.

.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2025

Reiki zwierzętom

 

Zostałam ostatnio zapytana czy można robić zabieg Reiki zwierzętom.

Oczywiście, że można ?

Bardzo lubię pracować ze zwierzętami. Bardzo dobrze reagują na zabieg. Osobiście, czuję też dużą radość pomagając.

Zwierzęta lepiej czują energię Reiki. Ale też wiedzą czy jest im ona rzeczywiście niezbędna. Bardzo wyczulone są na nią koty.

Często, kiedy robię zabieg jednej z naszych suk, zaraz przychodzą pozostałe, ale to nie jest takie zwyczajne podchodzenie, jak wtedy, gdy sie miziamy.

One stoją w kolejce, wierzcie mi ?

Ostatnio robiłam Reiki Ninie, potem przyszła Masza, na końcu Boni- jej nota bene Reiki pomogło wyjść z poważnej kontuzji.

Ostatnio sporo pracuję z ... kurami.

Tak, to "dzięki" Białej, która ma problem z jedną z nóg. Jej koleżanka od tego samego hodowcy miała to samo, ale jej nie udało się pomóc. Nie wstawała, noga jakby straciła całkiem czucie, bez widocznych urazów.

Podobna przypadłość dotknęła Białą. Tyle, że teraz spróbowałam Reiki i... po 3 tygodniach kura staje na nogę, która była jakby całkiem do niczego.

Wiem, że dla tradycyjnego hodowcy taka kura dawno skończyłaby w rosole lub kuble na śmieci. Ale nie u mnie. Zawsze staramy się pomóc,a kury mają u nas dożywocie.

Zabieg u tego typu zwierząt trwa krótko.

Nie wolno go robić na siłę.

Zawsze przekazujemy mentalnie zwierzęciu co mamy zamiar zrobić. Czasem zwierzę nie chce zabiegu i odchodzi od nas, odwraca się. Nie należy tego lekceważyć. Próbujemy następnym razem, za dzień czy dwa.

Zdarzyło mi się mieć wielką potrzebę pomocy, bo wiedziałam, że jest ranne czy cierpi- a zwierzę odchodziło i nie miało ochoty na dotyk.

Z drugiej strony czasem robię Reiki jednemu, a pzychodzą te, które też potrzebują pomocy.

To cudna energia. Jednocześnie należy pamiętać, że tak jak u ludzi, w przypadku choroby, nie może eliminować zaleconego leczenia. Jest dodatkiem, wsparciem, zastrzykiem energii.






sobota, 30 kwietnia 2016

Pożyteczny bałagan ogrodowy

Ponadto, że latam to tu, to tam, podgrabiam, sieję, sadzę, wrzasnę, przytulę to obserwuję.
Jak zwykle oczy dookoła głowy.

I już wiem.
Zastanawiam się po co mi dwa budynki gospodarcze, za które bulę podatek niezły?
A one wiedzą.
Dom sobie tam znalazły.

Choćby nietoperze nawet.
Zapewne także, prócz rzeszy gryzoni, które przynajmniej przystankowo traktują te miejsca, to na strychach i w ścianach, pomiędzy kamieniami- tam, gdzie wykruszyła się zaprawa urzędują dzikie pszczołowate.
Wyglądają na porobnicowate, ale do ręki nie brałam, bo coś wkurwione były.
Stoi taka, gapi się, może chce swoją dupę opasłą wcisnąć w któryś zakamarek!
A won!

I tu do sedna sobie przechodzimy i tego, że stare domy, siedliska to miejsca potencjalnie bogate w gatunki. Mamy stare mury, z wykruszającą się zaprawą, mamy szachulce z gliną, w której sobie można dziurki i norki robić (znów błonkóweczki).

No- potencjalnie fajne lokum

Tu już zasiedlone
Mamy bałagan.
Okroopny bałagan, z rzuconymi gdzieś w kąt starymi dachówkami.
Piękne jaszczurowisko.
Choć u mnie już nie bardzo, bo się mi śliwki na potęgę gąszczu rozrastają.


Są kupy starych gałęzi, których nie chce się lub zapomina spalić z każdą wiosną czy jesienią. I tak trwa ona, a w niej zimują kolejne pokolenia jeży, drobnych bezkręgowców...

Są chaszcze, bzy nieprzycinane; do okien zaglądające.
Pfff! I cóż, ktoś powie. Ano.
Mam za to drozda, mam kapturkę i rudzika, mam dwie pary kosów.
Wielkie drzewa.
-"O, pani! Ale tych liści, nie lepiej wyciąć?"

Nie. Nie lepiej.
Mam cień, mniej wody w piwnicy, hre hre, i gniazda moich ukochanych szczygłów.

Są i u mnie chwasty.
Chwasty, które chołubię, doprowadzając do palety emocji wśród bliskich oraz obserwatorów.
To - dla trzmieli, to dla pokrzywników, pawików. Zostaw te trawy duże! Zawsze mi napójka łąkówka się trafia na nich! Zostaw! Bluszczyk kurdybanek! Zostaw!
Co z tego, że przekwitło. Nie! To dla ptaków. Makolągwy zalatują też.

Różnorodność.To przyroda lubi. To jest naturalne.

Co można robić, żeby przyciągnąć życie do ogrodu?
Pamiętać, że poza domkiem, który powiesimy dla błonkówek (chwalebne!), należy pamiętać, że sam domek nie jest powodem ku temu, żeby robaczek sobie u nas zamieszkał.
Musi mieć co źryć, mówiąc kolokwialnie. A tu przechodzimy do sedna- czyli bazy pokarmowej.
Jeśli ktoś się nakręci tematycznie, polecam pracę, o której już kiedyś pisałam tutaj, na temat roślin karmowych dla owadów.

Wszelkie kwiaty nektarowe są wabikiem dla motyli i błonkówek.
Mamy ładne kwiatki i do tego sporo życia brzęczącego wkoło.

Ogród żywy, to co tu mówić ogród bez chemii.
Nie ma chemii nieszkodzącej organizmom żywym.
(nam też, ale my to przecież rasa panująca więc może nam nie szkodzi, co?).

Jedną z czynności, które rodzą we mnie instynkt zabójcy osobników własnego gatunku są opryski. Te południowe, w pełnym słońcu, przy oblocie pszczół i innych owadów.
Noszsz, kufa!
Czy taki debil zwany człowiekiem, podobno myślącym nawet, nie jest w stanie pojąć, że zabija przy okazji tych, od których zależy czy zeżre to jabłko ze swojej "ekologicznej" jabłonki czy nie?
Nie, nie trafia.
Tak jak i nie trafia do imbecyli rolników (niestety sporo mam takich w okolicy) wyjeżdżających z opryskiwaczem w podobnych porach, przy kwitnącym rzepaku...

Różnorodność.
Co prawda nie zawsze tak do końca, bo mając w bliskim sąsiedztwie rodzinę szerszeni nie byłam zbyt zadowolona, ale... dzięki nim ilość owadów ogólnie się zmniejsza, bo szerszenie wytrawnymi łowcami są. Muchy, motyle niestety też.

Prócz dziur między kamieniami, które mogą zająć pszczołowate, w domu są też szczeliny u podmurza. Tam też czasem zahaczają się na dłużej matki trzmiele. Kolejny bonus.
A ja je wabię, bo utrzymuję kolejny "chwast".

Jasnota. Pilnowałam Taty, co by nie wyrżnął.

Jeśli ktoś może pozwolić sobie na mały akwenik, oczko wodne, to dodatek do zwiększenia atrakcyjności naszego łogródecka. Przylecą ważki, komary też, ale zalęgną się i te, które komarze larwy będą zjadać. Przyroda nie zna próżni.
Jeśli wody jest więcej, trawy nie kosimy jak popieprzeni na wysokość milimetra, to może nam jaka ropuszka czy żaba przywędruje. Że nie wspomnę, że szerokim echem się rozniesie po okolicy, gdzie można się napić;)

Schronienie, baza pokarmowa też ;) pod warunkiem, że dłużej poleży :)

Nie wiem cóż jeszcze dodać, bo ja mam tak, że patrzę na wszystko dość ogólnie.
Sens tego jest taki, że przestrzeń, w której żyję chcę dzielić z innymi stworzeniami, bo to daje mi radość. Oczywiście łatwo się w tym zakopać, co też czasem się dzieje, ale ogólnie jestem zadowolona z tego co mam wkoło na tej małej przestrzeni wkoło siebie.

Dosadzam, zostawiam resztki, staram się myśleć o innych stworach. Chemii nie stosuję, mimo pukań się w puste głowy co niektórych.
I to chyba najważniejsze.

Pachnica dębowa- od 2 lat zalatująca .. na podwórko :)







piątek, 2 października 2015

Finalia perystaltyczne i pani mądra odpowiada:)

Znów, bodajże wczoraj, zerknęłam na statystykę strony mojej i wyszło co wyszło:


Może mało wyraźnie, ale wychodzi na to, że to, co prowadzi czytelników do mojego bloga to kupa.
Jakby nie spojrzeć - rzecz bardzo ważna.

"Winą" obarczam ten post, popełniony niemal 3 lata temu.

Tak się w tych fekaliach pogrążyłam, że zastanawiać się zaczęłam nad odchodami waleni. 
Szukałam, szukałam... nie znalazłam nic konkretnego, ale parę ciekawostek, między innymi to, że jakiegoś nurka fotografa spotkała niemiła niespodzianka, bo wieloryby, wśród których pływał, zrzuciły z siebie brunatną breję. Prawdopodobnie ze stresu. 
(źródło ). 

dailymail.co.uk
Nie dziwię się.
Mimo swoich rozmiarów są bezbronne.
Wobec bezwzględnej często i barbarzyńskiej  istoty jaką jest człowiek.

internet
Wśród śladów, na jakie natrafiłam- ciekawy artykulik także o tym, że żelazo zawarte w wielorybich odchodach, wybitnie przyczynia się do rozwoju fitoplanktonu pochłaniającego dwutlenek węgla.
(żródło ).
Cóż z tego, kiedy japońce (i nie tylko oni), nadal trzebią populacje tych pięknych i zagrożonych ssaków morskich. Śmieją się wszystkim w twarz, nazywając swoje połowy "naukowymi". Żrą potem mięso z tych zwierząt. Niech im w gardle stanie.

Jak już przy kupie, odchodzie, ekskremencie, łajnie, gównie, szicie, gnoju, guanie, stolcu, to macie oto zilustrowanie potocznego wyrażenia brzmiącego nie inaczej jak "postawienie klocka" - dla niewtajemniczonych, oburzonych czy łobrzydliwych- zrobienie kupy:

Made in Ruda
Dość o finalnym efekcie trawienia.
Dziś w przedszkolu, na podwórku raczej, dzieci znalazły gniazdko. Na odchodnym usłyszałam, że "może mama Absorberów powie nam czyje to gniazdko".
Mama Absorberów nie wiedziała, ale od czego ta mama ma swoją biblioteczkę? No od czego?

Taram!


Gniazdo z charakterystyczną "polepą"- czyli takie wymiziane, gliniaste wnętrze. 
Z wierzchu troszkę trawek, mchy, porosty. 
Zwykle nisko nad ziemią (to- na wys ok. 1,50 m). Gniazdo drozda śpiewaka, nie do pomylenia z żadnym innym.
Ot i tyle mądrości.

Po mądrości z innej półki zapraszam do Sudeckiej Zagrody Edukacyjnej, o której już pisałam niedawno tutaj- kiedy się otwierała i - jak się okazało- załapaliśmy się z Absorberami na fotkę :)

sudeckazagroda.pl
Chyba nie muszę pisać, że przejeżdżających zapraszam na kawu :)


sobota, 30 maja 2015

O "kretu*" i co tam jeszcze.

Dziś dzień intensywny, bo roboczy, z remontowymi klimatami, a mnie siekło.
Nie wiem czy to wirusowe zapalenie spojówek już mi wnika przez śluzówki (Absorbery z syndromem: "bo zupa była za słona"- Młoda - oko lewe, Młody- oko prawe). 
Ciekawe jaka ja jutro wstanę....

Zaliczyłam mały rozpad funkcji, ale drzemka nie wchodziła w rachubę, "bo ponieważ" jako "baba siedząca w domu z dziećmi" słyszę jak jest problem, interweniuję...
Jakoś "dziwnie", jak zlegnę na moment przysłowiowy, Absorberom zachce się pić, albo niespodziewana kupa zechce opuścić pielesze zwojów jelitowych Moich Pociech...

Nie zreaktywowałam się.
Magicznie podziałało wiadro z wodą i ściera. 
Po prostu trzeba było posprzątać sajgon.

Dzisiejszy dzień zaczęłam spacerem z psami; jakbym czuła, że nie wyjdzie wietrzenie futer w południe.
Wędrówka o 6,30 była nowym doznaniem. 
Koty buszujące w zbożu, koziołek i charczące na nie psy na uwięzi oczywiście.
Udało się bez szkody własnej, canisów i zoocenozy, powrócić na Tupajowiska łono.

W drodze powrotnej ze sklepu zdarzył się cud!
Wiem, wiem...
Niejedne z Was zgrzytają zębami, ale u mnie ich nie ma.
A zobaczyłam pierwszy raz żywego.
Z bliska!



Wiem, że wiele z was się na nie wkurwia...
Ale...może co nieco o ślepaczku?
Jako ssak owadożerny, żyjący pod ziemią, z gałami uwstecznionymi (bo po co), świetnie radzi sobie grzebiąc korytarze w ziemi, w poszukiwaniu swoich ofiar. W zależnosci od rodzaju gleby, w której żyje (a głownie jej żyzności), jego ofiara padają dżdżownice (gleby zyzne), albo pędraki chrabąszczy i drutowców (gleby bardziej jałowe). Jak sami widzicie, można więc być im wdziecznym, bo trzebią populację "szkodników" glebowych. 
Choć generalnie- kret je co mu pod nos wpadnie ;)
Ponoć nawet nagie ślimole pożera!
Zjada dziennie ilość odpowiadającą połowie jego masy ciała.
Krety głównie polują w korytarzach, ale w przypadku braku pokarmu (np. zimą) wyłażą na powierzchnię. 
Nie lękajcie się jednak!
Poluje na bezkręgowce....

Krety, choć ślepe, korzystają z dobrego węchu i słuchu oraz bazują na wąsach czuciowych. 
Kret ryje z prędkością 12-15 m/godzinę (żródło). 
Są samotnikami i w pary łączą sie tylko na czas rozrodu.
Po ok. 28 dniach samica rodzi od 2 do 7 młodych.

System korytarzy kreta europejskiego ("Agroekologia" Tischler)
Wiem, że mogą być upierdliwe w ogródkach, ale są bardziej pożyteczne niż szkodliwe, biorąc pod uwagę pożeranie pożeraczy naszych roślin oraz spulchnianie gleby.


Cóż poza tym?
Ano- bez kwitnie. Co prawda pogoda nie dopisuje - chłodnawo i mało słonka, ale pomału....


Kto jeszcze nie wie jak zrobić sok- przypominam przepis . 

Bazaltowa Góra zielona.
W tym roku miodownik melisowaty, pierwszy raz widziany przeze mnie rok temu  w ilości znacznie większej co cieszy niezmiernie. 





Absorberka używa takiej formy w miejscowniku. 

piątek, 13 września 2013

O rybach, a także o Ichneumonie, psim smalcu i co mogłoby mieć jedno z drugim wspólnego

Dziś kamieniom powiedziałam dość





 i usiadłam sobie z zamiarem napisania czegoś do rzeczy. Co z tego wyjdzie- nie wiem.
Niewiele wyszło z poczwarki rusałki pawika, którą przesiedliłam na abażur, co by Absorberom pokazać świeżo wylęgłe imago.

Się wylęgło, ale nie motyl.
Gąsienicznik. Nie odważę się oznaczyć, bo się nie znam, a binokular u rodziców.


Poczwarka wykazywała pewne objawy spasożytowania, ale nie przejęłam się tym i oczekiwałam na wynik.
Kiedy jednak na oknie pojawił się znany mi stwór , wiedziałam już, że poglądowej lekcji nie będzie,a na taką znowelizowaną o Ichneumona (tak sobie nazywam rodzinę gąsienicznikowatych Ichneumonidae), Absorbery jeszcze za małe.



Ichneumon został wypuszczony na wolność, co by spotkał partnera i znów poskładał jaja w nic nie przeczuwającej gąsienicy.
Takie życie, taka przyroda.

Szkoda, że większe odpowiedniki takich stawonogich pasożytów nie składają jaj wewnątrz  złych ludzi.

Powiem tak.
Ostatnio, jako że na własne życzenie nie oglądam wiadomości bieżących, a gazetę kupuję zwykle w czwartki i soboty dla dodatków, nie o wszystkim wiem. 
W sumie to i dobrze czasem, bo nie mam wpływu na tę bandę idiotów i złodziei na górze, a przynajmniej mniej wqrwów mną zawłada, a to się ceni, oj, ceni.

Jednakże FB dostarcza mi wystarczająco dużo informacji, a także i tę o starych, powiem tak- PADLINACH nie ludziach, babsztylach, co to w Kłobucku przerabiały psy na smalec i nim handlowały.
Nasz kochany wymiar sprawiedliwości (???), choć już o nim sp. Lepper mówił, i z tym się zgadzam, że "do sądu nie idzie się po sprawiedliwość tylko po wyrok".
Babska, wg najwyższego, nie zabijały psów w sposób okrutny, a smalec nikomu nie zaszkodził.
I co jeszcze?
A tak na dodatek, z naszych podatków przeszło 4 tys. na opłacenie obrońców zwyrodniałych babsztyli.

Tu jest artykuł.

Babsztyle- babsztylami, ale i do tego cała gromada tych, którzy wierzą w moc tego smalcu. 
Zapewne wywodzą się z bagna tych, którzy i koty ze skóry obdzierają i przykładają sobie na bolący krzyż.

Zastanawiam się czy smalec z takich ludzi komuś by zaszkodził? 
Raczej nie. 
A i zatłuczenie takiej baby nie powinno nikogo zgorszyć.
Mnie by nie zgorszyło.

Wczoraj, w naszym sklepiku wiejskim dorwałam dorsza.
Wędzonego.
Bardzo lubię tę rybę. W ogóle przepadam za rybami, a jednak rzadko je jem.
Dorsza zamierzam, przynajmniej w części, przerobić wg przepisu Kamy na hekele.

Przez przypadek znalazłam całe 5 km od Paszowic miejsce, gdzie można zjeść dobrą, świeżą rybę. Z pieca.
To Sokola ze swoją smażalnią- "Sokola Rybka".
Ceny przystępne, a i na wynos można wziąć.
Sokola jest przy krajowej trójce, jadąc od Legnicy w kierunku Jeleniej Góry, dosłownie wspomnianych parę km od zjazdu na Lipę i Paszowice.
Ryby mają z pobliskich Bolkowic. 
Polecam!





wtorek, 25 czerwca 2013

Raz jeszcze deszcze i ciekawy blog do poczytania

Nie tylko u nas armagedon związany z przepiękną aurą.
Kretowata hula Miśkiem niczym amfibią , a ja się z domu nie ruszam, bo- po pierwsze primo- nie mam czym, bo Kamax Foxiuniem moim teraz jeździ, a po drugie primo- deszcz wali z nieba hektolitrami, że nawet gdybym ośmieliła się wyjść na dłużej z domu, wypadałoby wziąć chyba jakiś żel pod prysznic i gąbkę. 
Byłoby dwa w jednym. Wyjście po sprawunki i prysznic.
Zimny do tego, bo rtęć powędrowała aż do 12 kreseczki.

Psy rano wyciągałam na sikanie siłą.
Na naszym bagnie woda stagnuje już do kostek.
Ze studni zalanej wylewa się....prawie jak z kogoś zalanego,ale nie wodą.

Moje donice z kwiatkami, które wystawiłam przed drzwiami, przeżywają stres wymywania  ich gleby w donicach.
Niedługo chyba zostanie największa frakcja kamyczków, a wszelkie ilaste spłyną...
Ale co tam....
Najwyżej posadzę coś, co lubi kamieniste podłoże, he he...pionierów jakichś.

Tak sobie poczytałam blogi- w międzyczasie robiąc szybką sałatkę z kurczakiem i makaronem- i dziś w Goleniowie  tekst, który przytaczam w całości, a samego bloga polecam serdecznie.

Oddam dziecko w dobre ręce

"Oto list jaki mógłby przyjść na adres jakieś placówki opiekuńczo wychowawczej na terenie naszego kraju :
 Szanowni Państwo
 Serce mi się ściska ale jestem w sytuacji bez wyjścia. Poszukuje nowego domu dla mojego 10 miesięcznego dziecka. Razem z nami mieszka też nasz ukochany sześcioletni pies racy labrador o imieniu Max.. Piesio jest  oczkiem w głowie, wielka radością i pociechą w trudnych chwilach. Niestety od czasu gdy na świat przyszło dziecko Max źle znosi jego obecność, z dnia na dzień staje się smutniejszy , gaśnie w oczach. Pojawiły się objawy alergii na ślinę malca, który raczkując zanieczyszcza podłogę , po której chodzi piesek. Dziecko zabiera mu zabawki, wchodzi do jego kojca , odbiera mu poczucie bezpieczeństwa. Ostatnio nawet nasze dziecko pociągnęło Maksa za ucho. Boimy się o jego zdrowie i życie. Mąż właśnie stracił pracę i zaczyna nam brakować na jedzenie dla psa. Teraz zdaję sobie sprawę , że decyzja o przyjściu na świat dziecka była nieprzemyślana ale stało się. Jeśli Państwo nie mogą zająć się dzieckiem to proszę o wskazanie miejsca gdzie mogłabym je zostawić.
Z Wyrazami Szacunku".
 
 
Sama mam dwa psy i dwoje Absorberów.
I jedne, i drugie wymagają troski.
Niestety- przyznam bez bicia, że dzieci na razie bardziej mnie absorbują, co wywołuje u mnie wyrzuty sumienia, bo wiem, że powinnam dać siebie więcej psom. 
Psom, które do domu wzięłam, odpowiedzialnie, z pełna świadomością.

Jednak nigdy nie pomyślałabym, że mogę oddać któreś z nich, bo narodziły się dzieci.
A w wielu domach tak to niestety wygląda.
Pies idzie na ulicę (w najlepszym wypadku), bo państwo ma nowe istotki do przytulania.




sobota, 25 maja 2013

Utopia, Tupajo, utopia...

Tak sobie przeczytałam, na prędce, notkę o prawdopodobnym końcu rasy dońskiej i pomyślałam, jak ten świat będzie wyglądał za tych kilkadziesiąt, sto czy dwieście lat.
W czasach, kiedy o większości spraw decyduje ekonomia.
Konie piękne, wytrzymałe, wszechstronnie użytkowe,  odporne. 
Zdawać by się mogło- czego chcieć więcej? Ano, Ukraińcy nie mają takiej siły przebicia, a i Kozacy u nich już hordami po stepach nie galopują....

Niedawno, na łamach KP rozpisywano się o hodowli koni małopolskich, o celowości dotowania jej hodowli, o koniach śląskich, które to mając dwa typy eksterieru, a także będące różne ze względu na udział krwi koni pełnej krwi, mają zgoła inne przeznaczenie użytkowe.

Mnie osobiście bardziej podoba się stary typ, o cięższej budowie. Zadeklarowany, w obecnych czasach, bardziej do użytkowania w powożeniu niźli jeździectwie.

Hodowlą koni także rządzi prawo popytu i podaży, ale o tym najlepiej wiedzą ci, którzy w tym siedzą po uszy. 
Zastanawia mnie -idąc dalej, jeśli prócz zmian kierowanych ekonomią, dojdą zmiany których sama mogłabym być przyczyną- z racji własnych przekonań...mogłoby się zdarzyć, że zniknęłoby wiele pięknych  ras zwierząt gospodarskich.

Zakładając, że większość z nas przechodzi na stronę zjadaczy roślin, a białko zwierzęce pożera prosto z szalek Petriego, przyjąć bym musiała do świadomości, że na przykład znikają moje ulubione rasy bydła (zaprzestajemy hodowli mlecznej krów, a także cieląt na tzw. "białe mięso"), kolorowe rasy świń- któż bowiem chciałby trzymać świnię tak sobie, po to tylko żeby cieszyła oko czy przekopywała ogródek? (chyba tylko ja...;))

Świnia rasy hampshire (mawają o niej hempszyr :))polsus.pl
Co do przeznaczenia cieląt (buhajki), na mięso, proceder jest okrutny, choć hodowcy, producenci klatek oraz cały pijar twierdzi inaczej.Jeśli któreś z was nie wie jak to sie odbywa to powiem w skrócie, że buhajki odsadza się od matek, zamyka w takich domkach z "wybiegiem", futruje mieszankami i pasie tak nimi do wieku 4-5 ms. Potem czeka je wybawienie w postaci noża rzeźnickiego lub innej przyjemności z rąk człowieka.
"Ciekawym" stwierdzeniem jest, że "ich pozbawione ruchu mięśnie zachowują niemowlęcą, apetyczną miękkość aż do dnia uboju" . 


Wspomniane przyszłe cielęcinki....





Takich domków są setki....

Sielanki na świecie nie ma i nie będzie.
To co się dzieje ze zwierzętami, a co robimy z nimi my- ludzie jest potworne.
Z kolei, wracając do zadanego sobie pytania- co by było....

Wielka hala z lochami w kojcach porodowych, w których nie mogą się nawet obrócić
 Człowieku...." Are you human, or a dud?" chciałoby się zapytać....



Ano, pewnie ucierpiałaby część ras psów użytkowych.
Myślę tu głównie o rasach myśliwskich; zakładając, że jakoś (no właśnie....), pozbywamy się tematu impotentów z jedyną twardą lufą- broni myśliwskiej -w łapie.
Pasterskie sobie poradzą. Wiem z własnego doświadczenia (Garip).
Z resztą...mieć psa, czy dwa- łatwiej. 
Kto weźmie pod swój dach taką jałóweczkę czy loszkę...
Już nawet nie rozmnażając, bo cóż zrobić z buhajkiem czy knurkiem, który- jak każdy chłopak wcześniej czy później będzie rozrabiał?
Skąd też środki na utrzymywanie minimalnego stanu pogłowia ras rodzimych dla danych krajów ...?

Ludziom żyje się - jak się żyje, a kto by myślał w takich momentach o źwierzach?



Po prostu- utopia, Tupajo, utopia....


piątek, 21 grudnia 2012

Małe plusy, stado minusów i hetakomba przedświąteczna.

ulicaekologiczna.pl
 
O ile z lekka choróbsko się oddaliło- przynajmniej nie czuję już go na karku, a jednak swoje miazmaty ma w nas nadal i daje znać o sobie nocami. 
Nie będę Was uszczęśliwiać informacjami na temat ile czego, jakiej konsystencji, koloru z nas uchodzi, ale jedno jest pewne- dobrze jeszcze nie jest, a niedobitki tej mendy, która nas połozyła na łopatki jeszcze kwiczą wesoło w moim i Młodych ustrojach.

Kamax też dobrze nie wygląda,na dodatek dziś już chyba nie mógł mnie weselszą wieścią uraczyć jak tą, ze oddał naszego jednego z tzrech trupów samochodowych do "gaziarzy", a ci wymieniając filtr gazu i coś tam jeszcze, spieprzyli elektrykę. Nie ma ładowania tu i ówdzie, a przynajmniej w akumulatorze i światłach. A to chyba ważne...Tylko nie dla gaziarzy. Oni przecież na gazie się znają. Sorry, ale ci to chyba tylko na tym z własnych tyłków, żeby nie powiedzieć pryszczatych (być może) dup.

Jak ja już mam tego dość. Nie tylko ja....
Czy ciągle coś się musi pierniczyć? Czy u nas czarna seria to brazylijska telenowela, albo "Moda na sukces"?
Instalator miał podjechać- nie podjedzie.
Już nawet nie pytałam dlaczego. Bo niby co to miałoby zmienić....

Ma przyjechać w sobotę. Oby zrobił co trzeba.

Niebawem Święta, które w sumie lubię, ale tylko przez wzgląd na dni wolne od roboty (w biurze), choinkę, prezenty i sernik Mamy (który też jest urodzinowym, wielkanocnym, a czasem, choć rzadko- bez okazji).
Choinka na pewno ucieszy Młodego, bo już więcej będzie kojarzył.
Bombki nietłukące (za to ładnie topniejące pod wpływem ciepła świec...) już kupione.

Z "żarła" nie za wiele, bo ileż można zjeść?
Nieśmiertelne, coroczne menu z sałatką, karkówką pieczoną, kiełbasą białą, ćwikłą, jakieś ucha z barszczem, kawałek rybki.
Na pewno nie karpia. Nie lubię.
Raz tylko jadłam dobrego w gospodarstwie rybackim przy Przemkowskim Parku Krajobrazowym.
A tak to śmierdzi mi i smakuje mułem.

Tak a propos karpi zaraz myslę o tej hekatombie zwierząt ku czci narodzonego.
Wiem, wiem...
Sama zjem karkówkę i ryby kawałek, ale nie zmienia to faktu, że ten przemysł ubojowy mnie przeraża.
I ci ludzie, pakujący do wózków tyle żarła. Obrzydliwe. Jakby nie wpieprzali cały rok. Wybaczcie, ale jak na to patrzę to mi się niedobrze robi. I żeby chociaż nic się nie marnowało. Ale nie. Potem,na śmietnikach masa jedzenia. 

Swoja drogą, chyba wystarczyłoby więcej myśleć. Po prostu.

A z karpiem to miałam kiedyś, przed którąś Wigilią miłą scenkę w tesco.
Pani przede mną, ufryzowana i obrzmiała od przeżerania się, miała wśród fury zakupów karpia. Oczywiście żywego, oczywiście w worku. Nie mogłam patrzeć na męczące się zwierzę. Zanim jednak powiedziałam cokolwiek, babsztyl roześmiał się na całe gardło- "Jak ten karp śmiesznie gębą rusza!".
Nie wytrzymałam i wrzasnęłam, że gdybym ci babo na łeb foliówkę założyła i zawiązała to byś tak samo śmiesznie gębą ruszała.
Baba zaczęła wyzywać mnie od "zielonych świrów" i "skurwionych feministek" (nie wiem co ma jedno z drugim wspólnego), aż przybiegł ochroniarz (tak na oko II grupa inwalidzka) i zaczął mnie uspokajać.
Chyba stanowiłam poważne zagrożenie dla ludzi, a na pewno dla tej magii świąt, przed którymi to "zwierz truchleje".

Mięso smakuje mi coraz mniej.
Jem z obciążeniem wiedzy o cierpieniach przed ubojem, o cierpieniach w trakcie produkcji mięsa, bo tak traktuje się zwierzęta- jak mięso, nie jak istoty czujące.
Może dlatego nie czuję się tak zdrowa, jak powinnam. Wszak z mięsem z cierpiących zwierzów trafia do mojego organizmu masę szkodliwych związków, powstałych w wyniku stresu i bólu, ze nie wspomnę o tych wszystkich lekach, antybiotykach, hormonach, pozwalających na utrzymwyanie tak zagęszczonych populacji zwierząt w tuczarniach.

Wierzę, że w końcu zamiast tylko o tym pisać, będę mogła szczerze powiedzieć, ze mięsa nie jem.
Tyle, że nawet jeśli nie zjem ja, zje 9 innych, wszystkożernych człowieczych istot.
Do dupy z tak urządzonym światem...

Swoja drogą...ciekawe jakby wyglądały tuczarnie ludzi na potrzeby świńskich społeczeństw? Kobiety zaplemniane na poczet produkcji mleka, a dzieci zamykane w małych, drewnianych skrzyniach, pojone mlekiem, hodowane na tzw. "białe mięso", młodzież ludzka, tuczona i ubijana na młode mięsko, albo wybrani - poddawani ubojowi rytualnemu....Ciekawe.....

piątek, 2 listopada 2012

Zdychaliby długo....

Jestem na FB, no jestem.
Czasem podpisuję petycje dotyczące wielu akcji związanych z wiwisekcją, hodowlą zwierząt futerkowych, wybijania mustangów, akcji wybijania kojotów u jankesów i innych tam działań, jakie podejmuje jedynie słusznie panujący, zdegenerowany gatunek, do którego niestety należę, choć często się tego wstydzę.

Otóż dziś, na FB przeczytałam (profil Vivy, tej od zwierząt, co to jej niektórzy bardzo nie lubią, bo się użala nad konisiami wiezionymi do Włoch czy też męczonymi na targach (z tradycjami, kurwa mać) ), że  u naszych podobno bardziej cywilizowanych sąsiadów kwitnie pewien rodzaj burdelów.
I nie, nie są to burdele z samicami człowieczymi.

To burdele dla zoofilów.
Utrzymywane tam psy i koty służą rozrywce tych zdegenerowanych istot- czyli ludzi.
I wszystko w majestacie prawa, bo zoofilia w Niemczech nie jest karalna.
Zdjęć (podobno bardzo drastycznych- co można sobie wyobrazić) nie oglądałam.

Wiecie co?
Ja już czasem mam naprawdę dość.
Miałam nikomu juz źle nie życzyć.
Ale takim degeneratom tylko kawał jelita wyciagnąć, przybić do słupka i ganiać dookoła, aż sobie te flaki z siebie powywlekają.
Niech zdychają w męczarniach. 
Padlina nie ludzie.
 

Popaprańcy p...leni.
Dobra, dość Tupaja...adrenaliny i kortyzolu już na dziś dość.




wtorek, 6 marca 2012

Poczytaj mi mamo...

To, że miłość do książek wyssałam z mlekiem matki- to jedno. To, że mi to zostało, choć ostatnio czasu brak- druga sprawa...
Będąc małą dziewczynką wsłuchiwałam się w czytane bajki Brzechwy, Kubiaka, Tuwima, Andersena, Braci Grimm, La Fontain'a, Szelburg- Zarembiny.
Do dziś wiele z nich pamiętam. Nasz pierworodny poznał na razie dwie- "Chory kotek"  Stanisława Jachowicza i "Pana Chilarego" Tuwima.
Czekają na półce moje ulubione lektury : "Cudowna podróż" Selmy Lagerlof, London ze swymi opowieściami o psach i wilkach północy ("Zew krwi", "Biały kieł"),












Cały cykl przygód Muminków, kroniki narnijskie....
Ech, ciekawe czy Młody nasiąknie klimatem szeleszczących przyjaciół człowieka.
Od wczesnych lat byłam "skorbiona" jeśli chodzi o zwierzęta i głównie o nich książki czytałam, tak więc te najbardziej zapadły mi w pamięć.
Teodor Goździkiewicz, ten też pisał przednio o koniach, psach, dzikim zwierzu. Jego książki pochłaniałam tonami.












Tytus Karpowicz- to już była wyższa szkoła jazdy, bo "Księga puszczy" miała chyba z 600 stron!
 
Cieńsza- "Władca Doliny Morskiego Oka" opowiadająca o rysiach też jest jedną z mych ulubionych.

"Księga..." wpisuje się w kanon literatury łowieckiej. Miałam taki epizod w swym życiu, ze pochłaniałam takie książki z pasją. Musiały jednak nie być zbyt krwawe, bo zawsze żal mi było zwierza; jednak było coś wciągającego w tym języku łowieckim, no i nie będę niesprawiedliwa- część myśliwych
(a, tfu! ) zna się na zwierzynie, przyrodzie, tropieniu i umie o tym opowiadać, a są to tematy dla mnie bardzo ciekawe.


niedziela, 4 marca 2012

Dla hucuła nie ma jak na...połoninie

O moim (naszym) zachwycie końmi rasy śląskiej już pisałam. Czas wrócić do tematyki hipologicznej i wspomnieć o drugiej rasie rodzimej, na którą sobie ostrzymy zęby. I to nie rzecz jasna w sensie kulinarnym...!

Hucuły. Małe ciałem, ale wielkie duchem koniska o nieprzeciętnej urodzie, dzielności, charakterze.
Swego czasu miałam okazję poznać paru reprezentantów rasy; bywało różnie- od krnąbrnych i - jak to nieoświeceni o inteligencji tych koni- "tępych złośliwców", po cudownych, nieparzystokopytnych przyjaciół.

Te pierwsze, w miejscu, gdzie raczkowałam jako amazonka. Stajnia średnio zadbana, część koni znarowiona; "instruktor", o niewysublimowanym poczuciu humoru, gęsto zaprawionym zaklepką szowinizmu, delikatnie mówiąc- szorstko obchodzący się z końmi.

Nie dziwie się, ze tamtejsze konie, w tym hucuły były znarowione bądź wykazywały nałogi. Atmosfera w stajni była średnia. Budowały ją oczywiście także osoby jeżdżące, ale...No właśnie.

W drugiej stajni spotkałam - nie przesadzam! same spokojne, bez narowów konie. Konie, które ufał ludziom, bo były przez nich dobrze traktowane.
Tam też były hucuły. Dwa- Len i Aster.

 Len miał posturę konika w bardziej prymitywnym typie, taki sam charakter. Zastanawiam się czy wymyślający mu imię nie zapomniał znaku zmiękczenia nad "n". Konisko, generalnie, lubiło dobrze zjeść, pospać i odpoczywać. Czyli taki sybaryta w końskim wydaniu.
Był potwornie łakomy. Tylko dzięki wrodzonej odporności tych koni i zdrowiu, nie padł na morzysko czy nie dostał ochwatu, po zeżarciu połowy skrzyni owsa.
Len był, jak chyba każdy hucuł inteligenciakiem, któremu ludzie (zwłaszcza ci mniej inteligentni) przypinali łatkę złośliwego gnojka. Lenek potrafił w terenie (niosąc początkującego jeźdźca), galopować prosto miedzy  blisko rosnące miedzy sobą drzewa. Delikwent w siodle, z wizją roztrzaskanych kolan czy wyłamanych nóg sam z siodła wyskakiwał, a Lenek...? Cóż. Zatrzymywał się i ... wracał do stajni lub brał za skubanie trawy.

Len i jego kolega stajenny - Aster, pochodzili z Gładyszowa (http://www.huculy.com.pl/). Jednak Aster był innym zupełnie koniem.
Był ładny, zgrabny, szlachetniejszy, aczkolwiek nie utracił urody hucuła. To był koń, który lubił ludzi i pracę pod siodłem. Wielką radością było dla mnie jeździć na nim- czy to skokowo czy też wyprawiać sie w teren. Na dodatek był miły w obsłudze; człowiek wręcz zapominał u niego w boksie o przepisach BHP.

Lubiliśmy się bardzo. Kontakt z tym koniem był dla mnie szczególnie miły. Chyba też mnie lubił, bo kiedy wołałam rano od progu stajni: "Asterku!"- odpowiadało mi jego charakterystyczne rżenie....

Trochę o hucułach


Hucuły niewielkie, prymitywne koniki górskie są jedną z najstarszych polskich ras o skonsolidowanym genotypie. Wytworzone zostały na terenie Bukowiny oraz Karpat Wschodnich tzw. Karpat Lesistych, w górnym biegu Czeremoszu, Prutu, Putilli, Mołdawy, Suszawy Tissy. Najprawdopodobniej są potomkami różnych typów koni, jak tatarskich, orientalnych, arabskich, tureckich, koni Przewalskiego, a także koni z krwią norycką. Wydaje się również, że rasa ta kształtowała się głównie pod wpływem środowiska- ostrego klimatu górskiego, przy ubogiej paszy i bardzo prymitywnych warunkach bytowania.

Do dnia dzisiejszego nie wiadomo jednak jakie jest pochodzenie rasy koni huculskiej.

Nazwę swą wywodzą od górali ruskich- Hucułów, ludności o specyficznej kulturze dla których koni odgrywały bardzo ważną rolę w życiu codziennym. Pierwsza wzmianka pisemna o koniach huculskich pochodzi z 1603 roku i zamieszczona została przez Drohostajskiego w „ Hippice”. Autor opisuje tam doskonałe konie górskie, wspaniale sprawdzające się w najtrudniejszych warunkach.

Hodowla na Huculszczyźnie prowadzona była zawsze bardzo prymitywnie. Konie przez większą część roku przebywały na połoninach i tylko w czasie dużych mrozów i śniegów chroniły się do szałasów górskich lub brano je do stajenek przy zagrodach. W lecie żywiły się trawą, w zimie natomiast wypuszczano je do stogów siana, poustawianych na połoninach, przy których pozostawały dniem i nocą. Tylko wyjątkowo w okresach ciężkiej pracy, dokarmiane były owsem lub kukurydzą. Bytowanie w surowych warunkach górskich, stale pod gołym niebem, ciągły ruch w terenach górzystych oraz dalekie marsze pod ciężkimi jukami- wszystko to hartowało konie przez całe pokolenia i wyrobiło w nich zdrowie, odporność, niewybredność i wielką żywotność.

Konie huculskie od lat znane są ze swej dzielności, sprawdzającej się w różnych formach ich użytkowania. Początkowo juczne w okresie po II Wojnie Światowej, przez wiele lat zdawały egzamin w regionach górskich i podgórskich jako konie zaprzęgowe (np. w SK Siary pracowały w zaprzęgach wszystkie klacze matki, w PSO Klikowa większość prac polowych i gospodarczych wykonywano ogierami huculskimi).

(źródło: http://www.huculy.com.pl/)











Mądre, dzielne, wytrzymałe i ... rodzime.

O hucułach można by w samych superlatywach chyba pisać. Piękne, dzielne koniki, radzące sobie w ciężkich warunkach, odporne. dlatego to o nich myślimy, żeby jako pierwsze zagościły w naszej stajni. Wykształcenie-wykształceniem, nieco praktyki, ale trochę czasu minęło i myślę sobie,ze hucuł lepiej zniósłby nasze błędy czy niedociągnięcia niż np. przerasowany folblut....
Konie huculskie, podobnie jak śląskie, objęte są programem ochrony rodzimych ras zwierząt. 

http://www.bioroznorodnosc.org.pl/2/index.php?m=rolnictwo1
http://www.ozhk.rzeszow.pl/pl/biuro/programy_ochrony/ochrona_koni_rasy_huculskiej.html





czwartek, 16 lutego 2012

Wszystkiemu winne łosie.

Właśnie przeczytałam, że te piękne zwierzęta maja czelność pożerać lasy, pielęgnowane w pocie czoła przez leśników, na dodatek- są sprawcami wypadków. To przynajmniej dwa argumenty za tym, żeby wciągnąć je "wreszcie" na listę gatunków podlegających odstrzałowi.
Oczywiście, większe zagęszczenie osobników powoduje zwiększenie pobierania paszy w danym siedlisku.
Tu wchodzimy na starą, niemiłą ścieżynkę- zabierania dzikim zwierzętom miejsca do życia, rozrodu, zamykanie korytarzy do migracji. Nie dość, ze powoduje to zbytnie obciążenie danego terenu z całą swą biocenozą, to wpływa na poszczególne jej elementy i samych "winowajców" "szkód". Osłabia populacje, której pula genów się zawęża w wyniku utrudnionej wymiany genów, jaką daje możliwość swobodnej migracji i szukania niespokrewnionych partnerów.
źródło: www.elkschnaps.com

Drzewa rzucające się na maski kierowców już były, teraz czas na łosie.

Oj, chyba ktoś tu zapatrzył się na niektóre kraje skandynawskie, gdzie w czasie rozpoczęcia sezonu na łosie, nie zastaniesz ludzi w domach. Każdy kto może jedzie strzelić łosia. Taka tradycja.
Barbarzyństwo, po prostu, nie bójmy się powiedzieć, niczym nie różniące się od rzezi fok czy innych zwierząt w imię ludzkich idei, jak by ich nie nazwał.

Jestem pełna obaw, że Ministerstwo się ugnie i da zgodę na odstrzały łosi. Wszak Polska myśliwymi stoi.
Sfrustrowani ludzie, rekompensujący swoje braki kosztem życia zwierzęcia.
Czasy zdobywania pożywienia w ten sposób minęły. Nie dość, ze katujemy świnie, bydło opasowe, drób w hodowlach wielkostadnych, żeby zjeść potem nafaszerowane chemia, lekami i stymulatorami wzrostu coś, co tylko z nazwy jest mięsem, wędliną....to jeszcze poniektórzy bronią myślistwa, nazywając je naturalnym działaniem człowieka w przyrodzie.
Myślistwo to drogie hobby. A gros tych degeneratów poluje dla samego zabijania czy trofeów, nie mięsa (te oddaje do skupu).

Nie ukrywam, że myśliwych nie cierpię. Znam ich paru i kładzie się to cieniem na naszej znajomości. Zwłaszcza ich zakłamania i zawoalowanego języka...Gwara...tja... łatwiej odstrzelić badyl niż żywą kończynę sarny, łatwiej przelać farbę niż krew...

Może nie umiem się pogodzić z tym, że zwierzęta są na przegranej pozycji.
 Ludzka populacja wypiera je z ich miejsc bytowania, ma pretensje, że jedzą, że paskudzą, że się rozmnażają; czasem mam wrażenie, że przeważa utylitarny stosunek do przyrody .
A  niech sobie taka będzie, ale w rezerwacie- najlepiej z dala od wsi, miasteczek (co by nie utrudniać ich rozwoju), zwierzaki- w zoo, rośliny w ogrodach botanicznych.

Otóż ja twierdzę, ze to nie przyroda, łosie czy wilki stanowią problem.
Problem stanowią ludzie. Ludzie, którzy żerują na Ziemi jak pasożyty, na dodatek pozbawieni instynktu samozachowawczego.
Ludzie, których jest po prostu... za dużo.

Jak już się rozpisałam to polecę tylko jedną z książek, która zajmuje nasz bogaty księgozbiór:
Z.. Kruczyński "Farba znaczy krew". Wyd. Słowo/Obraz Terytoria
 z recenzji:

Czy polowanie to sport dla prawdziwych mężczyzn, czy też prawdziwy mężczyzna właśnie potrafi dojrzeć prawdziwe oblicze myślistwa?
Czy człowiek jest panem wszelkiego stworzenia, czy raczej jednym ze stworzeń zamieszkujących tę planetę?
Farba znaczy krew to przejmująca relacja o dojrzewaniu świadomości ekologa, który odrzucił silny, akceptowany społecznie stereotyp, w chwili gdy zrozumiał, że miłość do przyrody i zabijanie zwierząt wzajemnie się wykluczają. Przeszedł niejako na drugą stronę barykady, a tam poznał wspaniałych ludzi z całego świata, którzy postanowili poświęcić swoje siły walce o tegoż świata przetrwanie. Jedni głośno manifestują i domagają się zmian ustawowych, inni dokonują małych, osobistych wyborów i na przykład odmawiają eutanazji zwierząt, a wszystkich łączy dojrzała miłość do Ziemi i jej dziedzictwa.

`To książka ważna, mocna, angażująca. Zrodzona ze zrozumienia własnych błędów. Obnaża i burzy niemądre stereotypy, które od niepamiętnych czasów wyznaczają nasz stosunek do świata zwierząt, do świata w ogóle, a także do nas samych - i przyczyniają się do tego, że zmierzamy w kierunku cywilizacyjnej katastrofy.`

Wojciech Eichelberger