.

.

niedziela, 17 kwietnia 2016

"Serce mi pika jak klapa od śmietnika" (Tytus)

Wiosna, pora roku budząca nadzieje, rozkwitająca, rozbuchana chlorofilowo, rozpasana pokrzywowo i perzowo. Trawiaście, kwietnie, rozłogowo. 
Nie pojechałam na Miłek, w czynie szlachetnym zwalczać sukcesję na murawach, bo mnie najzwyczajniej pogoda zbiesiła. 
Co chwila pochmura, deszcz przekropny. Nie miałam ochoty się moczyć. 
Poza tym chyba większy problem- inwazja roślin, których część muszę pohamować. Dzięki temu, że zostałam, trawa skoszona (sierp i pchajka), przekopane pod uprawę, mały porządek pośród nasadzeń krzaczorów i drzewek, czyli jakieś palikowanie, zaglądanie w pąki etcetery różne.
Oczywiście miałam tylko 2,5 godziny, bo Absorbery zdecydowały się na odwrót na z góry upatrzoną wcześniej pozycję...

Jakoś do dupy lekko z tym przesileniem, bo albo już taka stara jestem, że mi ostatnio gorszych dni więcej się zdarza, albo taki rok. 
Dziś na ten przykład jakieś nerwy mnie brały, na wszystko, jak tę babę z dowcipu, który już cytowałam w 2012 roku, wszystkim się oberwało. 
Na ten dodatek w środku jakieś roztrzęsione serducho, jakbym się czymś denerwowała w sensie ekscytacji, a tego to ja raczej ostatnio w ilościach znikomych. 
No chyba, że mi jaki świergotek zakuka, albo inny tam drozd śpiewak.

No właśnie. Nasze jaskółki już są.
Pleszki też, czekam na kopciucha. Kapturka obecna, zwiększyła się populacja kosów i mam swojego rudzika z powrotem. 
Drozd od tego roku. Nie wiem co go tu w okolicę bliską ściągnęło i gdzie spodziewać się gniazda. W zeszłym roku, co prawda któraś z moich mend kocich zamordowała już sporego pisklaka drozda, ale rodzice nie byli tak widoczni jak ten samiec ostatnio. 
Śpiewa pięknie (jak to drozd), w sumie się nie dziwię.
Siedzi sobie wśród oparów kwitnących śliw i sobie plumka.
Też bym tak chciała.

A mi się motyl w klatce z piersiami klekoce.
Już wiem, to pewnie przez niejedzenie mięsa ! :))
Zrobię badania, zrobię.

Alberta oddałam.
Już mnie zmęczył.
Co parę dni musiałam dziadowi przypominać kto tu ma jaja. 
Wziął go pan, który wcześniej przejął Brunona - kto nie pamięta lub nie wie: tu przeczyta.

Albert jeszcze ze swoimi dziefczynkami

Kropka nad i postawiona.
Wraz z ruszeniem wegetacji, nastąpiło mysie ruszenie i wczoraj dwa razy dawałam szansę, za każdym razem została wykorzystana. Mysz wracał.


Stworzonko zdeterminowane. 
Zwłaszcza kiedy próbuje przeciągnąć orzech przez całą szerokość łóżka. Pod spodem, oczywiście.
Równie skuteczny w wykorzystywaniu mojego miętkiego serca okazał się kątniczek. 
Łapię sobie za moje zielsko co przy ścianie wisi, co by sobie jaką herbatkę wiedźmową zaparzyć, a tu siedzi, menda. W pokrzywie zeszłorocznej i się gapi. 
Jutro gnoja wywalę. 
Jak jeszcze będzie, oczywiście.

Ponieważ od rana pogoda była jak ja w czasie pełni- czyli nieprzewidywalna, żeby mi się Absorberostwo nie nudziło, zrobiliśmy dwa akwaria. 
Ryby są malowane i klejone, niektóre, trójwymiarowo zawisły na włóczkach. 
U Młodej (praca po lewej), to ciemne to plama oleju. Absorber zrobił brązowo łódź podwodną, ale "bez okien", zastrzegł. 
Prócz ryb pływają- to te na włóczkach, wieloryby. 
Wieloryby jak wiadomo to "wielkie ryby co są ssakami". 




wtorek, 12 kwietnia 2016

Masa salamandrowa

Ostatnie dni z lekka czopkowe.
Jakaś taka zniżka formy. 
Przesilenia wiosenne czy co tam jeszcze, braki tego i owego, zapewne niejedzenie mięsa (hre hre). Jak zwał tak zwał, dupa z humorem.
Dziś już lepiej i raczej do przodu.

Robota od dwóch dni pali mi się w rękach, bo chlorofilowe pędzą jak diabli, kosić jeszcze nie mogę, bo młaka. 
Mus przesadzenie jabłonki małej zrobić, Mama dowiezie porzeczek, warzywnik do przekopania, boby i groszki do posiania, kozłek lekarski do wsadzenia, jakieś kfiatki jeszcze też. 
Zapewne nieśmiertelne nasturcje, nagietki, aksamitki...

Mały-duży problem z przekopem po awarii rury.
Wydobyli mi przy okazji akcji glinę z 2 m i mam ją teraz na górze...
Nie wiem.
Albo zrobię spirale ziołową na części, albo w dołki kompost i posadzę pomidory. 
Całości nie da się przekopać. 
Znaczy- da się. Może jaki zacięty, przepraszam, z zacięciem chłop by dał radę, ale ja walczyć nie będę. 
Mam tyle innej roboty, że krzyż oszczędzę.

W robocie lepię na Majówkę Myśliborską.
Salamandry z masy solnej, do malowania przez dzieciaki. 
Pomysł poprzedniczki; nie zmieniam, bo się przyjął, a ja lepić lubię.
Co prawda czasem wychodzą raczej jakieś akolotle niż nasze smoki kaczawskie, ale na gada to wygląda w miarę więc spoko.
Jest ich 30.

Tak niewiele trzeba. Tylko sól, mąka i woda

Wiem dokładnie jaka przyczyna, ale dość długo zajmuje mi ten etap międlenia masy na jaszczura....

Wstępna obróbka

Potforności :)

Dużo więcej potforności


Potfory dwa

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Błotko

Mimo, że nie mogłam niedzieli całkowicie poświecić na dokazywanie i pląsy w naturze, bo na dwie godziny stawiłam się do pracy, jednak nie przepuściłam pięknej pogodzie i musiałam nawiać w las.
Testem na to kto ze mną pojedzie, pomijając człowiekowatych, bo ci- albo się nie kwalifikowali, albo "cotamjeszcze", było otworzenie bagażnika Siniaka. 

Rudej zapraszać specjalnie nie trzeba. 
Mimo nadwagi, wykazuje siły niespożyte i skoczność, której niejeden czy niejedna mogliby pozazdrościć. Właściwie to najbardziej zastanawiałam się jak do tematu podejdzie Garip. 
Ostatnio znów leczyłam mu zapalenie przestrzeni międzypalcowych.  
Wygoiło się, ale zdaję się na psa. 
Tak samo na krótkich spacerach; pilnuję tempa, a on - dystansu. Kiedy czuje, że nie może, zachodzi mi drogę. Wracamy wtedy.
Tym razem sam z siebie wskoczył więc uznałam, że jest w stanie.

Udaliśmy się, mimo, że wiedziałam, że trafimy do "Krainy Wód", w kierunku Siedmicy. 
Do samego wąwozu nie poszłam, tylko krótki spacerek w stronę Rezerwatu Nad Groblą. 
Wszędzie miłe oku błotko. 
Tak, miłe. Bo po zeszłorocznej suszy ta woda cieszy bardzo. 

Ludziów jak mrówków. 
Szwendają się różni.
Jedni ubrani stosowniej, inni mniej.
Jedni o twarzach odprężonych, inni o skamieniałych i wykrzywionych jak w bólu przedłużającej się defekacji.

Jak ta pani.
Obrażona, fucząca, wlekąca za sobą z lekka wystraszoną córeczkę, z tyłu małż - ewentualnie partner, z plecakiem, mapą, szedł goniąc je, z miną winnego. 
Już słyszę przebrzmiałe teksty; "Gdzieś ty nas wyprowadził! Takie błota! Nowe buty! Bałwan jeden!".
Rzeczony bałwan gonił swą wybrankę (albo i nie) i nie wiem jakie go myśli dręczyły.
Może żadne.

Mnie tylko zawsze dziwią i wnerwiają czasem niedzielni turyści, i ci ludzie, którzy lepiej dla świata żywego, przyrody zrobiliby, gdyby się w te l;asy, na te szlaki nie pchali. 
Dobrze jeśli tylko sobie krew popsują; gorzej jak ten świat- błota, owadów chcą pod siebie przekształcać. Tu osuszyć, tu drogę utwardzić, tu gondolkę pieprznąć, wyorując hektary lasu...
A są ci, którzy kasę wietrząc, udostępnić chcą wszystkim pewne miejsca przyrodniczo cenne. 

Cieszę się, że są na świecie dzidzie. Że są blokersi. 
Przynajmniej nie wszyscy ruszą w naturę wraz z nastaniem cieplejszych dni...
Oczywiście powiecie, że zdarzają się desperaci..tki...


I będziecie mieć rację.

Ja mam rację fajną w temacie swoim.
Nie ma co zbyt często sprzątać auta.
Przynajmniej w przypadku posiadaczki Absorberów sztuk dwóch i dwóch dużych psów.

Moje podejście do auta jest utylitarne.
Dawno temu, kiedy jeszcze zdarzało mi się ubierać wyjściowo, nie terenowo czy zakupowo, takie podejście do tematu opłaciłabym stekiem wyzwisk rzuconych w przestrzeń. 
Ale teraz- spoko. Kłaki się strząśnie, błotko też. 
Przyklejony cukierek? Większych problemów nie masz?

Zwłaszcza po takim jak niedzielny spacerku, bagażniczek wygląda fajnie ;)


Cóż.
Dla mnie ważniejsze jest szczęście moje i psów :)




A w domu- tylko leniwce



I sezon na Wildgemuesse rozpoczęty. Pokrzywa ueberalles! :)