.

.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Z zupełnie innej beczki- Homer, kocur bez oczu szuka domu.

Cytuję za Schroniskiem dla Zwierząt w Lublinie:


HOMER - DO PILNEJ ADOPCJI
kocur, 2 lata, przyniesiony przez mieszkańców z ul. Szafirowej.
Kocur był przez jakiś czas dokarmiany przez mieszkańców, nie wiadomo jak się znalazł na dworze, być może komuś uciekł z mieszkania i ktoś go szuka, dlatego prosimy o udostępnienie lub po prostu ktoś się go pozbył.
Kocurek nie ma oczu - nie wiadomo co było tego przyczyną jedno jest pewne ma chirurgicznie zaszyte powieki. 
Kot bardzo przeżywa schroniskową rzeczywistość, strasznie się stresuje przy próbie zbliżenia do niego, widocznie przez ten czas jaki się błąkał pod blokiem miał niemiłe doświadczenia. Gdy już się go uda schwytać, to po chwili odpręża się i zaczyna mruczeć i się tulić - ewidentnie mieszkał w domu. Może ktoś go poznaje. Może ktoś chciałby mu ofiarować dom - niewidome koty, w znanym sobie miejscu, bardzo dobrze sobie radzą.
Mieszka w boksie 1





Być może Ktoś...?

piątek, 9 sierpnia 2013

Hmm...o Posadowie, Duńczyku i diecie wegańskiej dla kota.

Dwa przykłady okrucieństwa.
Różnej miary.
Które bardziej poruszające?
Pewnie końskie- bo wielokrotność większe.

Poza tym w drugim przykładzie nie ma ofiar śmiertelnych.
Jest za to głupota.
Podszyta "ekologicznym" podejściem do życia.

Już pisałam jak wywijanie "eko" i wycieranie nim tyłków mnie wnerwia.
Jak zatraca się w tym cała idea.
Jak sprzedaje się "eko", jak urabia się do tego swoiste ideologie, niszcząc przy tym mądre życie i stosunek do żywego.

Jak nie stoi za tym kasa, to inne pożądliwości typu władza. 
A jedno drugie nakręca.


Są i tacy "eko", którym chyba klepki się wszystkie poprzestawiały, bo bez mięsa żyć może zwierzę wszystkożerne. Nie drapieżnik. 
Wkurza mnie, bo takie posunięcia, tak jak i głupie, nawiedzone i nie poparte wiedzą gadanie czy działanie powoduje, że przez ogół, ludzie wpisani do stada chcących działać w celu poprawy życia zwierząt lub ochrony zwierząt czy środowiska, wrzucani są do jednego wora.

Jeden głupek w szeregu, gadający lub robiący głupoty, potrafi zaszkodzić reszcie pozytywnie "zakręconym.

Oczywiście niektórzy powiedzą, że film o Posadowie nakręca znów umysły oszołomów "tarowskich" i ich podobnych.
A ja mówię- wolę takich niż oszołomów poselskich, oszołomów kościelnych czy neofaszystów.
Bo do jednego gara wrzuca się wszystkich.

Cienka jest granica co prawda....

Między tymi co robią coś w dobrej intencji.
I choć tymi ostatnimi podobno piekło jest wybrukowane...
Mam nadzieję, że tym razem sprawa przybierze pozytywny obrót.
Że kochana IW nie zamiecie pod dywan (jak zwykle) i nie stwierdzi, że wszystko gra i należy sikać z radości, bo Duńczyk czy inny tam pozbawił nas (Polaków) problemu.

Można było całe stado wyrżnąć. 
Tak chciano zrobić z moją znajomą SK Jaroszówka, gdzie te konie, których nie sprzedano miały pójść pod nóż. Wiele zasłużonych klaczy, także te mi znajome.
Nawet na nk.pl była akcja i ludziska zbierali się co by koniska ratować.
Tak, ratować przed zarżnięciem.
Bo taki mieli odruch serca.
I bardzo dobrze.

Wiem, ekonomia bla, bla...
Pisałam już, że rządząca obecnie, doprowadza wszelkie stworzenie do liczby, wagi, procentów powoduje u mnie odruch wierzgania.

I w przypadku posadowskiej stadniny, którą  trzeba było  zlikwidować, bo się "tego dziadostwa" (znaczy stadnin) namnożyło. 
Wiemy, że hodowla ciężka i gnojna jest. 
Do tego klient wymagający i nie wystarczy mieć klacz i ogra (tudzież jego nasienie), co by sobie konika nowego sprowadzić na ten nasz ziemski padół. 
To znaczy- niektórym wystarczy. A potem, jak nie pójdzie jak trzeba (czyli nie zyska się na sprzedaży), zawsze można do Włoch....
To tylko koń. Tylko zwierzę. Tylko.


Film o zaniedbanych koniach w byłej stadninie w Posadowie.
Jakiś gnój duński je głodzi i nie dba jak należy.
Stadninę zlikwidowano, część koni (podobno ok.70 ) zlicytowano, resztę, wraz z nieruchomościami dzierżawi ten koleś.
Konie, wg nowego właściciela, były w słabej kondycji, kiedy stawał się ich nowym właścicielem.
Co się tam dzieje? 
Prócz tego, co widać na filmie (nota bene mam nadzieję, że ci którzy tam byli coś z tym już zaczęli robić).
Może ktoś z podczytujących koniarzy wie?





Druga notka innej treści...

Weterynarz Leanne Pinfold z Lort Smith Animal Hospital w Melbourne była w szoku, gdy zobaczyła skrajnie wycieńczonego małego kota. Okazało się, że winę za stan zdrowia zwierzęcia ponosi... wegańska dieta.
Było nadzwyczaj słabe i przewracało się. Praktycznie na nic nie reagowało - mówiła o wycieńczonym zwierzęciu australijska weterynarz. Wegańscy właściciele małego kota stwierdzili, że ich dieta obowiązuje także ich podopiecznego. Karmili małe zwierzę ziemniakami, mlekiem ryżowym i makaronem - donosi realclearscience.com. (wprost.pl)

czwartek, 8 sierpnia 2013

Głowa karczownika, moje odmóżdżenie i garipowe chorowanie.

Wspomniane w poprzednim wpisie psie nieszczęście poszło sobie gdzieś...
Oby nic go złego nie spotkało.

Dogorywam od upałów.
Pewnie z rozrzewnieniem wspominać będę ten czas przy węglarce popiołu z Unicala zimą, ale na razie mam już dość.
Przesyt wagi ciężkiej.

Najgorsze są początki nocy.

Gorąco- obecnie 27 stopni w domu (na górze; na dole 10 stopni mniej).
Duchota.

Póki gapie się w lapka, okna zamknięte, bo kłujące ryje poprzyklejane już do szyb i się gapią gdzie by człowieka użreć. 
Nie ma!

Zdarzyła się taka noc jedna...
Myślałam, że się w bezmiar wściekłości wzniosę.
Najpierw chrapało leżące obok męskie ciało....
Jak już, szturchnięte, przestało, odezwał się brzęk cienki komarzych skrzydeł, co mnie do pasji doprowadza.
Znów sen przerwany.

Rozpuściłam włosy i czekałam.
Zabzyczała menda- więc pokręciłam energicznie głową rozwiewając swoje głowowe włosie.
Wierzcie mi- 3 na 5 komarów wciskam w poduszkę tą metodą!

Cicho.
No! Nareszcie!

Zasypiam...
Chrup, chrup....
Chrup, chrup...

No jasna cholera!
Zrywam się z łóżka, nastawiam pułapkę żywołowną.
Mysza oczywiście ma ją gdzieś.
Porwała kawałek wafla i poszła żreć za szafę.....

Bam, bam, bam....
Bam.....
Bam,bam, bam, bam....
Czwarta.

W końcu zasnęłam.

Kolejny dzień upałów.
Kontener na śmieci kipi,a odbiór dopiero w przyszłą środę.

Na trawniku znalazłam głowę.
Karczownika ziemnowodnego.

Tu karczownik- jak wyglądać powinien z głową.
Nie wiem która z kotek tak wojuje.
A to szczur z nadgryziona głową, teraz to....
Dobrze, że ptaki- tfu!- odpukać!- odpuściły.

Garip ma niedobre wyniki.
Enzymy wątrobowe przekroczone wysoko.
Szykuję się na dodatkowe leki wzmacniające wątrobę.
Boję się o niego.
Ciężko znosi upały. Oddycha szybko i płytko.
Na dodatek, przyrost wagi spowodował lekką łękowatość grzbietu i widzę po stawach skokowych, że mu się nogi rozłażą.
Włączyłam więcej naturalnych glukozamin i chondroityn (nóżki, uszy wieprzowe, głowy), bo aptecznymi suplementami znów tylko mu wątrobę obciążymy. 
Mus teraz spacerować z nim, przynajmniej do sklepu (budząc mieszane uczucia mieszkańców), bo mi się pies zmarnuje...
Płot nadal nie zrobiony, bo kuchnia sie robi.
Niestety.
Takie realia życia.

Chyba najlepszym rozwiązaniem będzie zamontowanie elektrycznego pastucha.
Koszt około 270 pln.

Burza się zbliża.
Zaraz muszę psy ściągnąć do domu, bo już pewnie w strachu.

Nie mam weny.
Odmóżdżona jestem.
Czy przez upały?
Pewnie też, ale i przez sposób życia.
Ktoś mi ostatnio zarzucił, że się uwsteczniłam. 
Ano, przy rozmowach o prostej konstrukcji, przy zmianie pieluch, wylewaniu zawartosci nocnika, raczej trudno być erydytą.
A może łatwo?
Pewnie mi się nie chce. 
Aaa....bo zła kobieta ze mnie i już :)

(buziaczki dla Bogusia!)

Za to- ramiona mi się wyrzeźbiły.
Dzięki rwaniu dwuipółlatka. Już co prawda rzadziej niż Młodej, ale zawsze.

Zaraz mi się koleżanka S. przypomina.
" Kurde, K. jak patrzę na Ciebie to tylko ręce i nogi widzę".
No tak.
Tak chuda to już dawno nie byłam.
Najpewniej Pholcus za obraz wciągnie i będzie święty spokój.