.

.

piątek, 4 stycznia 2013

Autoironia....

Wiecie co?
Jakby mi kto kiedy powiedział, że będę schabowe tłuc na desce trzymanej w jednej ręce, a tłuczek w drugiej, miarkując, by nie za głośno walić (dziecki śpią), a jednocześnie odpowiednia grubość (czyli moje ulubione 3-4 mm- tak, żeby w pogodny dzień słonko móc przez ochłap dojrzeć) kotlet uzyskał, to bym nie uwierzyła.

I jaka radość!
Kurdele bele! W 40 minut całe osiem sztuk usmażone, surówka (moja ulubiona*) zrobiona, kartofli się gotują. Ba! Nawet mi się udało lekki porządek w kuchni zrobić, latając w miedzy czasie do Unicala, co by mi- jak to wczoraj się zdarzyło- nie ukisił i unieszczęśliwił temperaturą 46 stopni Celsjusza niejakiego.

Powiadają, że głupek cieszy się z małych rzeczy.
Chyba wymyślił to jakiś specjalnie mądry ktoś, kto dwóch dzieciów, z różnicą wieku dokładnie rok i trzy miesiące nie miał.
No i na pewno w ruderze starej nie zamieszkał.
Z kociołem na dole. Bez podajnika.
Ze zlewem "póki co" w pokoju obok, co ma być przyszłą kuchnią.


No i tak.
Cieszę się, uśmiecham do siebie, goopol jeden.
Bo mi się udało cos szybko zrobić, zanim się pobudzą.
A i post mały spod palców wypełzł...


*Moja ulubiona surówka:

3-4 ogóry zakisłe
1 jabłko
kawałek pora
oliwa z oliwek, olej z pestek winogron- co tam macie - ważne, żeby lekkie to oleum było
Kto chce - dodaje pieprz tudzież ziółka jakieś.
Ja preferuję bez niczego.


czwartek, 3 stycznia 2013

Lobo- inne takie jabłuszko....

Pogoda wietrzna, jakoś tak mnie nosi, postanwiłam wiec w tak zwanym miedzyczasie, a właściwie w oczekiwaniu na opadnięcie powiek sklecić parę słów o jednej z moich ulubionych postaci komiksowych.
Nie jestem wielka fanką tego typu literatury w ogółem ale Lobo i- jego całkowite przeciwieństwo- Thorgal, są moimi ulubionymi.
Niektórym lobo kojarzy się z odmianą miękkich jabłek.
Mnie od jakichś nastu lat już nie...

comicvine.com
Przyznam bez bicia, że nie znam całej serii.
znam trzy ulubione części i śmiem twierdzić, że im dalej, tym...gorzej dla Lobo i jego wielbicieli.


Lobo (w dialekcie Khund - "ten kto pożera wnętrzności i to mu sprawia przyjemność") - fikcyjna postać komiksowa i filmowa ze świata D.C. Cosmoits.  Pochodzi z planety Czarnia i jest ostatnim czarnianinem. Aby być tym jedynym wyjątkowym zabił wszystkich pozostałych (z wyjątkiem swojej nauczycielki).

Gdy przychodził na świat na swojej rodzinne planecie, akuszerka, która

odbierała poród dostała niepohamowanego ataku histerii. Doznała pomieszania zmysłów po tym, jak niemowlak odgryzł jej cztery palce.

herodistrict.com

Został stworzony przez  Keitha Giffena (rysunek) oraz Rogera Slifera  (scenariusz) 
Jest międzygalaktycznym łowcą głów i płatnym mordercą.

Dodaj napis


Broń: hak na łańcuchu umocowany do ramienia, i każda inna broń jaka wpadnie w jego ręce.

Pojazd: Spazzfragg 666 (Kosmożyleta 666) – motocykl dostosowany do podróży kosmicznych, wyposażony w sprzęt grający dużej mocy i wszelkiego rodzaju oręż.

Moce: Niezwykła zdolność regeneracji, może przeżyć bezpośredni strzał w głowę, nalot rakietowy a nawet przepołowienie. O ile wysoka zdolność regeneracji jest wrodzona u Czarnian, to faktyczna nieśmiertelność Lobo spowodowana jest faktem, że gdy Lobo zginął rozpętał piekło w zaświatach, przez co uznano jednogłośnie, iż należy uczynić go nieśmiertelnym, aby nigdy więcej nie doszło do tego typu wypadku). Posiada także niezwykle wyczulony zmysł tropienia - jeśli już raz kogoś spotkał może wyśledzić go zawsze i wszędzie. Posiada również znacznie podwyższony poziom siły i zręczności.

Lobo kieruje się w życiu obsesją zabijania, z której czerpie motywację. Zabija dla pieniędzy, ale także dla satysfakcji z udowodnienia, kto jest najlepszy. 
Swoją ofiarę odnajdzie nawet na drugim końcu kosmosu, dzięki doprowadzonemu do perfekcji zmysłowi tropienia. 
Cechuje go swoiste poczucie honoru. Kiedy podpisze kontrakt, z całą pewnością wykona zadanie. Nawet wtedy, gdy zleceniodawca zmieni zdanie. Później zapewne zabije i jego. Ale słowa dotrzyma. 
Na koniec dorzuci: kurde bele!

Ma słabość do dwóch rzeczy: kosmicznych delfinów i muzyki rockowej. W głowie ma wszczepione radio, które podtrzymuje odpowiedni poziom agresji. Muzyka dostarczana jest bezpośrednio do mózgu Lobo. 
Są to nagrania stacji "Kosmo-Rockowy Zombi". W czasie, kiedy Lobo walczył z Doxem, nadajniki stacji zostały zniszczone. W umęczonym umyśle Lobo zapanowała cisza i przez to przegrał walkę....

Lobo jest wreszcie wiecznym chłopcem. Wprawdzie zabawki, jakimi się posługuje są śmiertelnie niebezpieczne, ale z ich używania czerpie prawdziwą przyjemność. 

Jest wszystkim, czego się boimy. Zaprzeczeniem wszystkich wartości.

Jednocześnie trudno nie ulec czasem jego urokowi...;)
Swoja drogą, czy nie mieliscie czasem ochoty nająć kogoś takiego?
Ja- często...Z tym, ze Lobo, jak juz wiemy, nie kieruje się zasadami i- jako zleceniodawcy, możemy równie dobrze stać się jego ofiarami.

Powyższa  rycinka- ku polepszeniu oglądalności bloga przez męską część odbiorców

 Pomysły na zabijanie- wg twórców bywają zadziwiające, a wyskakujące karkiem kręgosłupy po kopnięciu przez Lobo w tyłek budzą mieszane uczucia. 
Jednak lubię do niego powracać...

Hmmm...chyba każdy ma w sobie małego Lobo...;)
Choćby przez chwilę.... 



Pisząc, korzystałam z Wikipedii oraz artykułu Marcina Hermana na esensja.pl 

środa, 2 stycznia 2013

Retrospektywnie, jak początek roku i tradycja nakazują.

Moc Calineczki jest zbawienna.
Gniewko wreszcie usnął, choć był od początku przeciwny...

Wszyscy na blogach, jak zdążyłam zauważyć, podsumowują rok. 
Nie chciałabym być mało oryginalna, ale mimo to aż się samo ciśnie na klawiaturę taki post.

Rok temu, bo w styczniu zaczęłam uszczęśliwiać siebie i co niektórych swoimi wypocinami. Ten mój pierwszy post był taki ...no cóż. Coś o króliku, o tym, ze coś widzę, że chyba mi się jakieś zmiany szykują. Chciałam tego bardzo, ale nic takiego wielkiego się nie zdarzyło. Miałam nadzieję, że się rozkręcę, że Los dopomoże i będę mogła sama sobie uścisnąć rękę, że już jest tak, jak bym chciała. 
Robiąc to, co bym chciała. Coś swojego. Takie tam...Tyle, ze Los dopomóc nie mógł, bo chyba za dużo szumowin, jak w winie, jeszcze nie sklarowanym, i jest jak jest.
Dalej u kogoś, nie na swoim.
Cierpliwość chyba tylko mnie może uratować. Bo pewnych spraw przeskoczyć się nie da.

A ja chciałabym w tym momencie za dużo. Na raz.
A doba ma tylko 24 godziny.
A są dwa Absorbery. Kochane dwa Absorbery. I to Im należy się na razie większość czasu i zainteresowania.


A tu były myśli o kozie, kurach...

Potem otrzeźwienie, że KIEDY?

Jako łapaczka wielu srok za ogony wiem, że potem mam tylko urwanie głowy, żal do siebie, innych (nie wiadomo dlaczego), nerwy i niedopieszczone inne dziedziny życia.

Cierpliwość.
Cierpliwość.
Cierpliwość.

Pomału...pomału i w końcu się uda.
Chyba ten ubiegły rok troszkę mnie tego nauczył.
Mniej szarpaniny i- jak to u osób ze skrzywieniem na perfekcjonizm objawiający się - ja nie dam rady???- odstawić na bok, choć na chwilę i musi być jakoś...lepiej.

Miniony rok dał mi wiele.
Choćby naszą Córkę. Nadzieję.  Ufam, że imieniem swym wytyczy nam także lepszą drogę.

Mamy już centralne.
Z kotłem o dużo za dużej mocy, bo jednak nie będziemy raczej  w stanie uruchomić większej powierzchni do ogrzania. Trzeba go pilnować, bo pożerać może dużo węgla i drewna, a przy za małym rozbiorze ciepła po prostu się gotuje.
Nie chciałabym być w domu kiedy wybucha, ani nie chciałabym naszej wiekowej rudery oglądać po eksplozji Unicala 33 kW. Ani szczątków psów, które zostają w domu. I kotów też nie.


Końcówka roku to niestety chorowanie i nasza wymuszona tym emigracja z Tupajowiska.
Chorowanie przez przeszło dwa miesiące. Koszmar jakiś.

Oby Nowy był zdrowszy i poczciwszy. A także bardziej hojny. 
W pomysły, w szczęście.
Koniecznie.
Koniecznie.
Konie....
Konie...ślazak jakiś, albo hucuł na początek...

Dobra, Tupaja! zapominasz się znowu!