraciastą szmatkę cisnęłam w czeluść unicalowej komory spalania. 
Narzucone drewno zajęło się, a ja- po kolejnym kwadransie czuwania, wrzuciłam duży klocek czereśni i wróciłam na górę.

Siekiera, jeszcze ciepła, została w "rębałku".
Nota bene...Siekiera to zespół, którego płytę analogową mieliśmy z bratem w domu i bardzo ją lubiłam, co z resztą zostało do dziś.
Tekst pasuje do wcześniejszych zmagań. 
Trochę :)



 Aaa!
Chyba domyślacie się jaka piosenka pojawia się w wynikach, jeśli w You Tube wpiszecie:
"siekiera baby"?

No właśnie! :)

środa, 13 marca 2013

Tombe la neige...

Jak w tytule...



A czemu Adamo, który nie jest moim idolem?
A dlatemu, że jeden z ulubionych mojej Mamy, która choruje i czekamy na wyniki badań.

A że pada....to może być i po francusku.


A u nas- po wsiowemu, paszowickiemu.....


Garip po oglądaniu nosa...postawa mocno uległa....


Foxiuniu pod kołderką


Czasem nawet nosa się nie chce wystawić...


Kawałek chaziajstwa z kultywatorem (sprawnym) w kadrze


wtorek, 12 marca 2013

Glut zatokowy.

Ku pokrzepieniu- lato w wpełni, a mały Garipek patrzy na krowy :)
Zima trzyma.
Przynajmniej na jakiś czas powróciła, bo mam nadzieję, że weźmie pod uwagę, że już niebawem 21 marca....
Wczoraj, mimo śliskości absolutnej, spakowałam Absorbery, upakowałam ciuszki dla Znajomej, która nosi w sobie Małe Co Nieco, a które wyjrzy na świat w okolicach połowy lipca i zabrałam się za odrapywanie Foxa.

Zgodnie z prawami fizyki, Foxiuniuniowe szybki od strony domu były czyste, za to te od podwórza pokrywał lód o strukturze kaszki bobovita, kiedy się ją za słabo z wodą zmiesza. 
Takie po prostu grudki, ale tak upierdliwie siedzące mocno na oknach, że spociłam się skrobiąc to badziewie z auta. 
W międzyczasie Fox próbował się zagrzewać, ale jakoś mu nie wyszło, stąd Absorbery pozostały w czapkach i przykryte kocami.

Wyjechałam na naszą wiejską drogę i rozeznając sytuację stwierdziłam, że jest źle, ale jakoś radę sobie dam.
Z resztą, wyboru nie miałam żadnego, bo infekcja mnie nie opuszcza, a na dodatek poczułam znajomy i wielce niemiły ucisk we łbie, nad szczękami i w okolicach nosa, do tego ogłuchłam prawie na jedno ucho.
Nastał więc czas na ponowną wizytę u lekarza.

Wszystko było w miarę w porządku, póki to nie musiałam zahamować dojeżdżając do krajowej 3-ki. Hamuję ja sobie, hamuję....i nic. Jadę dalej. Dobrze, że miałam zapas do skrzyżowania i w końcu się udało.... 
Potem, już na trasie hamowałam głównie silnikiem i zachowywałam duży dystans do jadących przede mną.

Lekarz stwierdził, że nie zdrowieję.
Stwierdzenie odkrywcze.
Dostałam kolejny antybiotyk i coś upłynniającego te frakcję oskrzelowo- już teraz- także zatokową.
Dobrze, że leżeć mi nie kazał.

Swoją drogą... Jak mam zdrowieć, jak ciągle się o coś martwię, hasam miedzy pokojami z temp. 19-21 na korytarz, gdzie panuje magiczne + 8 lub mniej....
Cóż- nie martwić się i siedzieć w ciepełku.
Tjaaa....

Dostałam kolejne L4 na doleczenie.
Zobaczymy.

Dziś za oknem zadyma śnieżna, Unical mi się buntuje; jakiś cug słaby i węgiel mi się kisi. 
Ciągle 50 stopni, grzejniki ledwo ciepłe. Co prawda temperatura znośna- + 19, ale chciałam podciągnąć wyżej.
Hmmm...chyba za słabo podniecam ogień.....

Nie mam weny na gotowanie, może przez te zapchane zatoki; węch słaby, także nawet większej przyjemności z jedzenia nie mam. 
Mam szpinak w zamrażalniku to chyba podduszę na oliwie, z czosnkiem, ziołami prowansalskimi i zrobię z makaronem.

Chciałam się wreszcie wziąć za tzw. szare kluchy, tylko ciągle nie mam kiedy. 
Chyba muszę na sobotę zaczekać, kiedy to Kamax  Absorberami może się zająć. Bo takie kluchy to jednak lekkiego zaangażowania potrzebują.

Wiosno- przyłaź!
Jedyny przejaw zielonego to rzeżucha i puszczająca się w te pędy cebula.
Gniewko był pod wrażeniem rzeżuchy, bo ją razem sialiśmy. A za dni trzy już kosiliśmy (biduraszkę) do sera białego ze śmietaną. 

Tak się podśmiechuję, bo jestem po przeczytaniu postu kolegi "boskowolskiego" http://boskawola.blogspot.com/2013/03/rolnictwo-przyszosci-czyli-weganie-to.html .

Jak jestem przeciwna rolnictwu intensywnemu, to ekstensywne jest dla mnie optymalne. 
Bez rolnictwa nie byłoby wielu cennych siedlisk roślin i zwierząt (łąki kośne, pastwiska), a o tym zdają się co niektórzy zapominać. 
Wykaszanie tych zbiorowisk utrzymuje ich różnorodny skład florystyczny, eliminuje drzewa i krzewy, próbujące zaanektować siedlisko dla siebie.

Uważam, że wszystkie skrajności są niedobre- to może śmieszne dla tych czytających, którzy znają mnie dłużej. 
Kiedyś bowiem istniały tylko biel i czerń, brak szarości, wypośrodkowania i kompromisów.

Oczywiście wizja hodowli zwierząt w celu konsumpcyjnym nastraja mnie średnio przyjemnie i sama, kiedy będę miała kury, to będą one się nieść, a czy trafia do gara? 
Nie wiem. 

Z kolei, nawet jeśli nie dla człowieków, to mam dwa psy. A te są mięsożerne....
Pewnie podobnie byłoby z koziołkami, jeśli w ogóle kiedyś....

 




piątek, 22 lutego 2013

Nie tak miało być....

Pada.
Dziś już ponad osiem godzin.
Wszystko białe.

Jesteśmy z Młodymi w Tupajowisku, ale okoliczności powrotu wcale nie są wesołe...
Mam nadzieję, że nie będzie tak groźnie, jak groźnie to cholerstwo brzmi.
Póki co-urlop, co później-sama nie wiem....


Żeby nie myśleć zasuwam ze ścierą, odkurzaczem, wkoło mnie Absorbery.
Czasopochłaniacze....
Dobrze, że są, przynajmniej człowiek nie myśli tyle ile by myślał zawinięty w koc....
Z tego też powodu robię wiele rzeczy, żeby nie myśleć.

Ech, życie!
Ech, Losie!
Tacyście nieprzewidywalni....

Coś dla męskiej części....żeby nie było, że tylko smęty






Może niebawem spłodzę  coś bardziej twórczego i lżejszego, bo dziś to tak trochę smutno zaciągam...

Albo tak....
Myślę o tym, co będzie...


Albo....tylko słucham....



I...

Mamy cały czas na świecie
Czas wystarczający na życie
Na rozwijanie
Wszystkich cennych rzeczy
Miłość jest w zapasie

Mamy całą miłość na świecie
Jeśli znajdziesz to wszystko, co mamy
Nie potrzebujemy niczego więcej

Każdy odcinek drogi
Znajdzie nas
Ze swoimi troskami świata
Daleko za nami

Mamy całą miłość na świecie
Tylko miłość
Nic więcej
Nic mniej
Tylko miłość




Pozdrawiam Was

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Ręce opadają i trochę zimowo.

Dziś krótko.
Casem zaglądam na fora mam. Cóż, wszak mamą jestem i to podwójną.

Nie użyję jednak zwrotu double-mom.
Z czystej obawy.
Czy nie zostanie nieopatrznie zrozumiany.
Wszak niektórym wszystko się z jednym kojarzy.

Na dzieciowo mi! jest wpis, który wydał mi się aktualny.
Może nie dokładnie - i całe szczęście!- ale dotyczy pewnych aspektów życia gatunku  H.s. , a zwłaszcza wirtualnolubnej jej części.

Tu fragment postu:

To było tak: jedna babcia, jak zwykle babcie, kupiła wnusi rajtuzki. Normalna sprawa, od tego babcie są i chwała im za to, bo dzięki tej postawie dzieci mają zapas rajtek. Facecik na rajtuzkach był i napis po angielsku, ale babcia, jak zwykle babcie, angielskiego nie zna, dziewiczo nieświadoma więc i z nieskażoną psychiką zapłaciła i zaniosła rajtuzki wnusi. Wnusia angielskiego też rzecz jasna nie jarzy, bo niezwykle rzadko zdarza się, że niemowlę mówi sprawnie w obcym języku lub przynajmniej innym niż gu-gu-gu. Nie jarzy, nie mogła więc wiedzieć, że pod facecikiem z opuszczonymi do kolan spodniami widnieje napis „Czy ja cię podniecam?”  (...)

I co Wy na to?
Dla mnie to po prostu ohyda i rzygi.
Niestety, chyba to "naturalne" dla naszych czasów.

Hmmmm....
To ja zapewne nie z tej epoki jestem...




W ubiegły czwartek chciałam zajrzeć na stronę Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków.
Zapomniałam adresu internetowego i wpisałam bez "org.pl". I co moim oczom się ukazało?

Generalnie rzecz biorąc dupa. A nawet wiele i nie tylko one w przeróżnych konfiguracjach.
I wszystko co się wkoło  kręci i nie jest to portal przeznaczony dla lekarzy proktologów....

A u nas co?
A to:






czwartek, 6 grudnia 2012

Fotoprzemyślenia i nieco o czasowej emigracji z Tupajowiska

Wybaczcie, ale...wzorem Sąsiada, który to zrobił prasówkę blogową wcześniej tłumacząc się z lekka, że czasu do pisania nie ma (nota bene ciekawy pościk wyszedł) dziś coś lekkiego, może mało twórczego.

Ja dziś czasu może i mam troszkę, ale natchnął mnie portal społecznościowy, a szczególnie jeden z zaprzyjaźnionych profili foto.
Zastanawiałam się co napisać, że o czym ostatnio myślę?


Ano, że mam ochotę schować się gdzieś, przespać, niezauważona....


Albo, udając, że robię coś, czego się po mnie spodziewają, a tak naprawdę...


Kwoczę młode w myślach także, bo ja w pracy, a nimi kto inny się zajmuje...


Marzy mi się stacjonowanie w domu, zabawy, śmiechy, igrce...


...bo dzieciaki pomysły na zabawę mają przednie...


..a i wykombinować potrafią, oj potrafią...


A w domu czasem z małego czegoś wyrasta niespodziewanie duże coś...


...z czym niekiedy do śmiechu...


... ialbo nijak poradzić sobie nie mogę...


...myśli roztrzepane...


Chciałoby się ze spokojem zasnąć.....



...i przespać trudy i smutki....


ale zawsze się coś wpierdzieli w kadr życia....


...tak, że skrzydła opadają....



Mimo tego, może warto na to popatrzeć z innej perspektywy?

Tak poza tym, to jestem na swego rodzaju wygnaniu.
Z małymi ssakami w "mieście". Proza życiowa, trudy Młodego w aklimatyzacji żłobkowej sprawiły, że póki się z tym wszystkim nie ogarnie, zostanę w tym parszywym mieście.
W Tupajowisku pozostał na gospodarstwie Kamax z Garipem i Rudą i kotami na przyczepkę.
C.O. niby skończone, ale trzeba rozgryźć ten nasz kocioł włoski, bo póki co nie dało się nam rozgrzać go na tyle, żeby grzejniki się rozgrzały jak należy.


Gówniany czeski węgiel kupiliśmy ("tani-gówniani"), na próbę. 
Wiedzieliśmy, że mało kaloryczny, ale chcieliśmy przetestować. No i mamy. Qupę, nie węgiel. 
Dobrze, że tylko pół tony. Ze trzy węglarki można by w piecu kaflowym spalić i nie zagrzejesz na cały dzionek.
Naszym "orzechem" paliliśmy rano i po 12 godzinach był jeszcze żar i przynajmniej 19 stopni w pokoju.

Śniegu trochę popapruszyło, ale w "Sztygarowie". 
U nas tylko zimno. Może opady szły w góry, a nie z gór....


P.S.
Wszystkie foto z sieci.

niedziela, 28 października 2012

Ty bałwanie!


Nie wiem kto miał większą radochę...
Chyba jednak mama Tupaja :)

Swoją drogą...
Bałwan.
Jakoś tak pejoratywnie brzmi, jako że tępoli tak często nazywamy.

wtorek, 6 marca 2012

Z błotem w tle

Zima sobie powoli odchodzi, przynajmniej temperatury są na tyle wysokie, żeby nie pozbawiać nas uroku brodzenia w naszym uroczym Wesołym Bagnisku podwórkowym...

Psy wracają jak jakieś nieziemskie stwory- Ruda- klucha nie tapla się tak w błocie, za to dla Garipa nie ma nic zdrożnego w uwaleniu się po środku najgorszej mamałygi błotnej.

Trwają wiec nasze poszukiwania- nie ukrywam, najtańszych rozwiązań problemu.
Czy zastosować odwodnienia liniowe w postaci łączonych ze sobą modułów, zwykłe rury drenarskie z kompletem studzienek - to chyba najdroższe rozwiązanie, do tego kopara no i jakiś podziemny zbiornik na deszczówkę?

 Albo coś takiego- Bio-Bloki.











Standardowa instalacja składa się z dwóch BIO-BLOKÓW typu 80 HD G, o wymiarach: 54x54x55cm, oraz materiału filtrującego - geowłókniny. Ta instalacja będzie w stanie odprowadzić deszczówkę z ok. 50 m2 dachu, przy czym gleba, do której przesączymy wodę deszczową jest dobrze przepuszczalna"

U nas to glina więc będzie ciężko....

Hmmmm.... myślimy intensywnie czy też by się to u nas sprawdziło.
Ściągnęłam instrukcje; trzeba poczytać.
Szkoda, bo kawał podwórza jest naprawdę wyłączony po zimie i po deszczach, że nie wspomnę o tym błocie i utrudnieniach komunikacyjnych oraz uszlajanych psach...
Wrrr....