.

.

niedziela, 23 kwietnia 2017

Ależ gorąc!

I cóż, że koniec kwietnia
Pogoda wciąż letnia
A nawet jeszcze
Tak zimno- że dreszcze

Tak, tak.
Dawno już nas tak zima nie rozpieszczała.
Ciepło. Plus 5 w porywach do 10! I ten deszcz- strasznie przelotny.
Dziś nawet raz zagrzmiało.

Mimo to fotosynteza na całego.
Zwłaszcza jednoliściennych.
Co mam skosić- to leje.

Zimno. 
Pszczół nie widać, a jak są to ledwo żywe. 
Trochę trzmieli, bo mają kożuszki swoje.
Czytałam, że w jeleniogórskiem i pod Legnicą (tak,tak! tam gdzie znajduje się broń magnetyczna) wymarło sporo rodzin pszczelich. Prawdopodobnie zatruły się.
Pszczelarze nie mają co liczyć na pomoc państwa. 
Bo co to takie tam pszczoły. 
Robale jakieś uskrzydlone, co to żądlą, a jedyny z nich pożytek to miód. 

Owoce po prostu się rodzą (zapewne z boską pomocą), nasiona powstają, bo tak zawsze było i już.
Na ten przykład jak już te pszczoły wymrą- można- wzorem Chińczyków czy też innych tam, u których się to już dzieje- zapylać miotełkami z piór. 
I z bani!
A naukowcy?
Jakiż to problem wyprodukować zmodyfikowane organizmy, które naturalnych zapylaczy nie potrzebują? Kiedyś już czytałam o bio-mechanicznych owadach, które mogłyby to robić....

Nota bene...
Magazyn, który jak dla mnie bardzo upadł i jedynie fotki go trzymają w formie- National Geographic donosi, że: "bez żywności modyfikowanej genetycznie musielibyśmy zrezygnować z pomarańczy i pogodzić się z obecnością ptasiej grypy i rosnącego niedożywienia."
Pewnie nie wiedzieliście, co?
Bananowe szczepionki do tego.
Cud, mniód, malyna!

Kto ciekaw co tam jeszcze wymodzili- przeczyta tutaj

W ramach lekko wkurwiającej prasówki- objawienie szyszkownika. Kolejny mu podwładny dusz(/p)ą i ciałem. Twierdzi, że drzewa "są przekonane, że mają służyć człowiekowi". Wypisz wymaluj- czyńcie sobie ziemię poddaną! 
Do ostatniej trociny!
(nie wiem czy chcecie- ale macie : tu ).

Co by całkiem się nie wpieniać i wdrażać mądrości wschodnie z nieodkładaniem w sobie niechęci, tudzież krwiożerczych chęci wybatożenia tudzież nadziania na pal lub wyciągnięcia kiszki i ganiania delikwenta wkoło słupka, do którego kiszkę przybito, prezentuję te oto widoczki :)

Choć do bratków blisko- kiedy leje na łeb i wali gradem, by za moment słonko ci w mózg niemal zajrzało

U rybków spokojnie, choć znów glonojada nie widzę.
Chyba labeo źle na nie działa....

Kot jagodowy zasł nad krzyżówką

Kot Nadziei 


Pokrzywa, krwawnik, jasnota - najlepsza z fetą, szczypiorem i rzodkiewkami

Propozycja podania :D

 Z przygód książkowych- dla mnie nowość, a to już kolejne wydanie. Okazja, używana. Od Geralda i żonki;



A w międzyczasie przygarnęłam parę, bo biblioteka nasza nie chciała....


Wszystko fajnie, ale najfajniejsze na koniec.
"Nadka ciesząca się z uratowania ptaszka" :


sobota, 15 kwietnia 2017

Dobrych Świąt!

Niech Wam w te Święta wesoło się siedzi
Wśród bliskich Wam krewnych, ciast, bab oraz śledzi
Nie za dużo mięsa, jaja- tylko wolne
Po lekkim obżarstwie- rusz na ścieżki polne!
;)

Wszystkiego dobrego od Tupai i Absorberów

Tylko naturalne barwniki :)




wtorek, 28 marca 2017

"Dzień Doceniania Chwastów"

Tak, dziś taki dzień.
Tupaja i  "chwasty "

Prawdę mówiąc nigdy nie rozumiałam- a właściwie nie byłam w stanie zaakceptować, że są rośliny/zwierzęta pożyteczne i niepożyteczne. Chwasty. Szkodniki.
Może dlatego, że zawsze patrzyłam na roślinę jako element siedliska.
Tak, oczywiście walczę z perzem.
Z gwiazdnicą wchodzącą na grządki też.
Tylko,że mając wiedzę jaką mam, wiem że dana roślina spełnić może dodatkową rolę. Choćby zioła.
Albo przyprawy, tudzież- w ograniczonej populacji stać się pożywieniem dla owadów, które mając wybór, skosztują jej także- nie tylko czegoś z grządki.

Czym są chwasty?
To niepożądane z gospodarczego punktu widzenia -czyli człowieka gatunki, które złośliwie i przeciwko niemu występują w uprawach.
To najczęściej rośliny silne, o szerokiej specjalizacji, niewybredne co do wymagań glebowych, wodnych czy świetlnych.
Większość ma cechy roślin pionierskich- czyli zasiedlających jako pierwsze daną powierzchnię. Muszą być odporne, silne, zdeterminowane.
I takimi są.

Na dodatek cholernie płodne.
I szybko dostosowujące się do technik agrotechnicznych.
Przykład?
Mniszek lekarski - jak go niektórzy błędnie zwą- mlecz, dmuchawiec potem taki.
W trawniku- o ile jakiś debil go roundapem nie zleje- daje radę.
Często koszony- odrasta. Ma po prostu krótsze łodyżki.
Rośliny te także uodparniają się na pestycydy.

W zależności od tego, gdzie żyją, wyróżniamy chwasty segetalne- które współwystępują z roślinami na polach uprawnych - np. maki, chabry (z poligonu), kąkole; chwasty łąkowe- w runi pastwisk i łąk- takie, które w paszy są nieprzydatne lub szkodliwe - np. szczaw kędzierzawy, śmiałek darniowy (sztandarowy przypadek) oraz chwasty leśne - robinia, czeremcha amerykańska (obydwa gatunki są na dodatek neofitami, a czeremcha bardzo inwazyjna na dodatek), a także chwasty ruderalne.
Tych ostatnich nie wiem czemu się niektórzy czepiają.
Skoro rudera- to co im do roślin, które tam bytują? Ale nie- chodzi o tereny zurbanizowane- pobocza, śmietniska, nasypy kolejowe (ciekawe zestawienie chwastów, oj ciekawe!) czy tereny zwane wydepczyskami.
Na tych ostatnich króluje rdest ptasi, babka szerokolistna, a tworzone przez nie formy muraw dywanowych nazywa się spodzichami.
(Ty spodzicho!)

Temat chwastów nie jest nudny.
To nie tekst na jeden post, bo zagadnień jest masa.
Choćby temat towarzyskości roślin. 
Rośliny tworzą krótkotrwałe (gatunki jednoroczne), ale powtarzające się układy. 
Oczywiście skład gatunkowy determinowany jest przez warunki wodne, glebowe, a także klimatyczne. Ważny jest jednak rodzaj uprawy.
W Polsce występuje około 30 ugrupowań.

Na podstawie składu gatunkowego chwastów łatwo nam określić warunki glebowe i wodne. 
Czyli pojawia się znany termin- bioindykator.
Dzięki temu nawet w okresie suszy, można w okresie wegetacyjnym stwierdzić czy teren jest podmokły lub przynajmniej częściowo uwilgotniony bardziej niż byśmy sobie tego życzyli.

Nie muszę chyba 
pisać o wzniosłej roli chwastów (?) jako ziół.
Tak właśnie jest. Większość, jeśli nie wszystkie, mają właściwości lecznicze.

O tym, co mam u siebie pisałam już:

Cóż można uczynić, żeby nie zubażać naszych siedlisk?
Ano- gdzie takiej wielkiej konieczności nie ma, nie wyzbywać się gatunków niepożądanych. 
Sama świadomość, że są cenne, bo leczą, bo dają pokarm owadom, bo nasionami żywią się ptaki- niestety niektórym nie wystarcza. 
Nie wiem co z takimi począć.
Może...jak w "Psach 2"? Wyrwać...? ;)


PeeS
Już kiedyś pisałam o chwastach. Kto chce- niech zerknie tu


poniedziałek, 27 marca 2017

O zabijaniu

- Czy ty wiesz, że twój dzieciak zabił dziś kowala*?!
Powiedziała Absorberka do matki chłopaka ze swojej grupy przedszkolnej, kiedy przebierałyśmy się w szatni.
Kobieta spojrzała na mnie bezmyślnie, a już myślałam, że będzie jakaś słowna zwara. 
Miałam parę ripost w zanadrzu, jednak ów matka nie sprawiała zainteresowania czymkolwiek. 
Może gdyby ktoś rozdeptał jej dziecko, zareagowałaby może. 
A może nie. 
Z resztą, Absorberka i ja również nie zareagowałybyśmy, bo dziecko to, męskiej płci, jest agresorem i niejednokrotnie dał się Młodej we znaki. Z resztą nie tylko jej. 
Absorberka walczy jak może. 
Ma moje błogosławieństwo na nienadstawianie drugiego policzka.

Absorbery nie zadeptują owadów jak większość dzieci i dorosłych.
Jak widać Młoda zaczyna też uprawiać eko- moralizatorstwo.
I dobrze.
Kiedyś już napominała leśnika, myśliwego więc...będzie się działo...

Weekend minął na buszowaniu w terenie w poszukiwaniu wiosny.
Doznaliśmy szczęścia błogiego w towarzystwie przylaszczek, anemonów i nieśmiałych kokoryczek w Myśliborzu, a sobota upłynęła pod znakiem Grodźca. (kto ciekaw zamku- niechaj czyta tutaj.

Zmiana czasu jak zwykle mnie wqrwia.
Nie wiem na co to komu.
Za to wezmę się dziś i zrobię Mapę Marzeń, wszak dziś Nów w Baranie.
Warto pomyśleć o sobie, o tym, na czym nam zależy, a co chcielibyśmy olać.
I nie dręczyć mózgu tylko skupić się na energii wypełniającej nasze ciało.

Dzień dziś ładny, wiosennie ciepły, ale jak to w życiu- musi być i miód, i kupa.
Jadąc do Jawora mijałam traktor z przyczepą, w której były trzy świnie. Jechały zapewne w ostatnią podróż. Jakoś tak podwójnie smutno mi się zrobiło, a na dodatek spotkałam je znów w mieście, bo traktor dopiero się tam doturlał, kiedy to ja już wracałam...
Kiedy piszę te słowa już na pewno nie żyją.
Ile czuły strachu, ile cierpiały- wiedzą tylko one.
Marzę o utopii, kurwa, naprawdę marzę.








*- chodzi o pluskwiaka- kowala bezskrzydłęgo


środa, 22 marca 2017

Po co mi ber -skorzonera?


Człowiek uczy się całe życie.
Tym bardziej Tupaja.
Mam to szczęście zastępować koleżankę w naszej bibliotece więc możecie sobie wyobrazić....
Chodzę jak nakręcona i co chwila coś wyciągam i podczytuję.
Najczęściej książki, które są w ksiegozbiorze podręcznym.
Ostatnio wpadł mi w łapki atlas roślin uprawnych; jeszcze z czasów wielkiej przyjaźni państw socjalistycznych, a wydany na rok przed tupajowymi narodzinami. 

Jako technik hodowca i absolwentka Wydziału Rolniczego na AR, mam wiedzę odnośnie roślin uprawnych, ale powiem- parę mnie zaskoczyło. Ba...nawet nie wiedziałam, że coś takiego rośnie i że się to je czy cóś z tego wyrabia.

Choćby taki ber.
Żaden tam teddy- tylko włośnica ber.
Inaczej czumiza czy proso włoskie.
Roślina z rodziny traw, uprawiana na terenach Półwyspu Koreańskiego i Japonii. 
A wygląda tak:

z Wikipedii


Lnianka- lnicznik siewny to roślina z rodziny kapustnych.
Niegdyś uprawiana jako roślina oleista. Dziś powraca się do niej i oleum wykorzystuje w fitoterapii - zawiera do 45% kwasów omega -3. Świetny wymiatacz wolnych rodników. Niegdyś pospolicie tłoczony z niego olej zwany rydzowym -stąd powiedzenie : "lepszy rydz niż nic"- bo jego wartość znano już kawał czasu temu. Nadaje się na słabsze gleby więc jest alternatywą dla rzepaku.

Wikipedia

Endywia
należy do rodziny astrowatych, a dzięki przeznaczeniu kulinarnemu wstrzeliła się w grono warzyw.
Liście odziomkowe spożywa się jako sałata.
Nie jadłam- nie powiem czy smaczna, ale jak ma trochę garbników- to pewnie tak- osobiście lubię goryczki.

Wikipedia

Cykoria sałatowa z kolei - czerwona cykoria także znajduje zastosowanie w kuchni.
Wytwarza mięsisty, palowy korzeń i rozetę liściową z odziomków. Niegdyś zaliczana jako odmiana znanej cykorii podróżnik, obecnie zaliczana do tego gatunku.

Wikipedia


W końcu jeszcze skorzonera. Z nerą nie ma nic wspólnego.
Za to używana dawniej jako antidotum na jad żmii.
Zwana jest też wężymordem czarnym korzeniem (prawie jak jakiś bohater Sapkowskiego). Korzenie w  smaku podobno przypominają szparagi, ale są mniej subtelne w wyrazie. Ponadto korzenie zawierają sporo witamin i zwiazków mineralnych.

Wikipedia

Internet

A Absorberostwo popisało się lepieniem z masy solnej. Już jakiś czas temu, ale dopiero teraz sobie przypomniałam, bo - a jakże!jak się cieplej zrobiło to wylazł taki jeden.
Pomrów.
Pomrowy absorberowe wyglądają co by nie mówić- trochę złowieszczo...



Same pomrowy wywołują we mnie uczucia jednoznaczne. Proste i krwiożercze.
Pisałam już o nich tu i tu , a nawet tu.
Jak mi już nerw się wyczerpał czy już ręce po prostu opadły to nawet z nich żartowałam - tak właśnie!
Cóż. Wiosna się zaczęła, niebawem ruszy wegetacja, ruszą ślimole...A wraz z nimi my- obrońcy chlorofilowej braci.





piątek, 10 marca 2017

Tęskniliście, prawda? ;)

No, może troszkę i niektórzy.
Życie pozablogowe (nie mylić z pozagrobowym), jest absorbujące, a mnie ostatnio nie było jakoś po drodze pisać o dyrdymałach. Nie to, że mi się  całkiem półkule rozjechały i nie mam pomysłu, nie mam nic do powiedzenia. Tylko- tak jakoś.
Wiem, że odzwyczajam Was od zaglądania. Bo co kto zajrzy- to tu ten sam, nienowy post. Cóż. Póki co tak będzie. Jak z życiem. Pozwalajmy mu się toczyć spokojnie i iść z prądem, a przyniesie co trzeba.
Ten czas, w którym mnie nie było to nie tak, że wpadłam w anabiozę, choć oczywiście jestem nią zagrożona, bo nie jem mięsa :)
Robiłam swoje. I nie swoje też.
W międzyczasie Siniak odmówił współpracy i pocisnęło mi się na myśl wspomnienie o moim ukochanym, oddanym do lasu Foxiuniu. A czemu? A temu, że i siniak zaniemógł z zapłonem. Mechanik mój wsiowy (jeden z paru) stwierdził, że może już mnie auto nie lubi; przy nim zapala, przy mnie- nie. Chyba go nie kręcę (Siniaka, o mechaniku nic nie wiem). Fakt jest faktem, że auto stało się jak prawdziwa kobieta z jajami- czyli- nieprzewidywalne.
W przypadku wozityłka, woziAbsorberostwa, wozipsowozu, wozikuro- i perliczkowozu, zakupowozu i cotamjeszcze, to cecha do całkowitej negacji. Taka cecha, która jest jak Szyszko- do likwidacji.
Jedyną różnicą między Siniakiem, a Szyszko jest to- że Siniaka prawdopodobnie da się naprawić.

Został oddany do diagnostyki wyższego poziomu- komputerek mu sprawdzą. Ciekawe czy coś pokaże. Jak nie - sama nie wiem....

Teraz nie jeździmy, bo zaraza wirusowa pochłonęła mnie i Absorbery. Oczywiście są Osoby, które mają teorie konkretne na moje i ich zachorowanie, ale...trudno. 
Jest już lepiej i na pociechę dodam, że to ja najgorzej to przeszłam. Ale- już jestem na powierzchni. 
Przy okazji poznałam  moce mieszanek ziołowych na przeziębienia i już nigdy nie łyknę aspiryny ;)

Weekend spędziłam w fajnych  okolicach - na Pogórzu Izerskim. Nawiedziłam Izerię z jej ludzkimi i zwierzęcymi mieszkańcami, potem szybka wizyta u Agniechy
Można rzec- całe 2 dni pod znakiem koników polskich i rogacizny.

Z Inkwi i Agniechą jest tak- widziałyśmy się do tego razu tylko raz w życiu.
Mimo to- jedzie się i cieszy się człowiek, że się widzi, gada się i żałuje, że już czas nach Hause.
To te blogowe znajomości, które się przekuwają na rzeczywistość.

Z Inkwi wśród Przyjaciół


Pan z okienka ;)

U Agniechy

Tam, gdzie góry i konie- piknie jest :)

Tupaja i Nadzieja 

U Pii ze źróbkiem

Rozbroili mnie tym papierem :)

Cap u Pii 

A to już w drodze na Smrk

Dla takich widoków i takiego sapania- warto żyć!
No właśnie, nocleg i jedzonko- u Pii i Niko. W agro w Przecznicy, tuż obok Ruderii Kyi.
Agroturystyka Konik Polski (klik ) to świetne miejsce dla tych, którzy cenią sobie spokój, zwierzaki blisko (koniki polskie, kozy) i przede wszystkim ciepłych i sympatycznych gospodarzy- Pię i Niko.
Bardzo było u Nich miło! A te zupy Niko- Super! :)

Czas mija nieubłaganie i mus wrócić na ziemię.
A tu, przy okazji sortowania nagród na konkurs recytatorski- taki kfiatek:








środa, 8 lutego 2017

Mięśniochwat porażenny - wersja tupajowa

Pomału stan zapalny mięśni puszcza.
Trwał, jak poprzednio- tydzień. 
Powinnam napisać- trwa, bo jest jeszcze. 
Przyczajony; co jakiś czas mnie chwyta za podstawę karku i dźga pomiędzy łopatkami. Jednak to już nie ta "pieszczota" co parę dni temu.
Niewiele się różniłam od zamkniętego w klatce dzikiego zwierza. 
Chodziłam, żeby nie zwariować. Ból nie jest może tak silny - jako matka znam silniejszy- skurcze porodowe, ale upierdliwy, owijający się wkoło ciała, obrzydliwie natrętny. 
Trochę się pokładałam, kamizelka wełniana i ze trzy warstwy na sobie to była norma przez ten czas. Leki przeciwzapalne (niesterydowe) nie pomagały. 
Przeciwbólowe- też nie. Najlepiej- gdyby mnie ktoś na okrągło ugniatał, masował- wtedy dałoby się przeżyć. 
W końcu wizyta u lekarza; kolejne leki, ale ... dupa blada. 
Żadnej poprawy.
Ta nastąpiła dopiero po naparze z kory wierzby z kwiatem bzu i liściem porzeczki (na nery). 
No i po maści. Takiej o prostym składzie, od kochanych braci Czechów. 
Z mentolem (maść, nie Czesi). 
Myślę jednak, że po prostu procesy naprawcze tupajowego cielska jeszcze działają, mimo, że niektórzy już mnie napominają o czwartym krzyżyku, co niebawem za dwa lata....
Trzy dni oszczędzania i wygrzewania się, o ile się oczywiście da, żyjąc na wsi ;)
W przyszłym tygodniu ferie więc dzieciaki w Świetlicy. Mus być sprawnym na umyśle i w ogóle...;)

Stosując się do nakazu trzymania dziewczynek w zamknięciu, musieliśmy wykonać wolierę. 
Trzymanie 10 kur i 2 perliczek na 6 m2 to przesada. Dobrostan -zero.
Niedługo doszłoby do ataków agresji. 
I tak Titolong jest zestresowany, bo Zdzisław i Zdzisława coś za nim nie przepadają. 
Mam nadzieję, że mimo przeganiania on i Coli (czarna kurka) jedzą. 
Na razie nie zauważyłam spadku formy, oprócz braku piania Tito (tylko w kurniku) i jego świergotania. 

Tito

Dziefczynki uwięzione; w oczekiwaniu na jedzonko


Coli i Zdzisława 


Zdzisława
 Nie wyobrażam sobie życia bez kur.
Już nie.

A jaja?
Bez nich też nie.
Ostatnio naleśniki; ku obrzydzeniu mojego Taty- z nadzieniem z pieczarek, cebulki, czosnku, tymianku, cząbru, lebiodki z ciecierzycą.
Nie wiem, czemu nie lubi.







Jaja to też składnik faworków.
Dziś robiłam z Absorberami. Oczywiście połowa zniknęła od razu. 
Reszta na jutro.




I tak lecą dni za dniami.
Czas upływa w zwykłości- w życiu z Absorberami i futrzastą ferajną; na codziennych zajęciach; na paleniu w piecu, rąbaniu drewek, myśleniu o tym i owym; ja już o wiośnie, o zmianach, których chyba każdy wyczekuje. 
Choćby ptaki, które przybędą. 
Znów skowronek zaśpiewa i moje kochane kapturki.

Nerw bierze na szyszkę (ciągle i wciąż), na głos pił- częstszy niż przed zmianą ustawy...
Poza tym cały czas praca nad sobą.
Pozytywnie i do przodu.
Życia szkoda na złą energię.




sobota, 21 stycznia 2017

Co ma owsianka do Lowena

Gdzieś w sieci natknęłam się na obrazek z napisem:
" Kiedy jest ci źle- pomyśl, że wszystkie komórki twojego ciała robią wszystko z myślą o tobie".
Ktoś powie- co za bzdura, a ja- im więcej mam lat, tym bardziej takie właśnie słowa do mnie trafiają.
Cóż, kiedy my, w codziennym życiu tak o tym nie myslimy.
Mało tego- często myślimy o sobie źle, z wyrzutem, z niechęcią.

Jak siebie traktujemy- tak widzą nas inni.

Mądrala, co?
Takie tam przemyślenia Tupajowe, ale od początku.
Czemu owsianka?
A to temu, że musiałam z lekka przełamać monotonię poranka pod znakiem kromki chleba z serem białym. Co poradzę- chyba uzależniona jestem od nabiału w tej formie. Jednak teraz, co drugi dzień- leci owsianka. Z bakaliami i koniecznie z wiórami z kokosa i cynamonem. Łyżeczka miodu.

Absorbery nawet nie spojrzą.
To znaczy- spojrzą, wykrzywią się; "wygląda jak zwymiotowana kupa".
 I tyle w temacie.


Owsiankę jem dość długo.
Jedno- gorąca i długo trzyma temperaturę, drugie- płatki górskie, nie błyskawiczny szit, aja długo nie gotuję więc jest co przeżuwać.
I dobrze.

Bo po cholerę się śpieszyć?
Zwłaszcza z jedzeniem?
Nie, nie chodzi mi o celebrę, bo na to nie mam czasu, ale o spokojne podejście do tematu wstępnej obróbki pokarmu. Klapnięcie zadkiem na krzesło, pomyślenie lub nie o czymś miłym, a nawet o sobie. Dobrze. Tak na początek dnia ( o ile nie zrobiliśmy tego patrząc na swoje odbicie w łazienkowym lustrze). 
Oczywiście nie dane jest długie kontemplowanie ciszy, bo ... Absorbery, bo Masza, bo Jagoda. Ale- staram się.

Świat wariuje, ludzie (?) wraz z nim. Samonapędzająca się maszynka do mięsa.
Nie chcę i nie zamierzam w tym uczestniczyć.
Co będzie trzeba- minimalnie- wiadomo, ale bez przesady.

Co ma Lowen do owsianki?
Ano tak mi się skojarzyło. Bo takie wolne (slow) pochłanianie to kontakt ze sobą, ze swoim organizmem. 
Takie życie- spokojne, bez pędu, a przynajmniej staranie się żyć w swoim tempie, bez oglądania się na innych. 
Własna nisza. 
Lowen łączył choroby ciała z chorobami duszy. Przywdziewanie pancerzy, usztywnienia, spłycanie oddechu- wszystkie te akcje z ciałem, mające na celu "ochronę" przed światem, życiem, wkładamy na siebie, w siebie. 
Niestety. Najczęściej z konsekwencjami zdrowotnymi.
Dotarcie do przyczyn, rozwiązanie kłębka zależności- trudne.
Terapeuci? Mądrzy. W porządku. 
Ale można po trochu samemu.

Kiedyś oddychałam tylko klatą. 
Przed porodem pierwszym ćwiczyłam przeponę- a jakże. 
Przed drugim - nie musiałam. 
Pół ciąży niemal dychałam przeponowo. 
Teraz, jak już zlegam w barłóg, to też głównie przepona.

Staje się samo?
Nie wiem ile w tym świadomości, ile podświadomego działania, które ma pomóc.
To samo z ciałem. 
Jakoś tak też bardziej rozciągnięta jestem; bez rozgrzewki nawet.

Móc się z lekka przeprogramować. W tę dobrą stronę.
Pomaga- i to bardzo.
Nie, nie wyleczyłam się z przeżywania pewnych spraw. 
Szyszko. 
Myśliwi. 
Rzeźnie. 
Także drzew.
Wiele tematów jednak umiem już skanalizować. 
Spuścić z deszczówką lub- jeśli trzeba- z gównem.
Ale bez większych emocji. 

I przyjmowanie większości spraw takimi jakie są.
Nie, to nie boski plan. 
Tak nie myślę.
Po swojemu.
Ale to pomaga.
I nie chodzi o to, by mieć wy..bane na wszystko. 
Bo taka nie jestem, ale na wiele rzeczy wpływu nie mamy, a energia potrzebna dla Nich, dla siebie, po co ja marnować na byle kupę?

Jest dobry film. 
Pisałam o nim na swoim innym blogu. 
Jak kto nie oglądał- polecam
klik klik klik

Modne slow. 
wszystko wolne. 
Tylko ile w tym autentyzmu, a ile pogoni za kolejną modą?
Czekam slow przyklejania tipsów, normalnie.

A chodzi o spokój- swój, bliskich, istot. Czyli harmonię. Koegzystencję.
Tylko, że najpierw trzeba umieć żyć z sobą samym w zgodzie. 
A jeśli już się zacznie to idzie jak pozytywna lawina. 












Kto nie wie kim jest Lowen- może poczytać tutaj

czwartek, 12 stycznia 2017

Dziś tytułu nie będzie

Czas jest szczególny. Nie dlatego, że Dieter szaleje.
Dziwne cuda i dziwy.
Dowiaduje się człowiek, że nie jest zwierzęciem, tylko człowiekiem. Choć podejrzewam, że tylko ci z lepszego sortu, hre hre.
Pewien leśnik (nomen omen poznałam....), stwierdza, że człowiek nie jest elementem biosfery. 
Tak, wiem, wyrwane z kontekstu, bo pan gadał też o roli LP. 
Nie będę się wgryzać w temat, bo do tego najlepiej dużą paczkę serów plus dobre wino i takowe towarzystwo. 
Nadmienię tylko, że nie wszyscy leśnicy to "debile" i że LP to nie samo zuoooo. Ale jak słyszę, że bóg dał ludziom ziemię we władanie do mi się korkociąg w szufladzie prostuje.
To z tego samego worka co : "Ludzie to gatunek zagrożony" i "wilki to szkodniki" (w kontekście gospodarki łowieckiej) (to już słowa innego pana, też leśnika). 

W ramach odstresowywacza, bo przeczytałam, że jednak konwencja antyprzemocowa burzy naturalny porządek lania baby w domu i może się odbić źle na samopoczuciu niektórych panów czy też sponiewieranych umysłowo pań w zespole rządzących, postanowiłam zrobić podpłomyki.
Absorberostwo było zachwycone wyrabianiem ciasta i wałkowaniem.
Jedzeniem- tak sobie. No ale najważniejsza wspólna zabawa.







Najlepsze z...keczupem....
A wczoraj to mi ten post wessało, bo Dieter jednak urwał kawał kabla i prądu nie było do późna.
Cóż było robić, rzuciłam się na matę, porozciągałam i hyc! do wyrka, zwłaszcza, że chłód nadciągał...
Palenie w piecu odpadło. Niestety.
Rankiem rześkie 14 stopni.
Jak nigdy, poranne ablucje i przebieranki zajęły mi o połowę mniej czasu.
Jadąc z Absorberką do przedszkola, ujrzałam jawny brak kontrolki od świateł, a te świeciły jednak.
Hmmmm......
Troska moja okazała się jednak na wyrost, albowiem skręciłam w drogę na Wiadrów, a tam, zdrowotne wstrząsy na lekko sfatygowanej nawierzchni objawiło kontrolkę u Siniaka. Alleluja i do przodu...!

W Tupajowisku jeden wsad nie wystarczył na powrót do stanu homeostazy więc szybki bieg po wągiel. A na kambolcach ślisko, oj, ślisko. Doceniłam powrót z obciążeniem. Wiadro przytwierdziło mnie istotnie do podłoża. Czy czas dołożyć ciała by móc śmiać się w gębę śliskim powierzchniom?
O nie! Zawsze mogę zabrać ze sobą jakiś balast.
Chyba.

Poza tym?



A tym czasem w innym świecie....


Król by Absorber



czwartek, 5 stycznia 2017

Pooperacyjnie i małe żale gorzkie

Rozpoczęłam długi weekend.
Już dziś, albowiem pierścień pachwinowy Maszeńki nie działa jak powinien.
Pierścienie są różne. 
Na przykład taki pierścień Arabelli, jakbym miała to bym sobie poszalała! 
A tak, mamy wadliwy pierścień wspomniany u suki i ona ma go też- głównie i niestety całkiem osobiście. Całe szczęście zauważona przeze mnie banieczka była z tych niezadzierzgniętych i hycnęła sobie z powrotem, ale biorąc pod uwagę temperament Maszunga....Trzeba było działać.

Dziś był zabieg.
Panna z lekka stawiała opór, zwłaszcza przed wejściem do transporterka. 
Kolektywem, udało nam się ją tam upchnąć.
Potem już tylko i aż doślizganie się paszowicką drogą do 3-ki i nach Jauer. 

Znieczulanie, pomału i w etapach (nie jak to się miało z Rudą, gdzie przed sterylką dostała jeden zastrzyk, przy którym myślałam, że zejdzie (drgawki), a pani wetka oznajmiła mi, że czasem się zdarza, że pies zejdzie przed zabiegiem...), potem golonko i znieczulanie podskórne. 

Zabieg trwał około 0,5 godz. Nie opłacało się wracać do Tupajowiska.
Przytuliłam parę kartek z Mockiem, skoczyłam ślizgiem po klebek i mogłyśmy już wracać. 

W domu, po wyjściu ze znienawidzonego już kontenera, nastąpił szał radości, sikanie pod siebie i zataczanie się. Jedno oko łypało jeszcze pół świadomie, drugie całkiem żywe już było.

Mimo wszystko dziecko zmęczone. 
Na dragach i antybiotyku.




Latałam dziś trochę z drewnem do domu i niestety.
Mój ukochany polityk, znawca przyrody, jej wielki miłośnik, mylił się.
O, qwa! jak się mylił!
Zmiana rozporządzenia dotyczącego drzew- właściwie powinno się to nazywać rozporządzenie dot. masowej wycinki drzew, wyje piłami spalinowymi.
Tak, drogi panie szyszkowniku.
W doopie są moce produkcyjne tlenu.
W doopie nisze do życia dla ptaków, ssaków, owadów.
W doppie.
Głębokiej i śmierdzącej. 

Panowie, którzy wycinali u mnie kikut jesionowy, chyba dla jaj zostawili mi pamiątkę w postaci takiej to tkanki, a która i im, i mnie kojarzy się odpowiednio:



Powiem tak:
nie będę się tu wywalać. 
Wszak bloga nie czyta Zenek, który woli wyrżnąć topole i wierzby na skraju miedzy swojej, bo po co to rośnie.
Nie dla Jadźki, której liście lecą i jest to główny powód wyrżnięcia okazałego dęba.
Nie ma w tym wpisie nic ciekawego dla masy głąbów, dla których tlen bierze się z powietrza (dosłownie!).

Was, nie będę uświadamiać, bo o ile mogę kiedyś komuś coś naświetlić ( parę razy ktoś mi wspomniał, że moje pisanie otworzyło mu na coś oczy) to uświadamianie o czymś co jest truizmem pisanym caps lockiem- to dla mnie żenada.
Cóż...
Jeśli nasza młodzież stawia na równi źródła informacji. Szanowane encyklopedie i książki fachowe i internet, pisma w stylu "Fokus"....I nie widzi różnicy, i dziwi się, że my się dziwimy ich głupocie.

Stara to prawda, że głupim narodem łatwo jest rządzić. 
W politykę nie wchodzę, bo znów się mądry lub mądra znajdzie i mi wytknie, że coś dostaję. 
Nic nie dostajemy- jeśli ktoś mi pisze, że mi państwo daje. 
Nie daje.
Pracujemy na to.
No, chyba, że ktoś nigdy sie pracą nie zhańbił i  żeruje w szarej strefie ; bmką podjeżdża do gopsów po kasę i żarcie i w nos się śmieje, bo taki on zaradny.

Żal mi tego wszystkiego. 
Niestety nie wierzę, że zwycięży zdrowy rozsądek.
Większość drzew się wyrżnie, bo - jak wyżej.
Opał, liście.
Bo można.
Bo moje!

Aż się niebo czasem rozstępuje i nie wiem czemu nie zasysa tego chłamu.



My się nie poddajemy.
Póki Tu jestem, przynajmniej na moim skrawku będzie przyjaźnie. 
Będziem dosadzać. 
I wszędzie gdzie się pojawię będę to robić.

Mam nadzieję, że Absorbery zarażone i podobna choroba ich będzie trawić. 
Póki co las i drzewa lubią, nawet to co u stóp drzew.



A ich przyszłość nie będzie tylko światem materialnym.
Nie tylko pełna tak na prawdę zbędnych śmieci, tylko rzeczy ważnych.
Żywych istot, bliskich ludzi, uczuć, świadomości istnienia- nie posiadania.
Utopia?
Może nie...
Może na tyle jestem zawirusowana, że je skaziłam.
Pozytywnie.

Są drzewa. Jabłonie i maja one też żołędzie :)
Do tego lis, sarna, jeleń, dzik...i cała reszta (by Absorber)