.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bajki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 31 maja 2015

Szpinaku eksterminacja, czas ziół i 5 minut ze świnią

Nie zeżarły.
Ślimole.
Szpinak sobie rośnie i cieszy oko, potem podniebienie.

Zanim trafi do gara- podżeram prosto z grządki.
Dziś repetowałam wcześniej już robioną jajecznicę, tym razem dodając znaleziony na peryferiach grządek zeszłoroczny czosnek.
Znów mnie dopadło jakieś cholerstwo okołogardłowe.
Znów przedszkolny klimacik.

Czosnek w cenie zatem.

A teraz, niemal jak na blogu kulinarnym.
Tylko pięknych aranżacji brak.
Jaki blog- taka grafika.
Ale co tam!




Poświata jest, kolorki są, może jednak nie najgorzej?

Suszę zielsko.
Zebrane liście plus kurdybanki.
Aktualnie malina, aronia i porzeczka.


Ups...czerwona koniczyna też się załapała,
niestety w ilościach śladowych, bo jeszcze nie w pełni kwitnienia
Pola się zmieniają.
Kwitną zboża.
Tu i ówdzie mak się czerwieni...
Jak z łobrazka.



A na deser- ulubione moje i Absorberki, przygody plastelinowych kotków.
Mio i Mao. Pięć minut rozciągania twarzy w szerokim uśmiechu.


niedziela, 1 marca 2015

Bajki mojego dzieciństwa: "O czym szumią wierzby" K. Grahame

Dawno to było temu.
No, może nie tak, ale czas jakiś, przynajmniej sprzed grypy czy czego tam, co mnie i Absorbery dorwało i pomału- mam nadzieję!- wypuszcza ze swych oślizgłych łap, przeczytałam u Doroty na Jej blogu Pies w Swetrze jak to wybrała się do ciuchlandu i co tam znalazła.
A znalazła między innymi płytki CD z kultowym serialem na podstawie powieści Kenneth'a Grahame'a : "O czym szumią wierzby".

Kolejny raz trafiłam na osobę z jajem empatycznym jak ja to nazywam i choć się tego nie spodziewałam, a piałam z zachwytu nieinteresownie w komentarzu pod jej wpisem, Dorota płtyki mi tentegess...i mam :)


Kto nie wie o czym mowa- tutaj intro do serialu, który i nasza telewizja nadawała kiedy byłam mała Tupają i szalałam za nim. 
Serial podobno miał tyluż fanów co przeciwników. 
Podobno niektóre dzieci bały się animowanych zwierzątek. 
Ciekawe- a wrzaskliwych, pomału atakujących telewizyjne dobranocki bohaterów to już nie? Hę?


Bajka była ciekawa, wciągająca, bohaterowie z krwi i kości, no i zwierzęcy.
Zawsze wolałam bajki ze zwierzętami lub o zwierzętach wiec było to właśnie to co lubiłam najbardziej. Poza tym z tej ekranizacji bił charakterystyczny, brytyjski klimat.

Oczywiście zanim Dorota uraczyła mnie serialem, który teraz wieczorami sobie oglądam- podczytywałam, bo  mam też książkę. 
Wydanie z 1946 r.






Ciekawy egzemplarz. Z pieczątkami PPR, Komitetów i Uniwersytetu Ludowego.
Zakupiona za całe 2 zł, jakieś 3 lata temu w jednym z internetowych antykwariatów.

Pomału chyba się wygrzebuję, ale słaba jestem jako dziecię.
Sapię, dyszę, dmucham...:)
Dobre 2 kg w dół, bo przez 4 dni właściwie tylko o wodzie z sokiem.

W czasie chorowania, prócz Pocieszacza via telefon, dostałam od Taty:


I od Absorbera- roboty :



No to" rekonwalescentuję" się i ...do roboty!

czwartek, 16 października 2014

O książeczce z wilkiem i co Tupaja o tym myśli

Kupiłam dla zasady.
W celach edukacyjnych.

Osobiście uważam, że mądre podejście pozwoli dobrze zapoznać dzieci z tematem i uwrażliwić.
Nie na temat babć i wnuczek, ale na temat wilków...

"Czerwonego Kapturka" jeszcze Absorberom nie serwowałam, a jeśli już to chyba nie przejdzie mi przez gardło klasyczna wersja tylko ją okraszę swoim morałem lub zmodyfikuję.

Można rozumieć tradycję.
Straszny wilk i te sprawy.
Niestety... nie wpisuje się w kanon i dzieci swoich nie będę karmić takimi historiami.
Wilk to zwierzę piękne, rzadkie, tajemnicze, ciekawe.
Tu, w klasyce gnojem może być gajowy, nie wilk i to pewnie w mojej wersji będzie grał rolę chłopca do bicia.

"Siedem koźlątek i wilk"

Wyd. EM. Ilustracje: M.D. Stolarczykowie

Generalnie chodzi o to, że wychodzi matka-koza z domu i zostawia młode same. Przykazuje im przy okazji, co by nikogo nie wpuszczały podczas jej nieobecności, a jak już to przez drzwi uchylone, gość ma pokazać , że jest kozą ukazując swą raciczkę.

Oczywiście koźlątka, jak to dzieci nie słuchają matki, co ma się zemścić.
Całkiem niebawem, oczywiście.

Przychodzi wilk i próbuje podebrać dzieciaki. 
Pierwszym razem się nie udaje, ale za drugim, obsypuje sobie łapy mąką i kózki dają się złapać. 
Wpuszczają wilka, ten pożera większość z nich, zostaje jedno, które ukryło się w szafce zegara...

Wilk - niemal jak ludzki myśliwy- kaprawe od etanolu oczka i uśmiech głupawy- pełen antropomorfizm...

Matka koza się wpieniła, odnalazła wilka i -śpiącemu- rozcięła brzuch skąd wyciągnęła swoje dzieci, nawrzucała wilkowi kamieni do środka i zaszyła nitką.

Matka wariatka

Wilk obudził się z brzuchem pełnym kamieni, a ponieważ poczuł pragnienie- pobiegł nad strumyk, żeby się napić. Pochylił się nad nim, a kamienie pociągnęły go na dno.

Ja wiem, że mamy tradycję.
Jest nawet takie imię...
Ale, na rany jeża, skoro jest obecnie poprawność, co by nie czytać "Murzynka Bambo", może i by skonfrontować rzeczywistość- w tym smutny los wilka czy innych zagrożonych, przez bestie zwaną człowiekiem gatunków z aktualiami?

WWF, prócz praktyk teledetekcji (których nie popieram), ma program wspierania pasterzy owiec, które padają ofiarami wilków - przekazują owczarki do ochrony przed wilkami, fladry, uświadamiają możliwość koegzystencji z drapieżnikami, których jest coraz mniej.(co robi dla wilków WWF macie tu ).

W krajach, tak czasem chętnie nazywanych mniej cywilizowanymi, jak np. Turcja, przodkowie Garipa pilnują stad owiec w Anatolii...i jest to normalne.
U nas najlepiej wytłuc wszystkie drapieżniki, bo dupy na hale się nie chce ruszyć, a o psach też ciężko pomyśleć, przyuczyć, wcześniej kupić.
A to nie takie trudne. Tylko trzeba chcieć.




sobota, 21 września 2013

Tupaja przy garach w cieniu Buki

Infekcyjny glut pomału opanowany.

Ślad jego żywota znajduję jeszcze w zwitkach kawałków ręczników papierowych pozostawianych tu i ówdzie (tzw. "zwierzątka") lub pod nosem Absorberów. 
Ilości te są jednak tak małe, że serce me się raduje, bo znak to, że można będzie powrócić do uciech spacerowych, kopania darni przed domem i wzmacniania ramion. 
Moich,rzecz jasna.

Myszy już włażą do domu. Szukają kąsków, hałasują nocami, czasem i za dnia.
Dwa tygodnie temu złapały się trzy. Trzy dni pod rząd po jednej.
Na co najlepiej łapią się paszowickie myszy?
Ano- na rurki.
Kruche.

Dziś znów się łakomczuch jakiś złapał i teraz stuka żywołapką.

Odkryłam coś smacznego, a co niektórzy się zaśmieją, że wielkie zrobiłam odkrycie!
Kuskus.
Kasza z pszenicy.
Z internetu ( nie posiadam takiej łyżki drewnianej jak na fotografii)


Postanowiłam odmienić nieco monotonię sałatek makaronowych czy ryżowych i użyć tej kaszy właśnie.
Nie dość, że przygotowuje się ją błyskawicznie (zalewasz wrzątkiem, 5-10 minut i gotowe), na dodatek- takie moje i Kamaxa wrażenie, kasza chłonie to, z czym została wymieszana. 
Integruje się, jakby to ładnie napisać....

Dokonałam cudnej (będę się chwalić, a co!) - w smaku i całkiem miłej dla oka sałatki z piersi indyka w ziołach i czosnku z kukurydzą i papryką świeżą.

Oczywiście, można gderać, a że indyk, a że kukurydza- może i GMO (raczej nie, bo czytałam i jestem bardzo przeciw), a papryka nie z ogródka własnego, ale...
Smakowite było, podsypane sporą ilością chili, pieprzu. 
Absorbery też wcinały, choć Młoda mniej drapieżna i tylko kaszę z warzywami, Młody ochłapy ptaka pochłaniał.

Druga wersja sałatki- ale na słodko- to najprostsze na świecie połączenie kuskusu z bakaliami.
Też się mile w nie "poowijała" więc smacznie było.
Daktyle, śliwki suszone, żurawina, morele i słonecznik.

Wiem, że moje popisy kulinarne są niczym w porównaniu z Koleżankami Blogowymi (chylę czoła Kamo! ), ale nie to w tym wszystkim jest najważniejsze.
Sednem jest to, że kiedyś nie znosiłam garów, gotowania. 
Teraz jakoś mile mi się przy tym krząta,a  co chyba najważniejsze, przestałam trzymać się sztywnych zasad i zaczęłam popuszczać wodzy fantazji smaku.
Kuszą też nowe pomysły, przepisy.

Ile w tym wpływu programów kulinarnych które z doskoku oglądam, a  ile wpływu czegokolwiek innego, ale z pozytywnym tchnieniem, nie wiem. 
Ważne,że jest i mnie cieszy; przy okazji smakuje innym.

Nie wszystko mi się w kuchni udaje, ale nie stanowi to dla mnie katastrofy czy powodu do wyrzutów.
Ostatnia sytuacja z owocami czarnego bzu...mnie rozbawiła.

Zebrałam go trochę, wydawało mi się na oko, że mam go około pół kilograma.
Zerknełam do internetni na przepis na sok z owoców.
Przygotowałam potrzebne na tę  ilość 2 szklanki cukru i tyle samo wody.

Oczyszczone, jak Pan Bóg przykazał, owocki szurnęłam do gara, zalałam wodą; kiedy zaczęła parować sypnęłam cukier.
Zaczęłam gotować.
W przepisie stało, że trwać to ma około 2 godzin. 
Potem- na sito i buch! do gara na godzinę.

Szczęśliwa chyba ostatnio jestem, bo na zegarek nie patrzyłam, mieszałam, myłam gary, bawiłam się z Zasmarkańcami, myłam lodówkę wodą z sodą ( a co!), na drugim palniku bulgotał syrop z mięty.

Cóż. 
Kiedy skończyłam i zadecydowałam, że bez jest już gotów- zlałam.... do jednej butelki 330 ml....
Nastąpiło cudowne streszczenie bzu. 
Kondensat czysty. 
Chyba wyekstrahowało się wszystko co możliwe, całe dobrodziejstwo, normalnie!

Widzę, że moje oko mnie zawiodło i chyba lepiej wrócę do namiętnego łowienia owadów metodą przez wypatrywanie, bo w tym się lepiej orientuję...

A a propos ekstrakcji.
Siedzą w laboratorium dwie blondynki.
Jedna z nich pyta drugą: 
- Co robisz?
- Ekstrahuję.
- O! To zrób mi jednego!

Mam nadzieję, że ten ordynarny dowcip (ups!) nie spowoduje, że znów stracę członka (ups!), obserwatora, znaczy się.
Ale- jak już kiedyś, parokrotnie pisaliście na swoich blogach- kto się zniesmacza, strzela focha czy inne tam, niech nie czyta.

Ostatnio,bardzo miło mi się wraca do Muminków.
Szczególnie do Małej Mi.


Jest wiele mądrości w tych książkach, nie zawsze nacechowanych równie...energetycznie jak powyższa, ale choćby to:


  • Miałem krewnego, który studiował trygonometrię, aż mu wąsy odpadły, a kiedy już się wszystkiego nauczył, przyszła jakaś Buka i go zjadła. No i leżał potem w brzuchu Buki z całą tą swoją mądrością! ("Dolina Muminków w Listopadzie").




Książki o wiele lepiej oddają klimat i serialu nie oglądałam z takim zacięciem, nawet dzieciakiem będąc (już wtedy chyba wstępnie nastoletnim?). 
Znam wielu, którzy sięgnąwszy po bajkę telewizyjną okrzyknęli Muminki bublem, nudą czy też innym mniej wyszukanym komplementem.
Popieram, bo serial- jak dla mnie- do niczego, a tylko Muminkom zaszkodził.


Chciałam na koniec wkleić coś fajnego, ale nie umiem wyciąć kawałka filmu z YouTube.
Miało być to pozdrowieniem szczególnym dla Rogatej i dziewczyn pastereczek owieczkowych :)
No i dupa.
Nie będzie.

A jest taka fajna piosenka, z niefajnej bajki, którą mój Absorber uwielbia, a zwą się one Teległupki. Teletubisie, znaczy się.
Odcinek, w którym jest piosenka o pastereczce Ludmile.
Piosenka, jak piosenka, ale te owieczki śpiewające!
To trzeba usłyszeć...

Może Kamax mi jutro pomoże i wrzucę, bo Odcinek Teległupków trwa dwadzieścia parę minut, a to gdzieś w połowie jest. 
Nikogo nie mogłabym zadręczać ta bajką...:) 






czwartek, 20 września 2012

Ekspresowo: Mania.

Tak się temat dzieciów i bajek ostatnio uaktywnił u nas, sąsiadów (m.in. za Sąsiada sprawą), że ekspresowo piszę, pomiędzy doglądaniem kartofli krzyczących we wrzątku oraz kurczaczych nóżek w majeranku, a popijaniem kawy.

Znalazłam następną bajkę- NORMALNĄ- bez wrzasków i niosącą w miarę logiczny przekaz.
Prócz Czerwonego Traktorka (wszak Młody mieszka na wsi), Tomka (aaa...kiedyś znalazłam i teraz mamy....;)) jest Mania.

Mania (fr. Manon) kocha wszelkie stworzenia. 
Jak dla mnie bomba...może dlatego, że już w dzieciństwie przepadałam za czterołapą i skrzydlatą bracią i życie Mani bardzo by mi odpowiadało.

A piosenka....o zimie co prawda, ale ta już może niebawem..( u nas w południe 10 stopni przy maksymalnym słońcu; w piecu napalono).;) .

Wersja językowa:
czeska.

A jakże! :)