.

.

niedziela, 4 maja 2014

Coś słodkiego. Bobki. :)

Jak zwykle w niedzielę- wietrzenie futer.
Pogoda bardziej przyjazna, choć rano całe minus 1.
Około ósmej- całe 5 stopni.

Okolice południowe to 10, z niebem niemal bezchmurnym, słonkiem wypalającym dziury wkoło i zimnym, północnym wiatrem.

Spacer zatem był szybki co by nie zmarznąć.
Przytaszczyłam ze sobą trzy młode lipki.
Takie do kolana. Rosnące zaraz przy ścieżce więc żaden normalny (na) leśnik nie powinien być zgorszony.
Wcześniej czy później rozjechaliby je zwożąc drewno.

Znów nie mogłam oderwać się od roboty, ale organizm swoje.
Po śniadaniu, jak zwykle sutym, po 5 godzinach dali mi odgórnie znać, że czas uzupełnić energię, "bo i już!"
Pożarłam w trybie pilnym makaron wstążki z makrelą z puszki, czosnkiem, ziołami prowansalskimi, bazylia i oregano, na dodatek skropione cytryną.
Przyjęło się.
Cóż z tego jeśli w domu nie ma nic słodkiego, a nie chcę obżerać Absorberów z herbatników i biszkoptów.

Jako, że małe niedobory magnezu odczuwam, przypomniałam sobie o prostym przepisie na coś słodkiego, co robiła moja Mama, kiedy byłam jeszcze mała i nawet mi się nie śniło zostać Tupają.

To tzw. bobki.

Robi się je z masła, cukru, płatków owsianych i kakao.
Proporcje ustala się na oko, wg mniemania.
Jedni lubią słodsze inni mniej.

Masło jest lepiszczem.
Dziś, na własny użytek wykonałam je z 
- ćwiartki masła (musi być normalne, 82% a nie jakiś szit masłopodobny)
- 2 łyżek cukru
- płatów owsianych wrzucamy tyle, żeby się dało lepić kulki- bobki
- kakao- wedle uznania, ale musi być wyczuwalne. Oczywiście musi być prawdziwe, a nie jakieś dziecięce czy light

Lepimy sobie kulki.
Jesteśmy przy okazji ubabrani do reszty więc najlepiej mieć wszystko na podorędziu.
Brzydko bowiem wyglądają ślady na szafkach kiedy nagle przypomina nam się, że nie wzięliśmy talerzyka tudzież któregoś z produktów.

Bobki wyglądają tak:

Wersja podstawowa

Wersja "de luxe" czyli a'la trufla- obtoczone w kakao. Można też w cynamonie 
Wstawiamy do lodówki, bo w trakcie obrabiania masło jakoś dziwnie się nam topi...:)


Nie będę pytać co na to dietetyk.
Mi bardzo smakują.

Wybaczcie brak większej estetyki na talerzu, ale do blogów kulinarnych się nie zaliczam.
Bobki z resztą chyba nie mają większych aspiracji więc mi wybaczyły.
Wy,mam nadzieję, że też :)


sobota, 3 maja 2014

Dlaczego nie mogę mieć seksi pośladków i o Oli co ma jaja

Jakiś czas temu pisałam o brzuchu Alessandry Ambrosio i o tym, jak mi "przykro", że będąc podwójną, niemal rok po roku,matką, nie mam takiego na jaki mnie stać tylko taki, na jaki zasłużyłam :)
A teraz, błąkając się po bezdrożach fejsbukowych, natrafiłam na fotę, z której wali mnię ( i nie tylko) po oczach, dupsko o krągłych pośladach w stringach ( prawie jak w piosence Maryli: "String,string, nazywają go...")


Powyżej, jak widać rozpiska treningowa.
W sumie wykonalne.
Chyba, że komu w kolanach strzyka.

Tylko tak się zastanawiam.
Która z normalnie zajętych życiem dziewczyn, ma czas na takie pierdoły?
Bynajmniej, ja nie.

A pośladki, to jak najbardziej, jak i całą resztę ćwiczę.
- biegając po schodach parędziesiąt razy dziennie (przy deszczowej pogodzie- do kwadratu)
- zbierając po Absorberach (uczą się już same, ale nie zawsze wychodzi)
- kopiąc i rwąc perz
- rżnąc trawska, sierpem
- plewiąc- nie na kolanach, tylko kucając lub schylając się
- zmywając codziennie (czasem i dwa) błocko wnoszone przez kochaną ferajnę sztuk dużych dwóch futrzaków, ale i samą siebie i Absorberów
- wykonując inne, poboczne zajęcia, bez których żyć raczej trudno


Znam wiele przyjemniejszych ćwiczeń niż przysiady.
Cóż, kiedy wykonywane na podłodze, raz, po meczącym dniu skończyły się moim zaśnięciem.

Obudziłam się zdziwiona, że twardo, że zimno i do łóżka daleko....

Qurowscy się rozruszali.
Zwłaszcza Ola.

To kura z jajami!
Nie, jeszcze nie niesie, ale goni wróble- skrzydło w skrzydło z Brunonem- kogutem.

Jest najodważniejsza ze stada. 
Wychodzi pierwsza z kurnika, no i kręci się najbliżej mnie, kiedy do nich zachodzę dać jeść czy (i) pogadać.


Olka


Olka
A ponad moją głową- to


ale już podobno ma być cieplej.
Dajcie spokój.
3 stopnie o 11 godzinie...
Sezon c.o. w pełni...

Jutro jak pogoda dopisze (czyli nie będzie lało), kolejne nasadzenia wierzby.
Zostało mi chyba 40 sadzonek...
Ufff......

Jak myślę o mojej młace to kojarzy mi się Jożinem ...
I wtedy mi weselej :)



czwartek, 1 maja 2014

Ostatni ciepły dzień

Chciałam wykorzystać ten dzień.
Po pierwsze - Absorbery wywiało, po drugie - ciepło miało być i słonecznie i tylko trochę przekropnie.
Jutro ma być, ze tak powiem ...chłodniej.
To pewien eufemizm.
Ma być w okolicach ...5 stopni.

A jednak dzisiejsza pogoda pokrzyżowała plany.
Z miłego poranka i przedpołudnia z temperaturą oscylującą koło 15 stopni, pogoda odwróciła się do mnie dupą i zaczął padać, a potem lać deszcz.

Nici z rżnięcia trawy sierpem.
Nici z koszenia pchajką.

Udało się wywietrzyć futrzaki i popatrzeć na rzepakowe okolice Tupajowiska


Miał mnie też kto obfocić


Miałam tyle zrobić, a udało mi się nieco odchwaścić truskawki i wyrżnąć sobie ścieżkę do miejsca składowania obornika z kurnika.
Zakręcona jestem dziś jak świński ogon, bo dałam Rudej do miski, potem Garipowi i sobie poszłam. 
Nie zauważyłam...nie wiem jak to się stało, że odstawiłam rudą miskę za daleko od niej samej...

Kiedy wróciłam po powiedzeniu Qurowskim dobranoc, okazało się, że miska Rudej pełna, a jej brakuje trochę, żeby sięgnąć do michy...
Goopia pańcia.


Teraz je, biedne suczysko w deszczu (bo oczywiście znów pada).

Co do syropu z mniszka to nie wyszedł, znaczy wyszedł, ale raczej sok.
Nie miałam już siły sterczeć przy kuchence i czekać aż zgęstnieje.
Pogotowałam chyba z 15 min, przelałam do butelek. Dwóch tylko.

Przepis, dokładnie nie pamietam skąd, brzmi tak:

- 300-400 g płatków mniszka 
(najlepiej obciachać nożyczkami; przy rwaniu można uszkodzić koszyczek i mleczko się nam do płatków wyleje. A jaki smak ma to mleczko to już każdy wie)
- ok.1 l wody
- dokładnie 1 cytryna
- 1 kg cukru

Przyznam bez bicia, że nie wiem czy płatków było dokładnie 300-400 g. Tak na oko mniej więcej.

Do tego- nie dałam kilograma cukru- tylko jakieś 1,5 szklanki. I tak słodkie jak ta lala.

Płatki zalewamy wodą, odstawiamy na ok. 3-4 godz.

Następnie dodajemy sok z cytryny i gotujemy około 20 min.
Odstawiamy na noc.
Odcedzamy.
Potem, do odcedzonego wywaru dodajemy cukier i gotujemy do zgęstnienia.

Wg przepisu nie było pasteryzacji.

Gdyby wyszło mi więcej niż dwie butelki po sokach dla dzieci, pewnie bym pasteryzowała, ale tak- przy jednej butelczynie (która i tak się zassała), a drugiej sprezentowanej Mamie - nie opłacało się.
Sok jest pysznie aromatyczny i wypróbuję go z herbatą.

W deszczowe dni pozostaje dłubanie w domu, a jak wiadomo stare domiszcza (lub jak to j niektórzy nazywają źle : rudery), lubią jak się im koło ...robi. 
Więc robiłam. Z Tatą. Porządki, wymiatania, ogarniania.
Powstał wreszcie wieszak na psie smycze i obroże...
Jest tego sporo, a już mnie szlag trafiał od tych postronków i różności na gałce od poręczy.
A pod nim pudło po karmie, a w nim żarcie dla Qrowskich, którzy już wyściubiają dzioby, ale raczej popołudniami, ale nie na długo.
A śpią do 7:30.
(dziś o 7 z minutami zastałam śpiące kury, a jedna ziewała...:))