.

.

czwartek, 25 grudnia 2014

Wietrzysko znów daje się we znaki kurom, które chodzą po podwórku w kucki, żeby zmniejszyć opór powietrza. Podejrzewam, że i wola napchane kamieniami co by ciężar zwiększyć a tym samym uniemożliwić porwanie w górę, het! do nieba!
Spacer nam nie wyszedł, bo- o ile na prawdę kocham swoje psy i często mimo bardzo nieprzyjemnej aury wypuszczamy się na pola- dziś nie dałam rady dojść do rzeczółki i zawróciliśmy. 
Zimne, podwiewające kuper podmuchy, mimo ciepłej kurki jakoś tak dawały mi się we znaki, że postanowiłam wrócić szybciej.
Zwariowana aura. 
Które to już święta bez śniegu?
Może wreszcie muszę kupić biegówki to przywlecze swój tłusty śniegowy zad?

Co trzeba zrobiłam. 
Wyczesałam psie futra, dolałam świeżej wody kurakom, zagadałam. 
Kociołek wyczyszczony czeka na popołudniową wrzutę węgla. na razie, jak dla mnie 17 stopni to przyjemna temperatura.
Zaszyłam się wobec tego w domu, z towarzystwem (Absorbery na wyjezdnym jednodniowym).
Zaraz ukroję sernik od Mamy, przygotuję lampkę wina, zapalę sobie świeczkę (nie, nie gromnicę...:), włączę muzykę i spróbuję się odprężyć troszkę. 
Może się uda. 

W końcu potrzebuję trochę czasu dla siebie. Choć co niektórym smutno, że jestem dziś sama. 
Musiałam zapewniać, że bardzo tego chcę ;) 
Potwierdzić, że na pewno będzie mi dobrze, że nie uderzę w ryk, nie pochlastam się nożem do smarowania chleba, nie wbiję korkociągu w oko.

Lubię mieć czasem dzień wolnego. 
Choć wtedy więcej myślę, bo co by nie mówić, przy Absorberach nie ma czasu na zamartwianie się i mamlanie...;)

A to, że doskwiera brak towarzystwa...To fakt.
Że jest ciężko- to też.
Ufam jednak, że to przejściowe. Na pewno...:)
I tak, dzięki niektórym Osobom czuję się lepiej, bo pamiętają (a ja czasem zapominam...), dają znać, że są- może daleko, ale są- mentalnie, myślą, wspierają i...co tam jeszcze...;) 
To daje zastrzyk pozytywnej energii i poczucie- choć na chwilę, że nie jest się samemu.
I także to, że będzie wreszcie dobrze...
Bo będzie, prawda?

Ciastuś piernikowy od Sylwii D. - dzięki!

Jak co rok, baba z wypiętym tyłkiem na wszystko, a w wodzie wstawiony jałowiec

Zielone, żywe. Świerk ubrany bombowo. Choinka znaczy się...

Chabazie świerkowe, miechunki i gwiazdki śliczne, szydełkowe, do Ewy :) Dzięki jeszcze raz!

Sama nie jestem. Najlepsi przyjaciele. Nagorętsze serca. Psie serca.. I...papucie od Sylwii D. :))))


Trzy słomianki :)

Promyki ...nadziei? ;)

sobota, 20 grudnia 2014

Wieje...

Kiedy tak siedzę nad lapkiem, za oknem wieje, że mało głowy nie urwie; moja prywatna, całkiem spora zwężka Venturiego spisuje się dzielnie. Liście z ulicy, spod kościoła zasysa na podwórko,unosi je tańczące w górę by za chwilę grzmotnąć nimi o ziemię.
Rżną świerki na przystrojenie kościoła.

Nasza zielona panienka już ubrana. Absorbery uczestniczyły i jak zwykle z resztą dawały upust swojej pasji wieszania wszystkiego w jednym miejscu. Czuły punkt choinki, oczywiście w zasięgu łapek kocich, koło wigwamu. Jednym słowem w miejscach newralgicznych. 
W przeciągu pół godziny, bo tyle trwało nasze urzędowanie wkoło uśmierconego drzewka,głównym odgłosem były wrzaski małych, kochanych gardzieli- "teraz ja!" i odbijanie się (plastikowych) bombek o podłogę.
- A teraz- prezenty!- oświadczyła Absorberka

Chwilę trwało przypominanie kolejności zdarzeń...
Obyło się bez łez, bo Tupaja słowa dotrzymuje i jak mówi, że Gwiazdor vel Mikołaj przyjdzie- to przyjdzie.

Kominiarz też był. 
Absorber chciał wiedzieć czy naszym kominem Mikołaj ma szansę się przecisnąć?
Oczywiście! Wątpliwości zostały rozwiane, sadza z części komina wyczyszczona, uwagi wysłuchane, będą wdrożone. 
108 z vatem zapłacone.

Wiosną czuć niemal.
Może dziś nie bardzo, bo nawet jeśli jakiś zapach się wykluł w tych już gdzieniegdzie zbyt zielonych zakamarkach moich okolic, to wywiał je ten wiatr. Wiatr co mnie nastraja nerwowo. 
Nie, nie wkurwia dziś, bo chyba ostatnio zbyt jestem porozrzucana w środku. 
Nie,raczej nic się nie zmieniło. 
Niestety.


Całe szczęście,że dostrzegam co trzeba w koło. To, co zawsze cieszyło- cieszy nadal, choć przykrywają to gówniane przemyślenia i obawa, że mogę to stracić. 

Święta i forpoczta w postaci duszonych karpi w marketach, zwałów wędlin...
Bóg się rodzi- zwierz truchleje...
Megi wspomina o tym też, nie przeżywam tego czasu jakoś szczególnie. 
Będzie spotkanie w Wigilię z najbliższymi, w Tupajowisku. Wzgląd praktyczny- kury,psy- czekają na mnie :) Musiałabym wrócić do domu przed pierwszą gwiazdką. A tak- spokojnie, wszystko co trzeba zrobię, a potem zasiądzie się do stołu.

Jutro nastawiam bigos. Postny. We wtorek sałatka i krokieten machen. Oczywiście jeszcze burasy i barszcz.
Będzie troszkę roboty. Przynajmniej myśleć nie będę o swoich problemach.
Mam nadzieję, że Absorbery będą wyrozumiałe. 

Pamiętacie jak dostałam od Agniechy sukienkę w owady?
Mimo, że już wróciłam do swojej wagi (w niektórych, peryferyjnych częściach mam wrażenie, że z nawiązką), sukienka, mimo, że fajna, że hej! za duża na mnie (musiałabym chyba się zaopatrzyć w implanty).
Postanowiłam jednak nie pozwolić leżeć w szafie i czekać- albo na opasowe zwiększenie wagi (to raczej się nie zdarzy) lub wszczepienie implantów cyckowych (to również wątpliwe bardzo). 
Poprosiłam Macierz o uszycie zazdrostki na okno. Tupaja nie jest wielbicielką igły i nitki (chyba, że dentystycznej).

Oczywiście jestem nadal wielka przeciwniczką zasłaniania okien. Czasem jednak mam ochotę ukryć się za jakimś skrawkiem materii mniej przepuszczalnej.
Zazdrostka jest ruchoma. To znaczy- przechodzi sobie- w miarę potrzeby z kuchni do pokoju.