.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 lipca 2023

Brzydka gąsienica i ładny motylek

 Edukacja w naszym kraju nigdy dobrze nie stała. W obecnych czasach trudno znaleźć pasjonatów. Papiery do wypełniania, oczekiwania tzw. góry, a przede wszystkim odgórne wytyczne, by ludzie zdobywali jak najmniej wiedzy i koło się kręci. Szkoły opuszczają ludzie, którzy wiedzą coraz mniej, za to świetnie się nimi manipuluje.  I o to chodzi. Kto się skapnął- ten wie, kto nie? No cóż....

Zasadniczo sporo ludzi nie chce się uczyć, nie chce wiedzieć, nie interesują ich kwestie, które- jak im się wydaje- nie dotyczą ich w ogóle. Na przykład taka nauka o wodzie, o glebie czy roślinach i zwierzętach. O wzajemnych powiazaniach. Ekologia. 

Ekologia to papier z makulatury i kubły zielone lub żółte, ale i tak nie pamiętam do czego który. 

Nie dalej jak dziś rano w smarkfonie wyświetlił mi się proponowany artykuł o tzw. ekologicznym paliwie z głębi Ziemi. Ha. Czyli coś, co wyprujemy z głębi naszej Matki jest ekologiczne. Dobre. 

Uczmy się, moi drodzy. Wiem, że czasem ciężko porzucić stare przyzwyczajenia. Ale- ściółkowanie na prawdę ogranicza parowanie, erozję i utratę mikrobiologicznych właściwości gleb. To nie wymysł eko-oszołomów. Zwarta pokrywa roślin to panaceum na wszystko. Natura to wie. Może dlatego, że nie chodziła  do szkoły... Zwłaszcza czarnkowatej.....


Niedouctwo objawia się czasem tym, że ludzie nie wiążą faktów uznanych za potwierdzone. Na przykład takich, że aby nam w ogródku motylek poklaskał skrzydełkami, potrzeba jest roślin, na których sam sobie podje, ale i złoży jaja by jego larwy mogły cos wziąć na żuwaczkę. No i tu mamy problem. Bo jak tu znieść taką larwę. Trzeba wiedzy i pamięci by pomieścić te fakty, skleić w logiczną treść. Jajo- larwa- kilka stadiów!- poczwarka- jako forma spoczynkowa- imago- czyli wyczekany motyl. Może być Emanuel. 


Często niszczone bezwiednie, albo wręcz złośliwie, gąsienice motyli, larwy chrząszczy. Budzą u wielu odrazę i nasuwają skojarzenia ze szkodnictwem. Oczywiście w ujęciu ludzkim, bo w przyrodzie szkodników i chwastów nie ma. Każdy ma swoje miejsce, jest na swoim miejscu w sieciach powiązań, o których większość nie ma bladego pojęcia, a nawet wiedzieć nie chce. Bo po co....

A ja mam pojęcie lekkie, a do owadów szczególną słabość. Jak i do drzew.

I ostatniego lata, a i wiosny chyba, to głównie Natura daje mi oparcie, a ja się cieszę bardzo, że mogę niektórym pod żuwaczke coś podsunąć. Jak tu się nie cieszyć, kiedy na kwitnących roślinach, sadzonych dla siebie, ale chyba czasem bardziej dla nich- owadów, obaczę kręcące się trzmiele i inne dzikie zapylacze, a na omanie- przesadzanym w tym roku- latolistki cytrynki? Lebiodki i macierzanka to juz w ogóle szał, bo i błonkówki. i chrząszcze. 

Trędownik bulwiasty wraz z bobem, rumianek z pomidorami, a do tego nowinki, choc niektóre od zeszłego sezonu- serdecznik syberyjski, przysiane- tak, z banku glebowego- dziurawce zaraz za oknem, a w donicy po piaskownicy- aksamitka błyszcząca. Adaptogeny, rośliny miododajne...Do wykorzystania dla nas, dla innych.


Właśnie- dla innych. Nie tylko dla siebie, JA, MOJE. Jakie to smutno obrzydliwe, że sporo ludzi tak teraz żyje. Agresja na drogach, agresja w sklepach, rozpychanie łokciami. Bez względu na innych. Inne życie. Empatia zerowa. Tolerancja- to już w ogóle. 

I materializm. MUSI się opłacać. Mnie. Tu i teraz. Dla mnie, nie dla innych. Bez zrozumienia, powielane bzdury, albo zakłamane przesądy. Jakie to ludzkie.....

Całe szczęście część ludzi budzi się, zaczyna zastanawiać, szukać i czuć. 
Tego się trzymajmy, bo pozostawanie przy miałkim, złym- obniża nasze wibracje... Haha, i to ja to piszę? Kiedy muszę znosić smoki niskowibracyjne....No cóż- chyba mus częściej bębnić, palić w kadzidle szałwię i piołun.  A kysz! 

A w ogrodach- zdać się na intuicję, naturalne podpowiedzi Ziemi. Obserwować. 
Czytać, rozmawiać i wymieniać myśli i informacje. 
Ogrody naturalne to nasza przyszłość. Abiotyczne trawniki i iglaki to droga donikąd. 


Bioróżnorodność w szklarni

Dla porównania- nie moje- pomidory. Zero okrycia gleby, prosta droga do swoistej sterylizacji gleby w szklarni.

Zbiorowisko okrajkowe na granicy uprawy kukurydzy i drogi polnej. Monokultura graniczy ze zbiorowiskiem roślinnym czyli kilkoma czy kilkunastoma gatunkami roślin

W tym roku aksamitka błyszcząca- adaptogen i ładnie pachnie

Serdecznik syberyjski- adaptogen i roślina chętnie odwiedzana przez trzmiele

chciałaś- masz! Cykoria podróznik nie wiadomo skąd 

Oman z latolistkiem

Bambusowa podpora dla roślin zasiedlona przez błonkówki










sobota, 7 lutego 2015

Cuda i dziwy. Ekologiczne krowy.

Pożeram gruszki z kompotu. 
Ze smakiem.

Mam problem z dobrymi kompotami w małych ilościach.
Tak je oszczędzam, że potem szybko zjadam, wypijam, przed kolejnym sezonem.

Gruszkowy, z cynamonem i goździkami, miał być na święta zimowe.
Zapomniałam.
Chyba perfidnie.
Poszłyby dwa słoiki, a mam (miałam) cztery.

Absorberka lekko uszczknęła ząbkiem mlecznym pół gruszki, Brat jej nawet nie ruszył, bo z gruszek to on generalnie najlepiej kiełbasę wiejską.
No, przepraszam, zjada jabłka chętnie, banany i owoce sezonowe z dużym akcentem na agrest i porzeczki, zwłaszcza czarne (ach, ten zapach pluskwiany! :) ).

Siedzę, gruchy łykam, za oknem wiuwa, naczynie wyrównawcze się dopełnia .
Pływak się zawiesił, woda z kotła wylata rurką na dole to i naczynie się dopełnia- normalne...drucik od pływaka się wygnie, bo się odgiął to i wody mniej będzie się dopuszczało, ale to przy okazji zakładania grzejnika drabinki do łazienki dolnej, gdzie to od wczoraj panuje magiczne plus pięć. 
Sutki bez kontekstu erotycznego same dęba stają. 
Wesoło mam, nieprawdaż?
Tak wesoło, że pan  kolega instalator zażartował, że chciałby to widzieć, znaczy to, że ja się w tej łazience myję. 
Ano myję się i to nawet nago! A co!

Siedzę nad tym garnkiem z gruszkami i czytam.
Czytam sobie, że Duńczycy chcą wyhodować krowy specjalne.
Nie byle jakie.
Nie.
Nie z przerośniętymi anormalnie mięśniami, nie o wymionach jak banie.
Nie, nie futrzane.
Tylko takie e k o l o g i c z n e.

Nie wiem czy ekologiczne, ale z okolic paszowickich,  z Garipem szczeniakiem na planie pierwszym

Samo słowo ekologicznie, budzi we mnie uczucia jak po zmieszaniu ogórków kiszonych ze śliwkami i podlaniu tego wodą, najlepiej gazowaną, bo ekologicznych papierów do tyłka, ekologicznych aut, biur, baterii mam po kokardy.
Jeśli zaś doda się, że chodzi o wyprodukowanie ekologicznych zwierząt....

Wymyślili sobie ci mądrzy inaczej ludzie, że krowy hodowane w gospodarstwach ekologicznych same muszą być specjalnie ekologiczne. 
Nie wystarczy normalna krowa. 
Nie.
Ma warunki ekologiczne- musi być ekologiczna.

Co sprawia, że trzeba wyhodować modyfikowane ekologiczne krowy?
Ano to, że te nieekologiczne, a ras prymitywnych (a fuj!), w odróżnieniu od wysokomlecznych bidul dobrze radzą sobie na wolnym wybiegu, niestety, nie za bardzo są płodne. 
Należy tak zadziałać, żeby chciały i mogły (wiele ras jest tak już wydelikaconych, że ich racice nie dają rady w warunkach polowych) łazić po pastwisku.

Piękny i uroczy buhajek z okolic jak wyżej

Należy zadziałać na poziomie genomu i selekcjonując osobniki uzyskać takie, które spełnią oczekiwania hodowców i producentów zdrowej (oczywiście ekologicznej) żywności.

Rozumiem.
Teraz już nawet zdrowa żywność nie może być produkowana bez ingerencji w cokolwiek.
Choć tak właściwie każdy, kto choć trochę otworzy się i poczyta wie, że owszem, czysta, nieprzetworzona pasza i wolny wybieg dają zdrowsze mleko niż w przypadku krów, które słońce widzą głównie w chwili wsiadania do samochodu, który wywozi ja na rzeź, bo już im mleczność spadła. 
Bo cały proces produkcji mleka zamyka się w zautomatyzowanej oborze, przy granulatach i suszu, a nie zielonce i brykaniu po łące z pełnym wymieniem.
Dobrze byłoby, gdyby choć mogły korzystać z ruchu i pastwiska.

Co ma to wspólnego z całościowym podejściem do tematu krów mlecznych, gdzie dramat matek, którym zabiera się dzieci i wsadza do kojców i tuczy na cielęcinkę, raczej nic. Bo czy pastwiskowe, czy zamknięte w oborach całorocznych, cykl produkcyjny mają taki sam.

Z "lepszych" warunków, zielonej trawy, naturalnych pasz powstaje mleko lepsze. To zrozumiałe.
Można jeszcze wlać do kartonika z uśmiechniętą krówką co dopełni obraz szczęśliwej krowy sikającej mlekiem z radością wielką.

Nie jestem święta. 
Mleko piję.
Uczestniczę więc jako konsument w tym gównie.
Tylko wqrwia mnie dorabianie fałszywej ideologii do czegoś co z natury rzeczy jest smutne i trudne, jeśli się to rozpatruje nie w kategoriach: ofiara- pożeracz.
A już zabiegi na poziomie genów, by dostarczyć "zdrową" żywność to granda. 
Kolejny biznes.
Cóż, na wszystkim można zarobić.
A dorabiając "zdrowy" i modny przedrostek-EKO- całkiem sporo.






piątek, 9 sierpnia 2013

Hmm...o Posadowie, Duńczyku i diecie wegańskiej dla kota.

Dwa przykłady okrucieństwa.
Różnej miary.
Które bardziej poruszające?
Pewnie końskie- bo wielokrotność większe.

Poza tym w drugim przykładzie nie ma ofiar śmiertelnych.
Jest za to głupota.
Podszyta "ekologicznym" podejściem do życia.

Już pisałam jak wywijanie "eko" i wycieranie nim tyłków mnie wnerwia.
Jak zatraca się w tym cała idea.
Jak sprzedaje się "eko", jak urabia się do tego swoiste ideologie, niszcząc przy tym mądre życie i stosunek do żywego.

Jak nie stoi za tym kasa, to inne pożądliwości typu władza. 
A jedno drugie nakręca.


Są i tacy "eko", którym chyba klepki się wszystkie poprzestawiały, bo bez mięsa żyć może zwierzę wszystkożerne. Nie drapieżnik. 
Wkurza mnie, bo takie posunięcia, tak jak i głupie, nawiedzone i nie poparte wiedzą gadanie czy działanie powoduje, że przez ogół, ludzie wpisani do stada chcących działać w celu poprawy życia zwierząt lub ochrony zwierząt czy środowiska, wrzucani są do jednego wora.

Jeden głupek w szeregu, gadający lub robiący głupoty, potrafi zaszkodzić reszcie pozytywnie "zakręconym.

Oczywiście niektórzy powiedzą, że film o Posadowie nakręca znów umysły oszołomów "tarowskich" i ich podobnych.
A ja mówię- wolę takich niż oszołomów poselskich, oszołomów kościelnych czy neofaszystów.
Bo do jednego gara wrzuca się wszystkich.

Cienka jest granica co prawda....

Między tymi co robią coś w dobrej intencji.
I choć tymi ostatnimi podobno piekło jest wybrukowane...
Mam nadzieję, że tym razem sprawa przybierze pozytywny obrót.
Że kochana IW nie zamiecie pod dywan (jak zwykle) i nie stwierdzi, że wszystko gra i należy sikać z radości, bo Duńczyk czy inny tam pozbawił nas (Polaków) problemu.

Można było całe stado wyrżnąć. 
Tak chciano zrobić z moją znajomą SK Jaroszówka, gdzie te konie, których nie sprzedano miały pójść pod nóż. Wiele zasłużonych klaczy, także te mi znajome.
Nawet na nk.pl była akcja i ludziska zbierali się co by koniska ratować.
Tak, ratować przed zarżnięciem.
Bo taki mieli odruch serca.
I bardzo dobrze.

Wiem, ekonomia bla, bla...
Pisałam już, że rządząca obecnie, doprowadza wszelkie stworzenie do liczby, wagi, procentów powoduje u mnie odruch wierzgania.

I w przypadku posadowskiej stadniny, którą  trzeba było  zlikwidować, bo się "tego dziadostwa" (znaczy stadnin) namnożyło. 
Wiemy, że hodowla ciężka i gnojna jest. 
Do tego klient wymagający i nie wystarczy mieć klacz i ogra (tudzież jego nasienie), co by sobie konika nowego sprowadzić na ten nasz ziemski padół. 
To znaczy- niektórym wystarczy. A potem, jak nie pójdzie jak trzeba (czyli nie zyska się na sprzedaży), zawsze można do Włoch....
To tylko koń. Tylko zwierzę. Tylko.


Film o zaniedbanych koniach w byłej stadninie w Posadowie.
Jakiś gnój duński je głodzi i nie dba jak należy.
Stadninę zlikwidowano, część koni (podobno ok.70 ) zlicytowano, resztę, wraz z nieruchomościami dzierżawi ten koleś.
Konie, wg nowego właściciela, były w słabej kondycji, kiedy stawał się ich nowym właścicielem.
Co się tam dzieje? 
Prócz tego, co widać na filmie (nota bene mam nadzieję, że ci którzy tam byli coś z tym już zaczęli robić).
Może ktoś z podczytujących koniarzy wie?





Druga notka innej treści...

Weterynarz Leanne Pinfold z Lort Smith Animal Hospital w Melbourne była w szoku, gdy zobaczyła skrajnie wycieńczonego małego kota. Okazało się, że winę za stan zdrowia zwierzęcia ponosi... wegańska dieta.
Było nadzwyczaj słabe i przewracało się. Praktycznie na nic nie reagowało - mówiła o wycieńczonym zwierzęciu australijska weterynarz. Wegańscy właściciele małego kota stwierdzili, że ich dieta obowiązuje także ich podopiecznego. Karmili małe zwierzę ziemniakami, mlekiem ryżowym i makaronem - donosi realclearscience.com. (wprost.pl)

niedziela, 17 marca 2013

Wyż nad głową i troszeczkę o soi.

Dziś Absorbery weszły z impetem w czas letni chyba.
Pobudka wypadła o 6:00.
Fakt, że obecnie o tej porze jest już jasno i- jak pamięcią sięgnę, Gniewko w wieku Natki też się tak budził.
A teraz mam dwie uśmiechnięte twarzyczki, które nic sobie nie robią z marudzenia ich Matrixa.

Słońce vel Szagma dawała czadu blaskiem od samego rana i zwykle w ciągu 12395 dni swego życia dawało mi to pozytywnego kopa. 
Dziś jakoś nie. Mamrotałam, do siebie bardziej, że spać, że dać mi spokój i takie tam....

Przetrzymałam Ranne Ptaszki do siódmej trzydzieści.
Potem już dzień zaczął się toczyć swoim, niemal niezmiennym rytmem, a wyznaczanym właściwie porami posiłków, wymianą pieluch, zabawą, jakimiś mniej lub bardziej udanymi próbami ujarzmienia bałaganu i utrzymania minimum czystości w Tupajowisku.

Wiem już teraz, że spaceru nie będzie. 
Mimo przepięknej aury- wyżowej, z naparzającą po oczach Żarówą, przy niemal minimalnej ilości chmur. Wieje okropnie. Wiatr chyba natury polarnej lub syberyjskiej...Brrr.....
Jak jestem zwolenniczką hartowania i wietrzenia młodych, tak taka aura nie nastraja mnie do spaceru. 
Zwłaszcza, że paszcza Młodego się raczej nie zamyka (gada, ale w swoim narzeczu), lata chapiąc powietrze haustami, a to się kończy zwykle czymś niewesołym w gardle.

Wiem już teraz, że raczej nie jest to mój ostatni w życiu słoneczny dzień, więc pójdę jutro, czy pojutrze.

Infekcja z lekka mnie uwalnia z objęć, choć powiedzieć, żem zdrowa- nie mogę bijąc się w pierś lewą czy prawą.
Wymiatacz wszelkich ( a zwłaszcza pozytywnych) bakterii mam brać jeszcze dziś i jutro.

Niestety moja Mama ma zlecone dalsze badania, czuje się źle więc dalej mam o czym myśleć, a i problem z opieką dla Młodej mam (bo alternatywy brak) więc wyzbywam się, póki mogę urlopu. 
Mój szef już chyba zgrzyta zębami, pewnie miota we mnie różnymi myślami....
A ja mam problem. 
I na razie nie wiem co z tym zrobić.

Nie mam czasu czytać.
Marcowy numer "Konia Polskiego" męczę już od 2 tygodni i przeczytałam jeden artykuł!
Brawo...

Za to, w międzyczasie tak zwanym, lecą na lapku programy z tvn playera i dziś wysłuchałam audycji z cyklu- "Wiem co jem i co kupuję"- o soi.
I tak mimo woli myśli moje powędrowały w kierunku diety bezmięsnej. 
O ile jestem chyba na drodze ku porzuceniu białka zwierzęcego za czas jakiś- głównie ze względu na to, co się ze zwierzem  na początku i na końcu jego życia wyprawia, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że część ludzi żywiących się tylko białkiem roslinnym, ma lekki defekt.
Podkreślam- część, bo nie uogólniam.

O tym defekcie, w sposób ostry i przerysowany pisał już kolega z Boskiej Woli, przy okazji klimatów skaryszewskich.

A mnie co wkurza?
Ano, wkurza mnie to, że wielu uważających się za "ekologicznych" (to ich wyrażenie- jak kto mnie poczytuje to wie co sądzę o używaniu słowa "eko" ), zapomina, że rośliny, których używamy w celu zastąpienia białka zwierzęcego, mogą stanowić i stanowią zagrożenie dla przyrody, o którą ci "eko" tak walczą.

Wspomniany przeze mnie program traktował o soi. 
Ile ziem, potrzebnych pod ich uprawę, wyrywa się naturalnym siedliskom, puszczom? Ano - dużo.
Ile kosztuje tona soi? -Ano- dwa lub trzy razy więcej niż mięso.
Tak samo parówy "mięsne"- kosztują przynajmniej o 10-15 pln mniej od sojowych.

O co tyle szumu? 
O coś, czego wszędzie pełno? W chlebie, w przetworach mlecznych, wędlinach, wyrobach cukierniczych.
O bogactwie soi w fitohormony wiemy. Z resztą to z niej powstaje sporo leków wspomagających kuracje kobiet w okresie menopauzalnym. 
Te same związki, w żywności wpływają na nasze organizmy, na organizmy naszych dzieci (ileż to matek serwuje dzieciom mleko sojowe, bo "nie tolerują" ludzkiego?). Zbadano, że niemowlak pojony mlekiem modyfikowanym- sojowym, przyswaja dziennie ilość estrogenów równych 5 tabletkom antykoncepcyjnym.

Nie jestem przeciwna jedzeniu roślin wysokobiałkowych.
Ale do diaska, mamy bogactwo naszych gatunków! 
Od dawien dawna znany groch, fasola, soczewica czy ciecierzyca- rosnące w naszym klimacie. 
Jedzmy swoje.
Po co też nabijać kabzę obcym. 
Sami się żywmy.

Oczywiście wielki wpływ ma tutaj moda. 
Ktoś, jakiś celebryta czy inna tam medialna małpa, rzuci w eter, że soja jest "trendy" i już naśladowcy lecą do marketu i walą do koszy i wózków kotlety, mleczka i inne tam, bo sojowe.

Umiar i rozsądek.
I trochę pomyślunku....

Puszcza Amazońska wycięta pod uprawę soi (Fot. ALBERTO CESAR-GREENPEACE ASSOCIATED PRESS) (gazeta.pl)


Płaczecie nad zarzynaną krową (mi też smutno!), zapłaczcie nad  ginącymi w wyniku wylesień czy chemizacji upraw dzikimi  gatunkami. I to nie tylko ssaków.
Owady, mięczaki, pajęczaki. Też żyją. Mają układ nerwowy. Czują ból. Wbrew pozorom. 
I także chcą żyć.




środa, 11 lipca 2012

Co "eko"- to wtopa....

Jak pomyślałam, tak zrobiłam....tylko w temacie... wyprzedził mnie blog Boska Wola wypuszczając  post o rakotwórczości diesla.
Chciałam popełnić coś w temacie biopaliw, ale w innym ujęciu.

W celu produkcji biodiesla uprawia się ziemniaki, buraki, zboża i kukurydzę.
Jako paliwo do opalania kotłów c.o. przeznacza drzewa i krzewy z gatunków szybkorosnących takich jak róża bezkolcowa, wierzba, topola, robinia, byliny- śluzowiec pensylwański, rdestowiec sachaliński, trawy- miskant.
W tym celu wykorzystuje się także odpady produkcji drzewnej oraz słomę.
Rynek produkcji biopaliw to wg mnie kolejny sztucznie nadmuchany temat, z wieloma przekłamaniami i- jak to zwykle w naszym kraju-  pełen niedomówień, kłamstw i krętactw.

Biopaliwa- przynajmniej w przypadku biodiesla wcale nie są bardziej eko. 
Skład pierwiastków szkodliwych w spalinach co prawda ma niższe parametry niż w tradycyjnym oleju napędowym, jednak wszystko zależy od rodzaju surowca zastosowanego do produkcji, procesu rafinacji i wielu innych.

Cóż jeszcze wg zwolenników biopaliw jest eko?
Ano to, że uproduktywnia się przy okazji "nieużytki". Ujęłam wyraz ten w cudzysłów, bo nie cierpię tego sformułowania. Oczywiście- z punktu widzenia  rolnictwa- jest to nieużytek; albo za suchy, albo za mało żyzny. W ujęciu przyrodniczym- wielokrotnie  przewyższa swoją bioróżnorodnością inne grunty, jawiące się laikowi jako niezwykle pożyteczne i użyteczne.

Pod uprawy tego typu wskazuje się tereny odłogowane, nieurodzajne dla rolnictwa, wcześniej nie przeprowadzając ich waloryzacji przyrodniczej.
Warto wspomnieć, że przeznaczanie "nieużytków" pod uprawy roślin energetycznych to  degradacja i eliminacja niektórych siedlisk np. muraw kserotermicznych. 

Murawa kserotermiczna
foto z: przyrodniczo.blogspot.com
O ile społeczeństwo przyjęło już do wiadomości, że tereny podmokłe to tereny pożyteczne- i dla  przyrody, i dla człowieka (mała retencja wodna), o tyle tereny "suche" uważa się za jałowe, a te koniecznie należy uproduktywnić, conajmniej je zalesiając. 
Wbrew pozorom jednak to siedliska bogate w gatunki specyficznych sucholubnych roślin oraz ciekawe gatunki zwierząt, w tym rzadkie i interesujące owady (wiele gatunków modraszków, kraśników, a także polujące na pająki żądłówki czy mrówkolwy).

Przeplatka didyma (Melitaea didyma)-
jeden z wielu rzadkich motyli związanych z murawami. Gatunek wpisany do Polskiej Czerwonej Księgi Gatunków; narażony na wyginiecie. foto- Wikipedia

Dołek łowny mrówkolwa
(foto z ostrowiecnr1.pl)


Larwa mrówkolwa
(foto z: treknature.com)

 
W skład wymienianych użytecznych energetycznie gatunków wchodzą często rośliny, o których wiadomo, że są inwazyjne (np. wspomniany rdestowiec czy ślazowiec, a także obce gatunki wierzb i topól).
Uprawiając monokultury tych gatunków nie tylko czynimy dany obszar ubogim gatunkowo. 
Każda monokultura skazana jest na możliwie częste ataki szkodników, wymaga zatem specjalnego traktowania pestycydami, aby uchronić plony przed ich zniszczeniem przez żerujące na nich owady czy patogeny.

Z kolei przeznaczanie gruntów potencjalnie użytkowych do produkcji żywności to podrażanie  kosztów jej produkcji. Chyba, że niektórym może na tym bardzo zależeć?
A co ze spalaniem w celach energetycznych zbóż? Czyż to nie marnotrawstwo?

Jak droga jest obecnie słoma, wie każdy, kto ma konie. To nie tylko kwestia upraw zbóż odmian odpornych  na wyleganie (krótkie pędy= mało słomy), to głównie kształtowanie rynku energetycznego przez zakłady skupujące materiał do swoich instalacji.
Jeśli skupią każdą jej ilość jako surowca energetycznego,  trudno dziwić się zatem, że hodowcom trudno słomę zdobyć lub cena jej jest często zbyt wysoka.
Oczywiście można sobie poradzić i ściółkować czym innym, słoma jako ścioła ma też swoje wady, ale to...kolejny temat :)

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, prawa rynku, bla, bla, bla....
Co jednak z sytuacją, kiedy niszczy się siedliska naturalne, w których żyja rzadkie, zagrozone gatunki po to tylko by posiać tam coś, co wrzucimy do pieca?

Przykład wycinki lasów będących domem orangutanów, na potrzeby upraw energetycznych można zobaczyć  tutaj .

Zasoby surowców nieodnawialnych- ropy, węgla, gazu wyczerpują się. Ludzkość pazernie rozsiadła się swoją tłustą dupą na Ziemi. Sama jestem niestety jej cząstką.
Korzystam z prądu wytwarzanego z węgla, palę węglem w piecu.

Jestem jednak przeciwna mydleniu oczu ludziom, nazywaniu produkcji biopaliw ekologicznym i przyszłościowym. Nie jest to prawdą, a jedynie kolejną polityką służącą skromnej grupie osób, a nie wnosi nic w dbanie o nasz wspólny dom, jakim jest Ziemia.

Temat jest w sumie niewyczerpany. Wiele można by jeszcze powiedzieć, choćby o wartości opałowej roślin i rzeczywistym zyskom z ich uprawy.
Nie będę wymądrzać się na tematy, na których zgłębienie musiałabym przeznaczyć sporo czasu, a tego mam powiedzmy nie za wiele.
Dlatego odsyłam do bardzo ciekawego bloga Bogdana Szamańskiego, który na tematy związane z energią odnawialną poświecił chyba większość swego czasu, a ja pozwoliłam sobie większość z jego postów przeczytać z wielką przyjemnością.





 






wtorek, 10 lipca 2012

Kombajn u płota- oskrzela w kłopotach.


 Jak nie porymuję, to się źle czuję....
 A jak spojrzę na tych panów na zdjęciu to aż mnie zatyka. Czym oni oddychają?

Świstów skulonych oskrzeli ciąg dalszy, a wczoraj, popołudniu tuż, za naszym płotem, przyczłapał kombajn.
Zerżnął (:) zboże, wypełniając powietrze zawiesiną kurzu i omłotów....
Dobrze, że nie wjechał nam na podwórko...

Tak patrzyłam na niego zza zamkniętego okna i przypomniałam sobie jak to drzewiej bywało, jak to się zboża żęło się  sierpem -kosą- nie daj Boże! Grzechem było zboże kosić.
Koszono kosą trawę, a zboże wymagało specjalnego traktowania. Na kolanach....sierpem.
Podobno kosy w sprzątaniu zbóż zaczęto w Polsce używać po I wojnie światowej.
Potem już się zaczęło.

U sąsiada pracował Claas Dominator- o mniej więcej taki:


Ja to nieco pokręcona jestem, bo samochody- owszem, też mi sie podobaja, ale raczej starsze modele (lata 60-70), za to zawsze mi sie głowa odkręca za wielkimi maszynami rolniczymi.
Najlepiej jeśli maja zagregatowane narzędzia...
Muszę się kiedyś wybrać na jaką imprezę ze sprzętem rolniczym....

Bo choćby taki John Deer...

sprzedajemy.pl

albo New Holland CR 9000 napędzane silnikami Iveco o mocy 354, 435 i 489 KM....



albo nawet i Bizonik...


Jest na co popatrzeć...

Tylko, jak sobie pomyślę, jak jedzie takie monstrum przez zboże, to rżnie wszystko.
I nie chodzi mi tu o jakąś Jagnę co się opala rzyć w życie...
Takiej mi nie żal, choć męska część pewnie małą kroplę...łzy  by uroniła ...

Janusz Orzechowski "Buszująca w zbożu"

Dawniej zwierzyna polna miała więcej szans na ucieczkę przed kosą choć i wtedy się zdarzało, że ginęły lub ranione były młode zajączki na przykład. 
Pisze o tym jeden z moich ulubionych poetów Czechowicz w wierszu "Przy sianokosach" :

Na naszej łące
siano pachnące
kosili,
zajączka kosą zranili.


Udarł Stefanek
czysty gałganek
z koszuli,
ranę opatrzy , otuli.


"Wezmę niebożę,
lekko położę
na sianie,
łapka go boleć przestanie"

Stefanek  miał serce dla zajączka. Bez wykształcenia weterynaryjnego, a pomógł.
A weterynarze, z wykształceniem, a bez serca, "troszczą się" o cielęta i konie przewożone na rzeź w sposób adekwatny- w ich mniemaniu- do przeznaczenia tych istot- czyli mięsa.
Taka mała dygresja mi się nasunęła, smutna bardzo.

Wracając....
Rozwój technologii i mechanizacji jest raczej nieuchronny.
Takie sielskie klimaty


odchodzą w zapomnienie....

Niestety.
Z jednej strony to godne podziwu sprzęty, z drugiej przegrana natura. Żłopie to paliwo jak smok, bo czymś te KM trzeba nakarmić.
Tak samo okropnie wyglądają kilkuset- czy więcej hektarowe monokultury, bez remiz, ubogie, przy tym z konieczności traktowane tonami pestycydów...
Jakie życie biologiczne tam występuje?
Bardzo ubogie.
Prócz uprawy- chyba tylko oporne owady i patogeny. Takie obszary to rzeczywiście jedynie wielkim,  wypasionym w komputery i nawigacje satelitarne ustrojstwem objeżdżać.

Okoliczne, paszowickie pola to pola  z rzepakiem, poprzeplatane uprawą jęczmienia, pszenicy i żyta, z zakrzewieniami z dzikiej róży, poprzecinane ciekami wodnymi, nad którymi rozsiadły się olsze i kruszyny.
Jak już poprzednio pisałam, wolałabym, aby powróciły do nas buraki, ale póki nie przejdzie bum na rzepak i "ekologiczne" bio paliwa...to nic z tego nie wyjdzie.

Nota bene...osobny ciekawy temat- uprawa roślin na "eko" paliwa. Monokultury, chemia...co ma to wspólnego z  "ekologią"?
Szykuje się temat na nowy post....;)

środa, 27 czerwca 2012

Co ma babyblues do wibratora z piaskowca?

Być może ma.

Drugie- może częściowo zaradzić pierwszemu, które z racji obniżenia dobrego nastroju wymaga... podregulowania...:)

Jako niedawno upieczona matka drugiego dziecięcia, mogę podpisać się pod treściami, które coraz częściej można usłyszeć i zobaczyć- że macierzyństwo to nie tylko zniewalający uśmiech niemowlęcia, ale - czasem w przeważającej większości- płacze, kolki, nieprzespane noce.

Okres ciążowy, który każda z kobiet przechodzi różnie, nazywany jest przez nieznających się na rzeczy stanem błogosławionym. Życzę temu, kto spłodził ten termin, takich przeżyć jak moje- do potęgi trzeciej lub jeszcze milszych...
Swoje człowiek nanosi,w trzecim trymestrze oddycha z trudem, łazi jak słoń, pęcherz moczowy zdaje się być rozmiarów naparstka, butów wiązać nie może, nie mówiąc już o schyleniu się po rzecz, która złośliwie wymsknęła się z opuchniętych rąk....

Po porodzie, który też jest loterią- nie wiesz co i w jakim natężeniu bólu trafisz, przychodzi upragniona chwila powrotu z niemowlakiem do domu.

I tu się zaczyna....
Znów- w zależności od dziecięcia, siły i doświadczenia matki, jej psyche oraz niebagatelnej roli mężczyzny przy niej, może lub nie musi (całe szczęście) przytrafić się coś, co określa się mianem babyblues.

 To zjawisko dotyka około 50-80% kobiet po porodzie. Jego przyczyny można, w pewnym uproszczeniu, sprowadzić do dwóch rzeczy – zmęczenia i adrenaliny.
Końcówka ciąży i poród są dla kobiet  wyczerpujące i obciążające, kosztuje  wiele wysiłku i energii. Te dwa wydarzenia kwalifikowałyby kobietę do dwutygodniowego urlopu przeznaczonego na odpoczynek, regenerację, nabranie sił. Niestety- czeka na nią  nowa rola- i to całkiem naturalnie, bo młody ssak jest przecież całkiem bezradny i zdany na nas. Dostosowujemy się więc do trybu funkcjonowania noworodka- jego spania, czuwania i pór karmienia.

Na noworodku nasza rola sie nie kończy.
Jest jeszcze partner, dom, zwierzęta ....Jak kto ma dar brania sobie wiele na głowę (tak jak ja) oraz naturę prawie perfekcjonistki-  to ma problem...
Natura pomaga, nam samicom nadprodukcją adrenaliny. Dzięki niej jesteśmy w stanie funkcjonować w warunkach osłabienia po przeżytych trudach porodu i wcześniejszej ciąży.

Ile jednak można żyć w warunkach adrenalinowego speedu? Niedługo, bo około 3-4 dni. Potem poziom hormonu we krwi spada i pozostaje ... siła samozaparcia, żeby to wszystko udźwignąć.Do tego zwykle- tak, dla osłody w 3-4 dobie przywala nas nawał mleczny- chyba celem odwrócenia uwagi od uszczuplenia adrenalinki.

Huśtawka emocjonalna, myśli, że nie radzimy sobie w nowej roli, nie rozumiemy tej małej istotki, że nikt nas nie rozumie, że jesteśmy brzydkie i obolałe po ciąży, trwać może różnie. Czasem i parę miesięcy.

Mnie przy drugim dziecięciu ominęło- i spadek formy, i nawał mleczny.
Chyba Dobry Duch czuwał :)

Skąd tak długi wywód? Ano stąd, że dawniej nic takiego jak wspomniany blues nie występowal.
W rodzinach wielopokoleniowych, świeżo upieczona matka mogła liczyć na zastęp kobiet jej przyjaznych, pomocnych- swoją matkę, babkę, krewne.
 Przynajmniej na czas połogu była odciążana, a przynajmniej przejmowano część jej obowiązków i pozostawiano w spokoju, by mogła wczuć się w swoja rolę.
W tym czasie ważniejszą niż wszystkie inne.

Antropolożka i badaczka więzi, Dr Evelin Kirkilionis mówi o tej sytuacji tak: „Natura nie przewidziała dla nas szklanych biurowców i życia w nuklearnych, dwuosobowych rodzinach. Dlatego w naszym kręgu kulturowym zwłaszcza sytuacja matki – która jako karmiąca ma szczególną rolę do odegrania w życiu dziecka – jest szczególnie skomplikowana. W żyjących bliżej natury kulturach nie spotyka się czegoś takiego jak baby-blues, czyli lekkiej depresji pojawiającej się mniej więcej trzeciego dnia po urodzeniu dziecka – bo to nie wahnięcia hormonalne, jak się powszechnie sądzi, odpowiadają za pojawienie się tego spadku nastroju, ale właśnie aspekt kulturowy. Rzeczywistość, w której rola matki sprowadzona zostaje do zdegradowanej społecznie i pozbawionej wsparcia opiekunki na 24-godzinnym dyżurze, która w dodatku słyszy, że ponosi całą odpowiedzialność za przyszłą osobowość narodzonego właśnie dziecka, może zwalić z nóg nawet najodporniejszą osobę.”

I tak, obcujac samej z nowonarodzonym, atakowanej przez media tym, co jest najważniejsze dla dziecka, jaką matką być należy-od tego, co ubrać, czym karmić, czy piersią i jak długo, przez bombardowanie nas opiniami o pieluchach, zasypkach, wyższości dań słoiczkowych nad kuchnią domową i na odwrót, po kwestie wychowania- dać klapsa czy nie?- możnaby rzeczywiscie oszaleć.

Wydaje mi się jednak, że mając mózg w czaszce zamiast pulpy ziemniaczanej, należy zdystansować się wobec wymagań "świata" i "spoleczeństwa" wobec matek. 
INTUICJA.
To wydaje mi się najważniejsze.
Oczywiście samej zdarza mi się ulegać wpływom czy też przynajmniej czuć pewien dyskomfort; odczucie, że może robię źle i nie jestem dobrą matką.
Nikt nie jest doskonały.
I ja, na przykład  miotam się, czy odespać zarwana przez niemowlaka noc czy... wziąć się w kupę i podłogi pomyć.

Myślę sobie, że przy drugim dziecku jest łatwiej. Wiem juz czego mogę się spodziewać i do wielu kwestii (np. laktacji) podchodzę spokojniej.

I tutaj przechodzimy łagodnie do wątku drugiego- czyli piaskowcowego wibratora.
Od lat paru poczytuję "Wróżkę". Czasopismo z wątkami ezoterycznymi, zielarskimi, wizytami w gospodarstwach agroturystycznych i u tych, co wybrali naturę zamiast miasta.
Czasem może pisane zbyt "lekko"- ale w końcu- powiedzmy sobie szczerze- publikacja naukowa to nie jest.

W ostatnim, lipcowym numerze, w przerwach między karmieniami i działaniami odgruzowującymi dom z kłaków Rudej i Garipa, zdążyłam przeczytać jeden z artykułów.
Tytuł brzmi: "Zielony kapturek" a traktuje o ....ekoseksuologii....

Znów mój "ukochany" przedrostek!

Czegóż się dowiadujemy?

Otóż, ta  nowa "dziedzina nauki" to zbieranina mniej lub bardziej śmiesznych haseł, do tego naciągane "zielone" teorie. Znów coś, na czym można zarobić- choćby wspomnianymi wibratorami.

Co jest eko- a co nie w naszej alkowie, według cytowanej w piśmie Stefanie Iris Weiss, autorki książki "Eco-Sex. Go Green Between the Sheets and Make Your Love Life Sustainable"?
Ano- jeśli chodzi o antykoncepcję to  prezerwatywa odpada; -lateks jest be, rozkłada się kilkadziesiąt lat i podobnie jak pieluchy jednorazowe- niedługo zaleje nas morzem odpadów.
Proponowana jest- zastępczo- jako naturalna- prezerwatywa z ...baraniej skóry (nota bene słyszałam, że dawniej je robiono, ale z baranich jelit...). Jako jedyną, "ekologiczną" metodę, autorka wskazuje spiralę- jako, że można ją stosować przez wiele lat, poza tym oparta jest na miedzi (czemu akurat miedź jest tu "eko" ?).
Obrywa klapsy pigułka - w sumie jest w tym sporo racji, bo estrogeny rzeczywiście przenikają do wód i feminizują samce ryb, na przykład.
Czy autorka ma jakieś propozycje w kwestii regulacji płodności?
Ano ma...prócz wspomnianej spirali- kapturki dopochwowe.
Czemu spirala- ciało obce w ciele kobiety jest eko?  Nie wiem, doprawdy.

Oberwało się też lubrykantom, jako że część z nich zawiera parabeny, a poza tym w przyrodzie czynią podobne spustoszenie co plastik (to chyba już demagogia...).


Klimat alkowy ma być także "bliżej natury" - musimy postarać się o dobry materac "(tylko "ekologiczny" kauczuk, bambus lub bawełna); świeczki- dla uzyskania nastroju- sojowe, bo parafina jest rakotwórcza; ubranie- ona w lnianej sukni, wyprodukowanej gdzieś w lokalnej tkalni, on w bawełnianej koszuli z afrykańskiej plantacji "fair_trade" (zrównoważonego handlu). Do rzeczy przejdą na piechotę i po ciemku. Na materacu z bambusa. Jeśli zapragną odrobiny perwersji, mogą pomóc sobie wibratorem z recyklingu lub piaskowca". (wolne cytaty z "Wróżki")

Ekoseks to seks z akceptowanymi spiralami, w atmosferze uplecionej z "ekologicznych" gadżetów.
Pomieszanie z poplątaniem.
Wiem, że nie wszystko, co pochodzi z USA to kupa w ładnej oprawie, a wśród ludzi tam żyjących zdarzają się ludzie normalni (choć jest to pojęcie względne...bo np. ja mogę jawić się co niektórym jako nienormalna, za co nie przepraszam i mam głęboko pośród flory intestinum crassum , powiem więc - są tak nienormalni jak ja chociaż), ale te wydumki to już lekka przesada.



Świat na głowie staje.
Ekologiczny wibrator kontra nowoczesne rodzicielstwo w pozbawionym więzi i wsparcia bliskich krajobrazie.

Czemu ma to służyć?
Chyba tylko pani Stefanii i producentom przyjaznych wibratorów....

Dobrze, że mnie blues ominął, a piaskowiec chętniej oglądam w ...Górach Stołowych.

piątek, 13 kwietnia 2012

"Ekologiczne" rodzicielstwo

Miałam nie pisać za wiele w temacie rozrodu człowieków oraz wychowywania dzieci, bo- po pierwsze primo: doświadczona matką nie jestem, po drugie primo- są do tego blogi o dzieciach, a mój takim nie jest i nie będzie.
Jednak, kiedy mi trochę mały ssak czasu zostawi dla siebie, a nie mogę korzystać z uroków przemieszczania się, ruchu i innych przejawów aktywności fizycznej, to siadam i zaglądam na niektóre strony.
Cóż. Zawsze wiedziałam, ze moje dziecko będzie chowane w miarę mało syntetycznych warunkach, będę unikać chemii- tak tej do użycia bezpośredniego (kremy, balsamy etc.), jak i do prania. Do tego będę dzieciaka tetrować (znaczy wzorem mojej mamy i babci używać pieluch wielorazowych).
Są jednak teksty w sieci, które najpierw otwierają  mi szerzej oczy, a potem "uśmiech rozwiera mi dolną połowę twarzy" ...

Ale- od początku.

Czemu w tytule "ekologiczny" w cudzysłowu?

Ano dlatego, ze to sformułowanie, przyjęte już ogólnie nadal mnie irytuje.
 Ekologia to nauka o wzajemnej interakcji żywego elementu środowiska ze środowiskiem w którym żyje. (Wikipedia pisze sobie o tym tak:
(gr. oíkos (οἶκος) + -logia (-λογία) = dom (stosunki życiowe) + nauka) – nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami.).

O ile można powiedzieć o ekologii człowieka, to ekologiczny np. papier toaletowy to dla mnie wesoły chwyt reklamowy. A jak już kto myli ekologię z ochroną środowiska to już...woła o pomstę do nieba..
Cóż. Jestem na tym punkcie trochę...ten tego ten- więc mnie to drażni.

Wracając do stron internetowych promujących normalne wychowywanie dzieci natrafiam też na takie kwiatki, w zetknięciu z którymi robi mi się albo śmiesznie, albo ....niedobrze.

Popieram :

-używanie pieluch wielorazowych. Sama mam ich ok. 40 szt., sama tetra, do tego otulacze i tak młodego tetruję od około 2 ms. życia (początkowo niestety- przyznaję bez bicia, były jednorazowe z wycięciem na pępek, żeby nie drażnić kikuta).
Tetra się sprawdza. Nawet jeśli Młody posiedzi w niej dłużej to praktycznie nie ma śladu odparzenia. Spróbujmy tego w nieodychającym "pampersie". Tyłek czerwony, skóra lepka....
"Pampersów" (pieluchy innej marki) używamy na noc, bo chyba miałabym 6 przerw w spaniu w nocy zamiast 2...

- przynajmniej na początku- wycieranie małego tyłka płatkami kosmetycznymi maczanymi w wodzie, a nie używanie chusteczek nasączanych stadem chemicznych substancji "dbających o zdrowie niemowlęcia"

używanie chemii do prania pieluch i bielizny, opartej na naturalnych składnikach, bez substancji zapachowych, od których można paść zaciągając się wysuszonym praniem

- nie przesadzanie z kosmetykami do ciała.
Oczywiście- są dzieci chore, z jakimiś problemami skórnymi, które trzeba specjalnie traktować.
Uważam jednak, ze jeśli dziecko nie ma problemów dermatologicznych to do mycia wystarczy zwykłe dziecięce mydełko a po kąpieli nie trzeba go (tego dziecka, nie mydełka), mazać jakimiś balsamami, kremami, oliwkami.
 Żeby pachniało? Najpiękniej pachnie dziecko swoim zapachem, a nie fiołkami czy innym modnym pachnidłem.
Kiedy Młody ma problem z sucha skórą, używamy oleju jojoba, tłoczonego na zimno, albo maści z wit. A. Mamy jakiś balsam, ale używam go niezmiernie rzadko.

- jeśli już przy kąpieli jesteśmy...higiena- higieną, rytuały- rytuałami, ale... nie uważam, żeby codzienne mycie wrażliwej skóry niemowlaka było konieczne...

A co obrzydliwego w sieci?
Przy całym moim pozytywnym podejściu do maksymalizacji naturalnego porodu to ...tzw. poród lotosowy budzi we mnie grozę.

Na czym polega poród lotosowy?

Poród lotosowy polega na nieprzecinaniu pępowiny oraz pozostawieniu jej wraz z łożyskiem do chwili, gdy pępowina w naturalny sposób odpadnie od pępka. Zazwyczaj trwa to od 3 do 10 dni po narodzinach.

Celem tego jest pozwolenie dziecku na naturalne oddzielenie się od matki. Specjaliści twierdzą, że pozostawienie dziecka połączonego z matką można uważać za czas przejściowy, który pozwala powoli przyzwyczaić się dziecku do odłączenia od ciała matki.(źródło: http://www.naszemaluchy.pl/artykul/wszystko_o_porodzie_lotosowym). 

Moje zdanie jest takie-
wszelkie skrajności są złe, a poza tym- gdyby natura uważała za słuszne by utrzymywać małego ssaka poza ustrojem matki jeszcze jakiś czas za pomocą pępowiny to pewnie byśmy w taki sposób rodziły i chodziły z niemowlakiem i torbą łożyska przy pasie...