.

.

środa, 24 maja 2017

Kto kim zarządza czyli o tupajowym ogrodzie

Nie jestem dobrą ogrodniczką. 
Czy w ogóle nią jestem?
Czy ogrodem jest spłachetek gruntu przy domu? 
Czy większy areał? 
Nawet nie jestem pewna czy jestem tu gospodynią....

Moje zasiewy są mieszanką wybuchową.
Tak jak ja.
Pomieszaniem chęci posiadania z podjadaniem, leczeniem i dzieleniem się. 
Głównie z innymi stworami, bo areał działeczki nie pozwala na rozpasanie się z uprawą. 

Samo sianie jest czasem kompulsywne.
Czasu pilnuję raczej; gorzej z kalendarzem księżycowym, którego stosowanie wydaje mi się jak najbardziej pożądane . 
Niestety w  moim przypadku często sieję, bo mogę. 
Akurat w tym momencie, bo mam czas.

Ta wiosna, przez chłodny początek pozamiatała moje zasiewy.
Zbyt wcześnie wystartowałam z pietruszką, marchewką i buraczkami. 
Nie wzeszły, a nawet gdyby jednak mogły- to...nie mogły, bo kociszcza sobie wyrobiły na to zdanie. W postaci ścieżki na skróty.

Dosiałam.
W ich miejsce posiałam coś nowego. (co???.....).
Okazało się, że jednak im się zechciało wzejść. 
I mam mozaiki. To tu, to tam - to buraczek, to marchewka.
Do tego zasiewy rzadko w liniach prostych.... 

Jakże wkurzająca już wszystkich- moim zdaniem niezrozumiale (bo i tak ja się z tym pałuję)- wszędobylskim wciskaniem ziółek i ostańcami "chwastów". 
I tak mam grządki przegrodzone zbiorowiskiem jasnoty plamistej z chamskimi wrostami pokrzywy. Nie muszę chyba pisać, że i jedno, i drugie dobrze robi. 
Na dodatek jasnota - pszczołowatym, a pokrzywa- wielu gatunkom motyli.

Pomiędzy- powysiewało się masę nagietków.
Na co mi tyle?
A- nasuszę sobie, włożę w olej, a przykryta żyjącymi roślinami gleba mniej wysycha i nie degraduje się. 

Czasem zostawiam coś, bo nie wiem co to jest. 
Jak miło jest patrzeć jak siewka rośnie, powstaje z niej mała roślinka, która potem zaczyna przybierać dobrze już niestety znany kształt i dojrzewam błyskawicznie do decyzji o eksterminacji. 
A czasem - całkiem przeciwnie. 
Tak było z poziewnikiem, który odkryłam u siebie. 
I teraz mam. 
Dobry lek  na górne drogi oddechowe, z koloidalną krzemionką, także dla "naczynkowców" i tych z problemami krwawień w różnych częściach ciała- także tych peryferyjnych ;) 
Generalnie kolejne zioło w ogrodzie. 
Tylko suszyć trzeba bez dostępu światła.

Zawsze zaskakuje mnie zmienność w moim zapleczu Tupajowiska.
Dlatego nie czuje się tu jedyną gospodynią.
Rośliny rotują. 
I to nie przez moja nadmierną działalność. 
Raczej oszczędnie działam. 
Czasem to widać...co też bywa krytykowane. 
Wymieniają się. 

Na razie nie wiem czy będę miała poziewnik. 
Czy za to nie dostanę lebiodki pospolitej, której małą kępkę przesadziłam i ta odwdzięczyła się dużym krzaczorem. 
Będzie surowiec na herbatę ale i piękna roślina karmowa dla owadów. 
Żerują motyle i błonkówki, a także chrząszcze. A jak pachnie! 

Nie samotworzę, nie jestem ewidentną zarządzającą.
Na ścieżce oznaczyłam kamieniem gniazdo trzmieli ziemnych. Też tu gospodarzą.
Na grządce przeoranej przez koparkę w roku z awarią, pozostało trochę nierozdrobnionej gliny. Bryłki dzielnie się trzymają. I cóż? Ano- dzikie pszczołowate często pod nimi maja swoje norki z młodymi. Że nie wspomnę o sporych ilościach pająków z rodziny pogońcowatych.

Gdzie się nie ruszę- tam coś. 
Życie.
To czasem upierdliwe, ale nie bardzo.
"Utrudniasz sobie". 
Być może.
Póki co więcej z tego radości niż męki.

Wczoraj walczyłam z trawą, bo wkoło- a to trędownik, a to kurdybanek, a to kozłek. 
Muszę obkosić, żeby mi pomocnicy nie skosili....

Po prostu- lubię sobie czasem skomplikować to i owo...;)

Mokra, chłodna wiosna i kąt z winoroślą odżył. Żądzą "stokroty" czyli margerytki, ziele świętojańskie vel dziurawiec...i różne takie z przetacznikiem polnym do kupy razem

Chrzan

Margerita z kwietnikiem

Kuklik  zwyczajny (też zioło) w melisie (o której gadać nie trzeba nawet)

Jeśli rośliny wędrują za ludźmi by im pomagać w chorobie to co o mnie można pomyśleć?
Wzdęcia i nerwy? Hre, hre :)

Żywokost lekarski mój

Trędownik zwyczajny - mój od Doroty P. 

Dmuchawce mniszka. Moje. I ptaków. Tak wiele ich pożera jego nasiona.
Warto zostawiać!

Typowa ruderia- pokrzywy i glistnik jaskółcze ziele w tyle.
Ostatnio moja ulubiona roślina.












niedziela, 14 maja 2017

Porosie

Idziesz, a las już nie śpi.
Zostawiasz za sobą wiochę, z przygotowaniami do mszy, do komunii dziecków.
Zostawiasz w domu żółtego gila, bo woli z niegilem latać z pistoletami na wodę.
Rude z lekko już pomiętą sierścią, wierne ciało idzie posapując, obok.
Wspinamy się lekko pod górkę.
Wiemy po co tu przyszłyśmy.
Każda z nas ma swój plan i swoje do zrobienia.

Ona poczuje całą przeszłość nocy i poranka.
Mnie pozostaną tylko powidoki.
Zryte marginesy ścieżki, poprzewracane, chronione przez nas- ludzi, miodowniki.
Czarny zwierz gdzieś tam sobie siedzi.
Zapachu nie czuć. Ale ślady zostały.

Zrywam trędownik, repeta z jeszcze kwitnącego gajowca i dąbrówki. Tym razem wszystko do suszenia. Czeremcha już przekwita, ale udało się troszkę zebrać.
Będzie syropo- sok. Zobaczymy jak się sprawdzi.

Łapię słońce, energię od lipy, potem buka.
Ładujemy się wzajemnie.
Starczy na trochę.
Oczywiście, że tak.

Waldermeister czyli marzanka wonna

Miodownik melisowaty dopiero zaczyna

Trędownik bulwiasty

Ruda czosnaczkowa

Kokoryczka

Buku

Żywiec cebulkowy, częściowo żyworodna roślina naszej flory

Czmielu umęczon








niedziela, 30 kwietnia 2017

Gajowce, dąbrówki i nowe życie

Choć chłodny powiew nadal trzyma, pączki pomału puszczają. 
Da się podjeść lipę (jak sałata), grab (lekko kwaskowaty), pokrzywić się przy jesionie.
Z Absorberami poszłam na gajowca, bo nie dość, że dla kobiecych spraw to i ogólnie na schorzenia z autoagresją- w tym gościec i problemy ze stawami. 
Ogólnie- bardzo pomocne zioło, a ponieważ szybko przemija, musiałam się śpieszyć. 


Wczesna wiosna to także czas dąbrówek.
Bardzo ładna i solidna roślinka. Aseptyczna, pomocna w leczeniu schorzeń skórnych, wzmacniająca włosy, a także wspierająca układ oddechowy, moczowy, pokarmowy. Nie wiem czy jest coś, na co nie pomaga ;)



Prócz świeżych listków, podżerałam z Absorberem czosnaczka


A w zasięgu wzroku kwitną groszki i miodunki



Jak na Hausfraua przystało, po powrocie obiadek, a zaraz potem przetwórstwo. 
Część do suszenia, część - intrakt (gorący wyciąg alkoholowy). 
Zioła mogłabym oglądać, zbierać, przetwarzać godzinami...Satysfakcja gwarantowana.

Do roślin, które dołączyły tego sezonu do fitocenozy Tupajowiska to czosnaczek właśnie. 
Na razie jeden, ale może mu się spodoba.

Wiosna nie rozpieszcza, ale nowe życie nie ogląda się na to i Coli i Titolong doczekali się potomka (lub potomkini). Po pewnych wahaniach moich co robić (były podłożone jajka kurek towarówek)- czy kurczaka do domu, czy z Coli- czy osobno, wybrała natura. 
Kwoczka zlazła z jajek, zajęła się Popiołkiem. Jajka niestety przemarzły. 




Do stada dziefczynek dołączyły 4 remontowe kureczki. 
Miały być czarne i białe. 
Z czarnych zostały tylko ogonki; są czerwone niestety.
Zmieniłam dostawcę kur i sama pofatygowałam się po nie. 
Niestety nie były to miłe wrażenia. 
Przeważa przedmiotowy stosunek, ładowanie w wory i komentowanie, kiedy łeb urżną, bo spadnie nieśność.

4 dziewczynom się udało....
Jak wszystkie- mają u mnie dom do naturalnej śmierci.



niedziela, 23 kwietnia 2017

Ależ gorąc!

I cóż, że koniec kwietnia
Pogoda wciąż letnia
A nawet jeszcze
Tak zimno- że dreszcze

Tak, tak.
Dawno już nas tak zima nie rozpieszczała.
Ciepło. Plus 5 w porywach do 10! I ten deszcz- strasznie przelotny.
Dziś nawet raz zagrzmiało.

Mimo to fotosynteza na całego.
Zwłaszcza jednoliściennych.
Co mam skosić- to leje.

Zimno. 
Pszczół nie widać, a jak są to ledwo żywe. 
Trochę trzmieli, bo mają kożuszki swoje.
Czytałam, że w jeleniogórskiem i pod Legnicą (tak,tak! tam gdzie znajduje się broń magnetyczna) wymarło sporo rodzin pszczelich. Prawdopodobnie zatruły się.
Pszczelarze nie mają co liczyć na pomoc państwa. 
Bo co to takie tam pszczoły. 
Robale jakieś uskrzydlone, co to żądlą, a jedyny z nich pożytek to miód. 

Owoce po prostu się rodzą (zapewne z boską pomocą), nasiona powstają, bo tak zawsze było i już.
Na ten przykład jak już te pszczoły wymrą- można- wzorem Chińczyków czy też innych tam, u których się to już dzieje- zapylać miotełkami z piór. 
I z bani!
A naukowcy?
Jakiż to problem wyprodukować zmodyfikowane organizmy, które naturalnych zapylaczy nie potrzebują? Kiedyś już czytałam o bio-mechanicznych owadach, które mogłyby to robić....

Nota bene...
Magazyn, który jak dla mnie bardzo upadł i jedynie fotki go trzymają w formie- National Geographic donosi, że: "bez żywności modyfikowanej genetycznie musielibyśmy zrezygnować z pomarańczy i pogodzić się z obecnością ptasiej grypy i rosnącego niedożywienia."
Pewnie nie wiedzieliście, co?
Bananowe szczepionki do tego.
Cud, mniód, malyna!

Kto ciekaw co tam jeszcze wymodzili- przeczyta tutaj

W ramach lekko wkurwiającej prasówki- objawienie szyszkownika. Kolejny mu podwładny dusz(/p)ą i ciałem. Twierdzi, że drzewa "są przekonane, że mają służyć człowiekowi". Wypisz wymaluj- czyńcie sobie ziemię poddaną! 
Do ostatniej trociny!
(nie wiem czy chcecie- ale macie : tu ).

Co by całkiem się nie wpieniać i wdrażać mądrości wschodnie z nieodkładaniem w sobie niechęci, tudzież krwiożerczych chęci wybatożenia tudzież nadziania na pal lub wyciągnięcia kiszki i ganiania delikwenta wkoło słupka, do którego kiszkę przybito, prezentuję te oto widoczki :)

Choć do bratków blisko- kiedy leje na łeb i wali gradem, by za moment słonko ci w mózg niemal zajrzało

U rybków spokojnie, choć znów glonojada nie widzę.
Chyba labeo źle na nie działa....

Kot jagodowy zasł nad krzyżówką

Kot Nadziei 


Pokrzywa, krwawnik, jasnota - najlepsza z fetą, szczypiorem i rzodkiewkami

Propozycja podania :D

 Z przygód książkowych- dla mnie nowość, a to już kolejne wydanie. Okazja, używana. Od Geralda i żonki;



A w międzyczasie przygarnęłam parę, bo biblioteka nasza nie chciała....


Wszystko fajnie, ale najfajniejsze na koniec.
"Nadka ciesząca się z uratowania ptaszka" :


sobota, 15 kwietnia 2017

Dobrych Świąt!

Niech Wam w te Święta wesoło się siedzi
Wśród bliskich Wam krewnych, ciast, bab oraz śledzi
Nie za dużo mięsa, jaja- tylko wolne
Po lekkim obżarstwie- rusz na ścieżki polne!
;)

Wszystkiego dobrego od Tupai i Absorberów

Tylko naturalne barwniki :)




wtorek, 28 marca 2017

"Dzień Doceniania Chwastów"

Tak, dziś taki dzień.
Tupaja i  "chwasty "

Prawdę mówiąc nigdy nie rozumiałam- a właściwie nie byłam w stanie zaakceptować, że są rośliny/zwierzęta pożyteczne i niepożyteczne. Chwasty. Szkodniki.
Może dlatego, że zawsze patrzyłam na roślinę jako element siedliska.
Tak, oczywiście walczę z perzem.
Z gwiazdnicą wchodzącą na grządki też.
Tylko,że mając wiedzę jaką mam, wiem że dana roślina spełnić może dodatkową rolę. Choćby zioła.
Albo przyprawy, tudzież- w ograniczonej populacji stać się pożywieniem dla owadów, które mając wybór, skosztują jej także- nie tylko czegoś z grządki.

Czym są chwasty?
To niepożądane z gospodarczego punktu widzenia -czyli człowieka gatunki, które złośliwie i przeciwko niemu występują w uprawach.
To najczęściej rośliny silne, o szerokiej specjalizacji, niewybredne co do wymagań glebowych, wodnych czy świetlnych.
Większość ma cechy roślin pionierskich- czyli zasiedlających jako pierwsze daną powierzchnię. Muszą być odporne, silne, zdeterminowane.
I takimi są.

Na dodatek cholernie płodne.
I szybko dostosowujące się do technik agrotechnicznych.
Przykład?
Mniszek lekarski - jak go niektórzy błędnie zwą- mlecz, dmuchawiec potem taki.
W trawniku- o ile jakiś debil go roundapem nie zleje- daje radę.
Często koszony- odrasta. Ma po prostu krótsze łodyżki.
Rośliny te także uodparniają się na pestycydy.

W zależności od tego, gdzie żyją, wyróżniamy chwasty segetalne- które współwystępują z roślinami na polach uprawnych - np. maki, chabry (z poligonu), kąkole; chwasty łąkowe- w runi pastwisk i łąk- takie, które w paszy są nieprzydatne lub szkodliwe - np. szczaw kędzierzawy, śmiałek darniowy (sztandarowy przypadek) oraz chwasty leśne - robinia, czeremcha amerykańska (obydwa gatunki są na dodatek neofitami, a czeremcha bardzo inwazyjna na dodatek), a także chwasty ruderalne.
Tych ostatnich nie wiem czemu się niektórzy czepiają.
Skoro rudera- to co im do roślin, które tam bytują? Ale nie- chodzi o tereny zurbanizowane- pobocza, śmietniska, nasypy kolejowe (ciekawe zestawienie chwastów, oj ciekawe!) czy tereny zwane wydepczyskami.
Na tych ostatnich króluje rdest ptasi, babka szerokolistna, a tworzone przez nie formy muraw dywanowych nazywa się spodzichami.
(Ty spodzicho!)

Temat chwastów nie jest nudny.
To nie tekst na jeden post, bo zagadnień jest masa.
Choćby temat towarzyskości roślin. 
Rośliny tworzą krótkotrwałe (gatunki jednoroczne), ale powtarzające się układy. 
Oczywiście skład gatunkowy determinowany jest przez warunki wodne, glebowe, a także klimatyczne. Ważny jest jednak rodzaj uprawy.
W Polsce występuje około 30 ugrupowań.

Na podstawie składu gatunkowego chwastów łatwo nam określić warunki glebowe i wodne. 
Czyli pojawia się znany termin- bioindykator.
Dzięki temu nawet w okresie suszy, można w okresie wegetacyjnym stwierdzić czy teren jest podmokły lub przynajmniej częściowo uwilgotniony bardziej niż byśmy sobie tego życzyli.

Nie muszę chyba 
pisać o wzniosłej roli chwastów (?) jako ziół.
Tak właśnie jest. Większość, jeśli nie wszystkie, mają właściwości lecznicze.

O tym, co mam u siebie pisałam już:

Cóż można uczynić, żeby nie zubażać naszych siedlisk?
Ano- gdzie takiej wielkiej konieczności nie ma, nie wyzbywać się gatunków niepożądanych. 
Sama świadomość, że są cenne, bo leczą, bo dają pokarm owadom, bo nasionami żywią się ptaki- niestety niektórym nie wystarcza. 
Nie wiem co z takimi począć.
Może...jak w "Psach 2"? Wyrwać...? ;)


PeeS
Już kiedyś pisałam o chwastach. Kto chce- niech zerknie tu


poniedziałek, 27 marca 2017

O zabijaniu

- Czy ty wiesz, że twój dzieciak zabił dziś kowala*?!
Powiedziała Absorberka do matki chłopaka ze swojej grupy przedszkolnej, kiedy przebierałyśmy się w szatni.
Kobieta spojrzała na mnie bezmyślnie, a już myślałam, że będzie jakaś słowna zwara. 
Miałam parę ripost w zanadrzu, jednak ów matka nie sprawiała zainteresowania czymkolwiek. 
Może gdyby ktoś rozdeptał jej dziecko, zareagowałaby może. 
A może nie. 
Z resztą, Absorberka i ja również nie zareagowałybyśmy, bo dziecko to, męskiej płci, jest agresorem i niejednokrotnie dał się Młodej we znaki. Z resztą nie tylko jej. 
Absorberka walczy jak może. 
Ma moje błogosławieństwo na nienadstawianie drugiego policzka.

Absorbery nie zadeptują owadów jak większość dzieci i dorosłych.
Jak widać Młoda zaczyna też uprawiać eko- moralizatorstwo.
I dobrze.
Kiedyś już napominała leśnika, myśliwego więc...będzie się działo...

Weekend minął na buszowaniu w terenie w poszukiwaniu wiosny.
Doznaliśmy szczęścia błogiego w towarzystwie przylaszczek, anemonów i nieśmiałych kokoryczek w Myśliborzu, a sobota upłynęła pod znakiem Grodźca. (kto ciekaw zamku- niechaj czyta tutaj.

Zmiana czasu jak zwykle mnie wqrwia.
Nie wiem na co to komu.
Za to wezmę się dziś i zrobię Mapę Marzeń, wszak dziś Nów w Baranie.
Warto pomyśleć o sobie, o tym, na czym nam zależy, a co chcielibyśmy olać.
I nie dręczyć mózgu tylko skupić się na energii wypełniającej nasze ciało.

Dzień dziś ładny, wiosennie ciepły, ale jak to w życiu- musi być i miód, i kupa.
Jadąc do Jawora mijałam traktor z przyczepą, w której były trzy świnie. Jechały zapewne w ostatnią podróż. Jakoś tak podwójnie smutno mi się zrobiło, a na dodatek spotkałam je znów w mieście, bo traktor dopiero się tam doturlał, kiedy to ja już wracałam...
Kiedy piszę te słowa już na pewno nie żyją.
Ile czuły strachu, ile cierpiały- wiedzą tylko one.
Marzę o utopii, kurwa, naprawdę marzę.








*- chodzi o pluskwiaka- kowala bezskrzydłęgo


środa, 22 marca 2017

Po co mi ber -skorzonera?


Człowiek uczy się całe życie.
Tym bardziej Tupaja.
Mam to szczęście zastępować koleżankę w naszej bibliotece więc możecie sobie wyobrazić....
Chodzę jak nakręcona i co chwila coś wyciągam i podczytuję.
Najczęściej książki, które są w ksiegozbiorze podręcznym.
Ostatnio wpadł mi w łapki atlas roślin uprawnych; jeszcze z czasów wielkiej przyjaźni państw socjalistycznych, a wydany na rok przed tupajowymi narodzinami. 

Jako technik hodowca i absolwentka Wydziału Rolniczego na AR, mam wiedzę odnośnie roślin uprawnych, ale powiem- parę mnie zaskoczyło. Ba...nawet nie wiedziałam, że coś takiego rośnie i że się to je czy cóś z tego wyrabia.

Choćby taki ber.
Żaden tam teddy- tylko włośnica ber.
Inaczej czumiza czy proso włoskie.
Roślina z rodziny traw, uprawiana na terenach Półwyspu Koreańskiego i Japonii. 
A wygląda tak:

z Wikipedii


Lnianka- lnicznik siewny to roślina z rodziny kapustnych.
Niegdyś uprawiana jako roślina oleista. Dziś powraca się do niej i oleum wykorzystuje w fitoterapii - zawiera do 45% kwasów omega -3. Świetny wymiatacz wolnych rodników. Niegdyś pospolicie tłoczony z niego olej zwany rydzowym -stąd powiedzenie : "lepszy rydz niż nic"- bo jego wartość znano już kawał czasu temu. Nadaje się na słabsze gleby więc jest alternatywą dla rzepaku.

Wikipedia

Endywia
należy do rodziny astrowatych, a dzięki przeznaczeniu kulinarnemu wstrzeliła się w grono warzyw.
Liście odziomkowe spożywa się jako sałata.
Nie jadłam- nie powiem czy smaczna, ale jak ma trochę garbników- to pewnie tak- osobiście lubię goryczki.

Wikipedia

Cykoria sałatowa z kolei - czerwona cykoria także znajduje zastosowanie w kuchni.
Wytwarza mięsisty, palowy korzeń i rozetę liściową z odziomków. Niegdyś zaliczana jako odmiana znanej cykorii podróżnik, obecnie zaliczana do tego gatunku.

Wikipedia


W końcu jeszcze skorzonera. Z nerą nie ma nic wspólnego.
Za to używana dawniej jako antidotum na jad żmii.
Zwana jest też wężymordem czarnym korzeniem (prawie jak jakiś bohater Sapkowskiego). Korzenie w  smaku podobno przypominają szparagi, ale są mniej subtelne w wyrazie. Ponadto korzenie zawierają sporo witamin i zwiazków mineralnych.

Wikipedia

Internet

A Absorberostwo popisało się lepieniem z masy solnej. Już jakiś czas temu, ale dopiero teraz sobie przypomniałam, bo - a jakże!jak się cieplej zrobiło to wylazł taki jeden.
Pomrów.
Pomrowy absorberowe wyglądają co by nie mówić- trochę złowieszczo...



Same pomrowy wywołują we mnie uczucia jednoznaczne. Proste i krwiożercze.
Pisałam już o nich tu i tu , a nawet tu.
Jak mi już nerw się wyczerpał czy już ręce po prostu opadły to nawet z nich żartowałam - tak właśnie!
Cóż. Wiosna się zaczęła, niebawem ruszy wegetacja, ruszą ślimole...A wraz z nimi my- obrońcy chlorofilowej braci.





piątek, 10 marca 2017

Tęskniliście, prawda? ;)

No, może troszkę i niektórzy.
Życie pozablogowe (nie mylić z pozagrobowym), jest absorbujące, a mnie ostatnio nie było jakoś po drodze pisać o dyrdymałach. Nie to, że mi się  całkiem półkule rozjechały i nie mam pomysłu, nie mam nic do powiedzenia. Tylko- tak jakoś.
Wiem, że odzwyczajam Was od zaglądania. Bo co kto zajrzy- to tu ten sam, nienowy post. Cóż. Póki co tak będzie. Jak z życiem. Pozwalajmy mu się toczyć spokojnie i iść z prądem, a przyniesie co trzeba.
Ten czas, w którym mnie nie było to nie tak, że wpadłam w anabiozę, choć oczywiście jestem nią zagrożona, bo nie jem mięsa :)
Robiłam swoje. I nie swoje też.
W międzyczasie Siniak odmówił współpracy i pocisnęło mi się na myśl wspomnienie o moim ukochanym, oddanym do lasu Foxiuniu. A czemu? A temu, że i siniak zaniemógł z zapłonem. Mechanik mój wsiowy (jeden z paru) stwierdził, że może już mnie auto nie lubi; przy nim zapala, przy mnie- nie. Chyba go nie kręcę (Siniaka, o mechaniku nic nie wiem). Fakt jest faktem, że auto stało się jak prawdziwa kobieta z jajami- czyli- nieprzewidywalne.
W przypadku wozityłka, woziAbsorberostwa, wozipsowozu, wozikuro- i perliczkowozu, zakupowozu i cotamjeszcze, to cecha do całkowitej negacji. Taka cecha, która jest jak Szyszko- do likwidacji.
Jedyną różnicą między Siniakiem, a Szyszko jest to- że Siniaka prawdopodobnie da się naprawić.

Został oddany do diagnostyki wyższego poziomu- komputerek mu sprawdzą. Ciekawe czy coś pokaże. Jak nie - sama nie wiem....

Teraz nie jeździmy, bo zaraza wirusowa pochłonęła mnie i Absorbery. Oczywiście są Osoby, które mają teorie konkretne na moje i ich zachorowanie, ale...trudno. 
Jest już lepiej i na pociechę dodam, że to ja najgorzej to przeszłam. Ale- już jestem na powierzchni. 
Przy okazji poznałam  moce mieszanek ziołowych na przeziębienia i już nigdy nie łyknę aspiryny ;)

Weekend spędziłam w fajnych  okolicach - na Pogórzu Izerskim. Nawiedziłam Izerię z jej ludzkimi i zwierzęcymi mieszkańcami, potem szybka wizyta u Agniechy
Można rzec- całe 2 dni pod znakiem koników polskich i rogacizny.

Z Inkwi i Agniechą jest tak- widziałyśmy się do tego razu tylko raz w życiu.
Mimo to- jedzie się i cieszy się człowiek, że się widzi, gada się i żałuje, że już czas nach Hause.
To te blogowe znajomości, które się przekuwają na rzeczywistość.

Z Inkwi wśród Przyjaciół


Pan z okienka ;)

U Agniechy

Tam, gdzie góry i konie- piknie jest :)

Tupaja i Nadzieja 

U Pii ze źróbkiem

Rozbroili mnie tym papierem :)

Cap u Pii 

A to już w drodze na Smrk

Dla takich widoków i takiego sapania- warto żyć!
No właśnie, nocleg i jedzonko- u Pii i Niko. W agro w Przecznicy, tuż obok Ruderii Kyi.
Agroturystyka Konik Polski (klik ) to świetne miejsce dla tych, którzy cenią sobie spokój, zwierzaki blisko (koniki polskie, kozy) i przede wszystkim ciepłych i sympatycznych gospodarzy- Pię i Niko.
Bardzo było u Nich miło! A te zupy Niko- Super! :)

Czas mija nieubłaganie i mus wrócić na ziemię.
A tu, przy okazji sortowania nagród na konkurs recytatorski- taki kfiatek: