.

.

czwartek, 22 lutego 2018

I cóż, że z wosku

No właśnie.
Z węzy pszczelej. 
Leżała już zapomniana, a my na trochę uziemieni w domu, bo influenza jakaś więc pożytkujemy czas. 
Wspólnie wiele minut, godzin, całe dnie. 
Życie daje nam różne doświadczenia, choroby, by móc coś przemyśleć lub...zatrzymać się i mieć czas na ŻYCIE. 

Mydełka były, dziś świeczunie.
Na pewno nie ostatnie w tym sezonie ;)





Knoty oczywiście do przycięcia.

Paląca się świeczka woskowa nie tylko daje nam ujemnie naładowane powietrze (neutralizacja "wyziewów" urządzeń elektrycznych), nadaje delikatny zapach miodu pomieszczeniom, neutralizuje obce zapachy, dodatnio wpływa na mikroklimat, a w klimacie chorób dróg oddechowych wspomaga procesy leczenia.



piątek, 19 stycznia 2018

Glicerynowo w Tupajowisku

Huragan odleciał.
Pociągnął za sobą dwie dachówki. Jedną u nas, drugą u Dziefczynek.
Wczoraj lekko mnie podqurwił- tak mam zawsze kiedy wieje i kiedy jest pełnia. Tylko w czasie tej drugiej bardziej twórcza jestem.
Wiatr mnie nosi.
Wczoraj nosił też ciasto naleśnikowe, które jak guma pływało po patelni. Gdyby nie kojący wpływ obecności Wiadomych, pewnie by mnie dunder świsnął, ale pałeczka patelniowego została przejęta i naleśniki powstały. 

Od dziś trochę wolnego. 
I dobrze.
Mimo tego- zajęcia częściowo pracowe.
Dziś mydełko glicerynowe.
Wersja bardzo domowa, bez specjalistycznych naczyń, sesja też raczej robocza; bez wystudiowanych min, serwetek, rozsypanych kwiatuszków i lawendy. 
Zanim z Dorą umówię się na mydła sodowe, zrobiliśmy z Absorberami gliceryniaki.
Uważam, że są całkiem całkiem, a jak doda się nieco wzbogacaczy- całkiem niezłe.
Dzieciaki zrobiły z barwnikiem tylko i olejkiem z kiełków pszenicy, z tym że Gniewko użył bazy eko, a Nadka- przezroczystej. 
Foremki nie wymiatają, ale ważne, że są ;)

Stygnie

Ledwo zastygły....
Plus- rączki myte bardzo często :)

Moje powstały dwa. Z bazy eko.
Jedno z : olejem z kiełków pszenicznych, olejem rycynowym (wygładza, oczyszcza, zmiękcza; duże powinowactwo do lipidów skóry; poprawia pienienie mydła), nostrzykiem żółtym (przeciwzapalnie, zmiękczająco- głownie dla zapachu kumarynowego), kwiatem nagietka (wiadomo), woskiem pszczelim.
Drugie- z olejkiem z kiełków pszenicznych, masłem kokosowym (bio), olejem rycynowym i świeżym rozmarynem.

Wyglądają całkiem fajnie.


A tu fotoreportaż z działań nieperfekcyjnej Tupai ;)

Domowa łaźnia wodna

Na świeżo otwarta

Substraten

Armagiedon!

Trochę jak offsianka
Poza tym to:
Coli i jej córeczka kwoczą. 
Przy okazji mam możliwość obserwacji zachowań matki do krwi ostatniej broniącej jaj, z udawaniem złamania skrzydła włącznie. 
Coli skrzeczy i udaje połamanie członków górnych, córeczka tylko się drze  i stroszy pióra. 
W odróżnieniu od matki wysiaduje jaja wirtualne. 
Coli- wszystkie, które może doturlać pod siebie.

czwartek, 21 grudnia 2017

No i tak...

Czasu brakuje na pisywanie.
A czytam, że lubią, że by czytali.
A ja co?
A ja wieczorami już nie bardzo.

Za dnia- zielona huta. Etat jest cały, osiem godzin urwane z życia. 

Plusy i minusy straszne. Jak nigdy czekam na wydłużenie dnia. Odgórnie i bez sprzeciwów.
Wstaję- ciemność widzę, zajeżdżam do Tupajowisko- to samo.

Wiem, że to samo u was, cóż jednak- ból osobisty największym się być wydaje.

Lekkie wytchnienie czeka po świętach. Urlop mały wzięty, bo potem armagedony szkolne i masa zadań więc czas akumulatory ładować. 
Śniegu jak na lekarstwo- było.
Teraz już nic.
Zjechało.
Wsiąkło.

Jaja ubłocone.
Za to albo Coli się niesie, albo jej córa, która oczywiście zawsze zaczyna nocowanie obok kurnika.
Trzeba ją do niego przenosić.
Zdzisława i jej brat niestety nie grzeszą inteligencją. 
W porównaniu z dziefczynkami są znacznie w tyle. O ile rzeczywiście są bardziej może czujne to ich podejrzliwość jest iście macierewiczowa.
Wystarczy, że przyjdę w innej kurtce.
Kury, kiedy się odezwę, już mnie poznają (czapa na włosach obowiązkowa- może przestraszyć jednak); perliki drą się, panika w oczach, wrzaski, szamotaniny. 
Restet masters mózgu- nic nie dociera- mój głos, moje zawołania. Nic.
Ostatnio Zdzisław poleciał poza wybieg- dobrze, że nie do sąsiadki. 

Latają faktycznie dobrze. Wrócił, w czym pomogła Masza, bo go nagoniła do mnie. 
Mimo to- brakuje mi kontaktu z kurakami. 
Zawsze miałam więcej czasu, żeby się pogapić. Rozkminić zależności- która z którą się lubi, kolejność dziobania, animozje między nimi. 
Teraz tylko weekendy. 
A i nie zawsze, bo ostatnio to się w wyrku grzałam, bo przechodzone tygodniami infekcje przy grupach dzieciaków i gadaniu nie pozwoliły na regenerację. 
No i musiałam zlec. Rosół pomógł, z kluchami, herbatnia z imbirem i po raz drugi- wygrzewanie. 

Julian zabójczo się do nas przytula. 
To znaczy ciężko mu pohamować instynkt zabijania rąk i palców.
A jednak mruczy przy tym i jak wołam go z korytarza to leci do mnie na złamanie karku. 
Choć czasem...daje się już ponieść instynktowi eksploratora. 
Wiosną dopiero planujemy go wypuścić, bo teraz- jak nic by go coś rozjechało.
Jagoda za nim nie przepada. On ją goni i chce się bawić- tak jak z Maszą. Matrona jednak tego nie toleruje. Ma prawo.
Kicia po prostu wali go po mordzie i syczy.
Jagoda nawet warczy, ale po mordzie nie wali więc jest mniej przekonująca chyba.

Choinka już stoi.
Absorbery ubrały, zadowolone, bo stoi u nich.
Pomału czas myśleć o żarciu na świąteczny stół. To już moje trzecie święta bez mięsa. 
Co prawda tradycyjnie Wigilia zawsze była u mnie w domu rodzinnym jarska- postna, ale śniadanko już było zaprawione świnią...
Czas przygotować się na gotowanie kapuchy, robienie sałatki i krokietów. Te ostatnie jem raz w roku. Głównie ja....
Może coś o fasoli białej pomyślę, bo pewne zapasy puszek mam. Widziałam masę przepisów, włącznie z ciastem. Na słodko.

Cóż, jeśli się nie odezwę, a to niemal pewne, 
życzę Wam spokojnych świąt, 
bez przejadania się, 
jak najmniej mięsa, 
dużo serca, spokoju i zdrowia!