.

.

piątek, 21 grudnia 2012

Małe plusy, stado minusów i hetakomba przedświąteczna.

ulicaekologiczna.pl
 
O ile z lekka choróbsko się oddaliło- przynajmniej nie czuję już go na karku, a jednak swoje miazmaty ma w nas nadal i daje znać o sobie nocami. 
Nie będę Was uszczęśliwiać informacjami na temat ile czego, jakiej konsystencji, koloru z nas uchodzi, ale jedno jest pewne- dobrze jeszcze nie jest, a niedobitki tej mendy, która nas połozyła na łopatki jeszcze kwiczą wesoło w moim i Młodych ustrojach.

Kamax też dobrze nie wygląda,na dodatek dziś już chyba nie mógł mnie weselszą wieścią uraczyć jak tą, ze oddał naszego jednego z tzrech trupów samochodowych do "gaziarzy", a ci wymieniając filtr gazu i coś tam jeszcze, spieprzyli elektrykę. Nie ma ładowania tu i ówdzie, a przynajmniej w akumulatorze i światłach. A to chyba ważne...Tylko nie dla gaziarzy. Oni przecież na gazie się znają. Sorry, ale ci to chyba tylko na tym z własnych tyłków, żeby nie powiedzieć pryszczatych (być może) dup.

Jak ja już mam tego dość. Nie tylko ja....
Czy ciągle coś się musi pierniczyć? Czy u nas czarna seria to brazylijska telenowela, albo "Moda na sukces"?
Instalator miał podjechać- nie podjedzie.
Już nawet nie pytałam dlaczego. Bo niby co to miałoby zmienić....

Ma przyjechać w sobotę. Oby zrobił co trzeba.

Niebawem Święta, które w sumie lubię, ale tylko przez wzgląd na dni wolne od roboty (w biurze), choinkę, prezenty i sernik Mamy (który też jest urodzinowym, wielkanocnym, a czasem, choć rzadko- bez okazji).
Choinka na pewno ucieszy Młodego, bo już więcej będzie kojarzył.
Bombki nietłukące (za to ładnie topniejące pod wpływem ciepła świec...) już kupione.

Z "żarła" nie za wiele, bo ileż można zjeść?
Nieśmiertelne, coroczne menu z sałatką, karkówką pieczoną, kiełbasą białą, ćwikłą, jakieś ucha z barszczem, kawałek rybki.
Na pewno nie karpia. Nie lubię.
Raz tylko jadłam dobrego w gospodarstwie rybackim przy Przemkowskim Parku Krajobrazowym.
A tak to śmierdzi mi i smakuje mułem.

Tak a propos karpi zaraz myslę o tej hekatombie zwierząt ku czci narodzonego.
Wiem, wiem...
Sama zjem karkówkę i ryby kawałek, ale nie zmienia to faktu, że ten przemysł ubojowy mnie przeraża.
I ci ludzie, pakujący do wózków tyle żarła. Obrzydliwe. Jakby nie wpieprzali cały rok. Wybaczcie, ale jak na to patrzę to mi się niedobrze robi. I żeby chociaż nic się nie marnowało. Ale nie. Potem,na śmietnikach masa jedzenia. 

Swoja drogą, chyba wystarczyłoby więcej myśleć. Po prostu.

A z karpiem to miałam kiedyś, przed którąś Wigilią miłą scenkę w tesco.
Pani przede mną, ufryzowana i obrzmiała od przeżerania się, miała wśród fury zakupów karpia. Oczywiście żywego, oczywiście w worku. Nie mogłam patrzeć na męczące się zwierzę. Zanim jednak powiedziałam cokolwiek, babsztyl roześmiał się na całe gardło- "Jak ten karp śmiesznie gębą rusza!".
Nie wytrzymałam i wrzasnęłam, że gdybym ci babo na łeb foliówkę założyła i zawiązała to byś tak samo śmiesznie gębą ruszała.
Baba zaczęła wyzywać mnie od "zielonych świrów" i "skurwionych feministek" (nie wiem co ma jedno z drugim wspólnego), aż przybiegł ochroniarz (tak na oko II grupa inwalidzka) i zaczął mnie uspokajać.
Chyba stanowiłam poważne zagrożenie dla ludzi, a na pewno dla tej magii świąt, przed którymi to "zwierz truchleje".

Mięso smakuje mi coraz mniej.
Jem z obciążeniem wiedzy o cierpieniach przed ubojem, o cierpieniach w trakcie produkcji mięsa, bo tak traktuje się zwierzęta- jak mięso, nie jak istoty czujące.
Może dlatego nie czuję się tak zdrowa, jak powinnam. Wszak z mięsem z cierpiących zwierzów trafia do mojego organizmu masę szkodliwych związków, powstałych w wyniku stresu i bólu, ze nie wspomnę o tych wszystkich lekach, antybiotykach, hormonach, pozwalających na utrzymwyanie tak zagęszczonych populacji zwierząt w tuczarniach.

Wierzę, że w końcu zamiast tylko o tym pisać, będę mogła szczerze powiedzieć, ze mięsa nie jem.
Tyle, że nawet jeśli nie zjem ja, zje 9 innych, wszystkożernych człowieczych istot.
Do dupy z tak urządzonym światem...

Swoja drogą...ciekawe jakby wyglądały tuczarnie ludzi na potrzeby świńskich społeczeństw? Kobiety zaplemniane na poczet produkcji mleka, a dzieci zamykane w małych, drewnianych skrzyniach, pojone mlekiem, hodowane na tzw. "białe mięso", młodzież ludzka, tuczona i ubijana na młode mięsko, albo wybrani - poddawani ubojowi rytualnemu....Ciekawe.....

19 komentarzy:

  1. Aleś poleciała po bandzie w ten przedświąteczny czas. Też mi coraz ciężej przychodzi konsumpcja mięsa, a byłam kiedyś wege (wszystko na odwrót). Trzymajcie się ciepło i nie dajcie.
    Pozdrawiam

    P.S.

    Paczkens wysłałam, ale chyba nie zdąży przed Wigilią.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam podobnego kaca moralnego, jesli chodzi o jedzenie mięsa, jak Ty. Jem z łakomstwa i potepiam w tym samą siebie, bo jakimż wytłumaczeniem jest łakomstwo w obliczu tak potwornych cierpień, jakie przeżywają te zwierzęta przed ubojem.
    Kiedyś przez rok mięsa nie jadłam. I czułam się z tym wspaniale na duchu i na ciele. A potem namówiono mnie na malutki kęseczek...i znowu wpadłam w ten okropny, mięsny nałóg.
    Ale karpi u mnie się nie kupuje, w wanie nie trzyma a potem ich nie ubija. To już by było za wiele dla mnie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Tupaja, scena z Tesko - dzisiaj. Mama i ja, basen karpi i Pan Sprzedający. Pływają rybki nawet żwawo, on je siatką łapie. W końcu Mama zaakceptowała - nie za duży, nie za mały. Sprzedawca do mnie :"Usypiamy?" Ja( gały wytrzeszczone ): "Oczywiście". Przez głowę przebiegają myśli, co, jak, eko w tesko, strzykawką, humanitaryzm???? Pan eleganckim ruchem chwyta karpia, oddala się za biały wytworny parawan, nagle widzę wielką białą plastikową pałę, słyszę ŁUP x 3. Pan wychodzi z karpiem śpiącym snem wiecznym w zrywce. Jeeeezu, kultura.:-)))))))

    OdpowiedzUsuń
  4. ja też mam problem z jedzeniem mięsa. . . próbujemy się trzymać tzw. umiarkowanego wegetarianizmu, ale to tylko półśrodki niestety. . .

    OdpowiedzUsuń
  5. no nieeee.... ale horror i to na dodatek prawdziwy.....
    sama jem niewiele mięśa, a karpia nienawidze..... i nigdy nie jadłam... też mi smierdzi mułem...
    a z dobrych wieści to to , że nie musze nic kupowac w marketach, jade na targ do miasteczka albo kupuje w sklepiku na wsi.... bez kolejki, nerwów itd....
    a z drugiej strony to przecież nie jedzenie jest najważniejsze ale nastrój, wyciszenie, radośc wewnetrzna...
    na to sie nastawiam.....
    wracajcie szybko do zdrowia....

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja jem z oporami mięso tylko w zimie w duże mrozy, żeby ogrzać organizm.Szkoda mi zwierząt ale czasem sobie myślę,że z hodowli nie da się zrezygnować bo przecież psy i koty marchewką i sałatą żywić się nie mogą.Karpi nie jem. Nie będzie zabójstwa w moim domu.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja nie jem, tralalala! Odkąd nie jem jest mi tak dobrze... Nie tylko mentalnie, bo to naprawdę dużo znaczy, nie jeść mięsa, nie przykładać do tego ręki! Ale także fizycznie - cera 10 młodsza, żadnych problemów z niczym, wyniki krwi lepsze niż kiedykolwiek, figura na 5. - same zalety, oj, muszę w końcu napisać o tym u siebie ooolbrzymiego posta, bo droga była dłuuuga, a decyzja szybka, krótka i nigdy jej nie pożałowałam;) Nie czuję nawet, że nie jem - to nie jest żaden problem naprawdę, nawet moja mama nauczyła się już, że ziemniaczki z sosem od pieczeni (ale bez mięska) to nie jest wege danie;))) i robi teraz super gołąbki na naszą cześć;)
    Tupaja, nie jedz mięsa, nie warto. Niech sobie żyją zwirza, a co;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurde, tylko ja tak strączkowych nie lubię...

      Usuń
    2. Można jakoś sobie przemycić;)

      Usuń
  8. hmmm...
    ... no trudny temat.
    Bo karpie, ubój rytualny, chów przemysłowy- to oczywiste, że mówimy nie.
    Niejedzenie mięsa zmienia wiele- bo nawet jeżeli pozostałe 90% zje, to i tak zmaleje popyt, a to ważne, bo dopiero wtedy, kiedy mięso przestanie być towarem powszechnego użytku, skończy się holokaust i horror przemysłowego chowu. Mięso musi być drogie i trudno dostępne. I tak się stanie, wbrew lobby wieprzowemu i gęsiarskiemu, bo jak będziemy się mnożyć tak, jak dotąd, to po prostu nie starczy ziemi pod hodowlę. Tak się stanie za kilkadziesiąt lat, ale już teraz swoimi wyborami możemy zmniejszyć popyt.
    Z drugiej strony niejedzenie mięsa niczego nie zmienia, bo i tak są zagazowywane i mielone na kocią karmę kogutki z farm jajecznych, mleczne krowy eksploatowane w niezwierzęcych warunkach i produkt uboczny produkcji mleka, delikatna cielęcinka. Wegetarianizm także jest hipokryzją, uczciwy jest weganizm obejmujący nieużywanie produktów niefair, testowanych na zwierzętach, skórzanych, korporacyjnych...
    ... mam tę rozkminę na co dzień w domu, majonez świdnicki zamiast winiarskiego, jajka zerówki, ryby tylko określonych gatunków... ale w ogóle nie powinnam ryb i jajek... a produkcja bawełny zanieczyszcza środowisko bardziej, niż hodowla wełnistych owiec...
    ... i koło się zamyka. Tak naprawdę chodzi o empatię i szacunek do zwierząt, siebie i świata. Jem mięso, bardzo je ograniczając, pytając siebie zawsze, czy naprawdę muszę tego kotleta i wybierając co inne, jak mam wybór, ale mam też świadomość powyższego i niejednoznaczności tych naszych wyborów, i nie popadam w samozadowolenie.
    Mam też poczucie pewnego continuum i hmhmhm- szkoda mi marchewki;-)
    Jedno jest pewne- jakbym miała kogoś zabić, żeby go zjeść, to bym nie zjadła.
    I drugie jest pewne- jak bym była w sytuacji zagrożenia życia, to pewnie bym zabiła.
    Pozdrawiam świątecznie;-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Megi, jak zwykle ubrałaś pięknie w słowa to, co i mnie kołacze się w głowie. Znałam kiedyś wielu zażartych wegetarian,niemal plujących na mięsożernych,którzy bez żenady nosili skórzane glany czy paski...Jak dla mnie-więcej musi być akcji uświadamiających,żeby więcej ludzi zrozumiało na czym to wszystko polega. A zmiany?oczywiście warto rozpoczynać od siebie.Od swoich codziennych wyborów, nie tylko w kwestii zjedzenia schabowego (tak, ja jestem z tych, co potrzebują mięsa, za to przemysł cukierniczy mógłby dla mnie nie istnieć). Brak humanitaryzmu przy hodowli zwierząt to tylko jeden z elementów, który wymaga radykalnych zmian. Jak dla -ludzkość, patrząc globalnie, od początków naszego gatunku, to rozpędzona kula, która coraz szybciej i więcej niszczy wokół. Dąży do samozagłady.Wykaszamy masę gatunków, ale w imię...czego? Myślę,że koniec świata nastąpi- bo sami do tego dążymy.

      Usuń
    2. A ja tam sobie popadam w samozadowlenie, choć wiem, że jeszcze daleka droga przede mną, ale - i tak już jestem daleko od tego, co kiedyś wyczyniałam - uwierzycie, że sama np. świniobicie zorganizowałam? A dzisiaj już nie. I to jest mój prywatny, subiektywny, osobisty powód do radości;))

      Usuń
    3. a ja mam poczucie winy, że kiedyś tam może źle potraktowałam jakieś zwierzę, za mało się w nie wczuwając...
      A jeszcze. Największy dysonans czuję, gdy sobie uświadamiam własny szowinizm gatunkowy, "jednych kochamy- drugich zjadamy". Bo czy taka świnia jest gorsza czy głupsza od kota czy szczura? no nie jest.
      Zażarci wegetarianie, weganie, witarianie to zwykle neofici;-) i wszyscy uważają, że są o stopień wyżej wtajemniczeni. A naprawdę trzeba dużo sobie uświadomić i wiedzieć o sobie, żeby nie czuć się lepszym z powodu swoich wyborów. Masz rację, kyjo, że potrzebne jest szerokie uświadamianie na temat konsekwencji i implikacji ludzkich działań. Zwłaszcza w kraju, w którym połowa ludzi uważa, że ryba to nie zwierzę, a pozostali- że nie czuje bólu.
      I to jest kwestia wychowania. Może moje dzieci nie byłyby takie, gdyby się nie wychowywały ze zwierzątkami, same jak zwierzątka:-) A ja nie byłabym taka, gdyby mnie dzieci, teraz, nie doświadamiały w wielu kwestiach. Np. że ludzie tak myślą nt. ryb, a olej palmowy jest zły. Nie wiem, czy coś skłoniłoby mnie do poszukiwania takich informacji.

      Usuń
    4. Słowa święte...
      Pozdrówki

      Usuń
  9. Zjadła byś zjadła :P w cywilizowanych warunkach każdy mądry.
    A co do karpia to widziałem jak paniusia z tvnstyle od wiemco jem cz wiem co kupuje pokazała rynienkę do transportu karpia bez wody do domu, "bo oddycha przez skórę" wiedzieliście?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie napisałam, że bym zabiła... i zjadła;-) neistety, selawi.

      Usuń
    2. u nas, ze względu na silną alergię syna, nie przygotowujemy karpia, ani innej ryby wymagającej obróbki cieplnej .Czasem kupimy gotowe śledzie w zalewie.Ale się nie zarzekam - gdybym była w ekstremalnej sytuacji, to wiem,że starałabym się zdobyć mięso dla dzieci i siebie.Jak każdy inny gatunek. Jak i my całkiem niedawno :)
      Chyba najważniejsze jest w tym wszystkim wrażliwość i współczucie. Jeśli są ludzie, korporacje,etc które przy swojej działalności krzywdzą ludzi, to tym bardziej nie będę wahać się przy zwierzętach...

      Usuń
  10. Kiedy urodziła się moja córka i doszła do wieku, w którym dziecko powinno zjeść kanapeczkę z szyneczką - okazało się, że zdecydowanym, acz nie znoszącym sprzeciwu ruchem małej rączki ściągała szyneczkę i kładła obok... w ogóle nie wiedząc, co to jest... Tak zaczął sie nasz wspólny wegetarianizm, który trwa już ponad 20 parę lat... Jesteśmy jak do tej pory zdrowe, nie imają się nas żadne przeziębienia, ani inne mendy i czujemy, że to jest dla NAS odpowiednie. Po prostu.

    Oczywiście, my same całego świata nie zmienimy, ale możemy zmienić NASZ świat. I to robimy.

    I nie potępiamy i nie osądzamy nikogo, kto myśli inaczej i je co innego. Każdy ma wolną wolę i sumienie. Każdy jest na innym etapie swojej wędrówki, ani lepszym, ani gorszym. Szerokiej drogi i pięknych świąt :)

    OdpowiedzUsuń
  11. No to doleję oliwy do ognia...
    Tylko przez Tupaję przestałem jeść dziczyznę ...

    A przecież to własnie ono zwierzę dzikie, żyło sobie wolno, lazło gdzie chciało, żarło co chciało ( a są wybredne niektóre nasze dzikie stwory, ot czarny zwierz, dzik, jednemu tylko pędraki i żołędzie w głowie, mimo lat zacnych, na takiej strawie, nie za duży, ale silny i zdrowy, inne zaś dziki, albo nauczone tak, albo z lenistwa, żrą kukurydzę i z pól kukurydzianych wogóle nie schodzą, w wieku 2 lat ważąc czasem nawet ponad 500 kg ..., no na pewno mogą dobić do 425 kg po wypatroszeniu, bo kwit na takiego dzika widziałem i kiełbasę z niego jadłem ), a życie postradało szybko i bez zbędnego stresu, od kuli padłszy ...

    Jedna uwaga. Nawet w samoobronie nie można, przeciwko uzbrojonemu np w pistolet przeciwnikowi, użyć broni myśliwskiej, ani amunicji myśliwskiej ... Piszę również o amunicji, bo to często ten sam kaliber ( mam na myśli karabiny myśliwskie, sztucery, nie broń gładkolufową, bo to już dopiero "sajgon" jest, jeśli chodzi o broń myśliwską ... ), co najpopularniejszy kaliber wojskowy, 7,62 mm.
    Tyle tylko, że amunicja w dowolnym pistolecie, tudzież w karabinach wojskowych służy ... do eliminowania przeciwnika z pola walki ... a broń i amunicja myśliwska służy do szybkiego i skutecznego zabijania. identyczne trafienie, identyczny kaliber, tyle tylko, że po postrzale bronią wojskową - delikwent ma szansę przeżyć, i nawet szybko wrócić do pełni sił, a po takim samym postrzale bronią z amunicją myśliwską - pada martwy na miejscu ...

    Tak, jak część z Was wie, umiem i lubię gotować, a pieczeń z udźca dziczego lub sarniego ( choć raz był też daniel ) , macerowanego w zaprawie warzywnej, albo octowej, to moje danie popisowe ... i ta galaretka wokół kości ... ech ...

    Pozostaje mi się tylko pocieszać, że wciąż mogę zrobić pieczeń z udźca wieprzowego " na dziko" ... ale to już nie ten sam smak ...


    Dz

    OdpowiedzUsuń