.

.

czwartek, 31 października 2013

Za Tęczowym Mostem.....

"Mój Pies jest Tam
Nie będzie tęsknił, bo wie
Że nastanie czas, gdy sam
Wyjdzie naprzeciw i powita mnie"
(moje, z grudnia 2000 r.)

Nasze Słoneczko....
Co prawda 1 listopada za dwie godziny, ale dziś mnie jakoś natchnęło....
Choć świeczkę zapalam Mu 7 listopada.



Urodził się 4 listopada 1990 roku.
Matka- szorstkowłosa kundelka, z czarcim błyskiem w oku, który zapewne odziedziczyła po terierowatych przodkach, ruda. 
Ojciec- niskopodwoziowy, ON-kowaty kundelek.

Miałam wtedy 11 lat.
Kuzynka koleżanki miała tę suczkę, która niedawno się oszczeniła.
Nie pamiętam ile szczeniąt przyszło na świat.
Wiedziałam tylko, że rodzice zgodzą się tylko na pieska. Suczka nie wchodziła w grę.
Pieski były, a jakże.

Jakieś dwa tygodnie przed planowanym odbiorem szczeniaka, zaniosłam tym ludziom kocyk, żeby leżał przy suczce. Żeby młody mógł zabrać do nas ze sobą zapach rodzinnego gniazda.
Baba wzięła ode mnie kocyk uśmiechając się zgryźliwie. 
Już wtedy wiedziałam, że suka nie ma lekkiego życia, że żywią ją resztkami i jest typową kulą u nogi.
Szczeniaki stanowiły dopust boży. Cudem ich nie zakopano czy nie potopiono.

Nie mogłam doczekać się dnia, w którym Go zabiorę.
Nieoczekiwanie nastąpiło to szybciej. Oczywiście ludzie mieli już dość szczeniaków i usłyszałam od koleżanki, że jak chcę tego psa, to mam go wziąć juz teraz.

Miał tylko 4 tygodnie.

Kiedy przyszłam po pieska, baba wyszła z garażu, w którym suka miała legowisko  wyniosła w kocyku dwa, jak krople wody szczenięta. Bure, z czarnymi, klapniętymi uszkami. 
- Którego- większego czy mniejszego?
- Większego.- powiedziałam i odebrałam małe wystraszone ciałko.

Groszek.

Niosłam go tak otulonego, dodatkowo pod kurtką, bo był początek grudnia.
Byłam tak podekscytowana, że leciałam prawie jak na skrzydłach.

Nie pamiętam kto w końcu wybrał imię, bo wszyscy w tym uczestniczyliśmy. 
Pasowało jak ulał.

Szczeniak był zapchlony strasznie. 
Płakał w nocy. Nie tylko za mamą, ale i z powodu pcheł. Wyłapałyśmy ich paręnaście.

Zajmowałam się nim jak trzeba. Pamiętam, że wstawałam wcześnie rano, przed szkołą. Potem Groszek siedział mi na kolanach kiedy jadłam śniadanie, a kiedy wracałam ze szkoły- moje kapcie leżały u niego w koszyku. Nie gryzł ich. Spał z zanurzonym w nich noskiem.

To był pies z charakterem.
Inteligentny. Szybko się uczył.
Opanował w krótkim czasie wszystkie polecenia do PT (pies towarzyszący). Wszystkie komendy wykonywał szybko i z zadowoleniem. Dodatkowo popisywał się "zdechł pies"- przewracał na bok, oczywiście ładnie prosił łapką, dawał głos...

Uwielbiał norować, aportować, skakać.
Wulkan energii.
Zadziora straszny.

Nie zapomnę kiedy zaatakował rosłego boksera.
Ścierpła mi skóra kiedy to zobaczyłam, bo bałam się, ze skończy się to dla niego źle.
Tyle, że Groszek był szybki.
Ciach boksera za jajka i...był górą!

Niestety....
Prawdopodobnie ta jego buńczuczność go zgubiła...

2 listopada, 2000 roku poszedł na wieczorny spacer z moim Ojcem.
Wrócili późno.
Tato nie powiedział od razu co się stało.
A to chyba zaważyło na wszystkim.

Groszka pogryzł duży, owczarkowaty pies.
Pogryzł....Po prostu złapał w pół.
Z wierzchu nie było prawie nic widać. 
Tylko dwa ślady po zębach i zmierzwiona sierść.

Noc nasz pies spędził właściwie ciągle stojąc. Dyszał.
Nie mogę sobie darować do dziś, że nie zareagowaliśmy od razu.
Fakt, teraz łatwiej o interwencję weterynaryjna nawet w nocy, wtedy jeszcze był z tym kłopot.

Zaraz z rana, Mama z Bratem pojechali z Nim do lecznicy.
Rany okazały się poważne.
Wyczyszczono je, założono dreny. Szwów było sporo.

Po dwóch czy trzech dniach, wraz z Bratem byłam na zmianie opatrunku. Mówiłam, że Groszek ma zimne łapy, że dreny "pyrkają". Albo powietrze z przebitej opłucnej, albo gazy....Zbagatelizowano to, a powodem zimnych łap było to, że "pies na nich nie leży".
Poza tym, czuć było nieładny zapach.

Pojechałam do Wrocławia, bo trwał rok akademicki.
Dzwoniłam we wtorek.
Podobno było z Nim średnio, ale bez paniki.
W środę telefon odebrał Ojciec. Dziwnym głosem twierdził, że wszystko jest dobrze.
Czułam, że kłamie i chciałam rozmawiać z Mamą, Bratem. Obydwojga nie było....

W piątek, w przedpokoju "przywitał mnie" brak groszkowego koszyka.
Ta wielka pustka po małym, wiklinowym koszyku, zionęła jak nieprzebrana studnia.
Zobaczyłam Mamę, zapuchniętą, bladą. Zobaczyłam Brata; nie wyglądał lepiej. 

Groszek nie żył.

Kiedy pojechali z nim na kolejną zmianę opatrunku, zdecydowali szybko Groszka otworzyć, bo nie wyglądał dobrze.
Tym razem, po podaniu "głupiego jasia" szybko opadł z sił.

Po paru minutach poproszono moich rodziców do gabinetu.
Lekarz, jeden z lepszych chirurgów, powiedział, że są małe szanse na wyleczenie.
Martwicy uległa spora część mięśni wkoło rany. A największą powierzchnię uszkodzeń Groszek miał w okolicach mięśni grzbietu odcinka lędźwiowego. 
Ojciec obejrzał Go, Mama nie mogła.
Podobno całe mięśnie były szare....

Rodzice zdecydowali, że Groszek zaśnie.
Na zawsze.

"Nic by z tego nie było"- miał powiedzieć ów lekarz do mojej Mamy, która nie mogła powstrzymać płaczu.

Tego samego dnia, wraz z Bratem, pochowali Groszka na działce Rodziców.
Wiem, że Brat zdążył Go jeszcze pogłaskać, zwiniętego w kartonowym pudełku....

Teraz, bukszpan rosnący na Nim jest już duży.
Nawet Mama mi mówi, że chyba go wykopie i przywiezie do mnie, bo nie wiadomo co z działkami będzie.
A jeśli ktoś natrafi na kości i wyrzuci na śmietnik?

-------------------------
Za Tęczowym Mostem czeka na mnie jeszcze parę Istot, które kochałam.
Jest mój szczur Majka, są chomiki- Tuptusia, Biała i mysz Myszek.
Jest i kot- Asani.
Czasem myślę czy Iwan też? Czy odszedł Tam, czy żyje u kogoś...?
--------------------------------------

Po odejściu Groszka powiedziałam sobie, że już tak mocno psa nie chcę kochać.
To jego odejście tak bolało...
Ale...
Po Groszku, w maju 2011 roku przyniosłam do domu Dudka.
Jest z moimi Rodzicami.

Ze mną są Ruda i Garip.
Kocham je znów mocno.
I jak pomyślę...to aż mnie ściska...

--------------------------------------------

"Śladem Twych łap dojdę tam, gdzie chcę
Ale myślę, ze nie zostawisz mnie
Samej, na tej nowej drodze
I już na horyzoncie zobaczę Twój kształt
Serce mi zabija, serce, którego brak

Ciało zostało na dole, dusza wzleci w mrok
Ku ścieżce, którą szedłeś sam
Obejrzę się za siebie i zobaczę sen
I tak jak Ty- ruszę w dal
Teraz z Tobą- noga w nogę
Z Tobą- moim Psem"

(moje, Ostaszów, 24.07.2001)

Tęczowy Most (z internetu)








15 komentarzy:

  1. Spowodowalas tym wpisem, ze zryczalam sie od samego rana, powrocily wspomnienia o najbolesniejszych dniach zycia, kiedy odchodzily nasze pieski. Kiedy przysiegalismy, ze zadnego juz nigdy, bo to zdrada, ze nie bedziemy w stanie pokochac innego. Bylismy... A on znow kiedys odchodzil, a po nim nastawal kolejny, ktory lizal rany na naszej duszy, az do ich wyleczenia i znow byl dla nas calym swiatem. Czysem sie zastanawiam, skad bralam na to sily, jak to wytrzymywalam.
    Ale one sa nam potrzebne, wlasnie po to, zeby leczyc nam rozerwana na kawalki dusze, uczyc pokory i bycia lepszym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobnie jak Pantera, poryczałam się.

      Usuń
  2. to taki czuły i piękny wpis. odejścia naszych przyjaciół bolą bardzo. gdy tymi przyjaciółmi są istotki czworonożne boli jeszcze bardziej bo przecież są takie bezbronne i dają nam za życia więcej niż nie jeden człowiek, Ja mam też już po tamtej stronie tęczy psa Rumcajsa i kota Bambo. Wierzę, że spotkamy się w przyszłym życiu i będziemy hasać razem po łąkach, one będą lizać mnie po dłoniach i znów będą rozpychać się w pościeli.

    OdpowiedzUsuń
  3. tak, zwierzęta można kochać jak ludzi...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja też spłakałam się, bo moja ukochana sunia odeszła cztery lata temu właśnie 31 października. To był nasz pierwszy wspólny pies. Pierwszy i najukochańszy dla moich dzieci. Była z nami 16 lat. Miała 5 tygodni, gdy ją wzięliśmy. My ją, a sąsiadka jej brata. Za tęczowym mostem mam już trochę przyjaciół, którzy czekają...Pacjan Barceloński

    OdpowiedzUsuń
  5. I mi trochę mokro. Wiele piesków i kotków już za TM. Pamiętam wszystkiego od samego dzieciństwa. Mój Mopcio, miał podobną przygodę jak Twój Groszek. Też został pogryziony na Mazurach przez miejscowego psa. Dwa dni spał na stojąco, cały brzuszek siny, na dodatek miał jakis uraz psychiczny, nie reagował na wołanie i tylko jęczał. Na szczęście rany się zagoiły i wrócił do normy, ale już nigdy i nigdzie nie chodzi bez smyczy. Ja też mam uraz i pilnuję go jak oczka w głowie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Gdzie teraz biegasz?
    Z kim spacerujesz?
    Mój Psie.
    Przyjacielu.

    Ja bez ciebie
    przestałam.

    Przyszedłeś ty do mnie
    na tej Ziemi.
    Teraz moja kolej
    spotkać się z tobą
    gdziekolwiek jesteś.
    Obiecuję odszukać
    twoje przestrzenie.
    Jeszcze nie raz
    powędrujemy.

    Niech no cię tylko znajdę!

    (Mar Canela)

    http://mar-canela.blogspot.com.es/2012/12/odswietne-odejscie.html


    Tupajko, wzruszające i poruszające.
    I te Twoje wiersze...

    Mój odszedł parę lat temu w noc wigilijną.
    Od tamtej pory święta już nigdy nie są takie,
    jakie bywały wcześniej...

    Na trzy miesiące przed odejściem znalazł mi porzucone
    w kartonie 4 maleńkie kotki. Na pocieszenie.
    Mam je do dziś.

    Psa jeszcze wciąż nie mam. Jeszcze wciąż nie jestem gotowa.
    Przez 8 lat stale leżał przy moich nogach.
    Jeździł ze mną właściwie prawie wszędzie, bo uwielbiał samochód,
    jakby to był jego drugi dom.
    Przeszliśmy razem setki kilometrów.
    Czułam się tak, jakbym straciła dziecko.

    Wiem, że jeszcze będę miała psa, ale jeszcze nie wiem kiedy.
    Ale on wie, bo to on mnie znajdzie...

    OdpowiedzUsuń
  7. ... na mnie też za Mostem czekają zwierzaczki...
    oj smutno mi się zrobiło na duszy

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję wszystkim za miłe komentarze!
    Do połowy miesiąca niestety jestem odcięta od netu....
    pozdrówki dla wszystkich!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ech... to tak boli, nawet po latach...
    To nasi prwdziwi przyjaciele, towarzysze życia.
    teraz sprzedaję dom i powiedziałam Nabywcom, że Punto leży pod krzewuszką... zrozumieli...

    OdpowiedzUsuń
  10. Szczerze się wzruszyłam. Pięknie i ciepło opowiedziana historia.

    OdpowiedzUsuń