Jeden - do czasów noszenia Absorberki w brzuchu i odpoczywaniu (połączenie jednego z drugim było nierealne).
Piłka dmuchana. Do 75 kg. Utrzymała mnie, a miałam 78. Aż czasem trudno mi to sobie wyobrazić, ale przecież byłam taka zwalista w ciąży :) 20 kg więcej niż norma tupajowa przewiduje.
Na piłce sobie odpoczywałam.
Siadając.
Teraz też sobie siedzę, przy stole, pisząc te słowa.
Nie ma ta piłka wypustek dwóch...ale to nic ;)
Drugi powrót to powrót do ulubionego zapachu.
Odkryty u Kaśki Mojej Serdecznej z Krakowa, gdzie na półce domowej go wywąchałam.
Mam nadzieję, że firma nie będzie mnie ścigać za prawa autorskie, bo przecież zaraz się rozpłynę w superlatywach.
Kiedy nadchodzą chłody, jesień, owijanie ciał w swetry, szale, apachy, golfy, po prostu nie umiem wyobrazić sobie tego czasu bez ciepłego, orientalnego zapachu krążącego delikatnie wkoło mnie; bez narzucania się, bez bezczelności, ale zdecydowanego.
I to jest taki właśnie zapach.
Jak kto zna się na "rozbiorach zapachowych" to mu zacytuję, co by przybliżyć woń:
"Orientalno - drzewny
Nuta głowy – kwiatowa, mandarynka
Nuta serca – kwiatowa, fiołek, róża, pieprz
Nuta bazy – paczula, wanilia, piżmo"
Jest słodkawy, ale nie duszny czy ciężki. Dla mnie- rewelacyjny.
Może dlatego właśnie, że gdy czas zimy szukam takich zapachów opartych na nucie orientalnej.
Tak samo balsamy do ciała czy olejki.
Latem preferuję nuty owocowe, orzeźwiające.
Perfumy są bardzo trwałe, a ceny są jak dla mnie przytulaśne.
Setuchna moich za 16,85 zeta.
Żałuję, że nie mam gdzieś pod ręka sklepu, bo przesyłka- 10,00 zł mogłaby mi z małym dodatkiem zagwarantować zakup jakiegoś innego zapachu na próbę.
Pisałam już bowiem o swoim ulubionym, obcym entomologu (mój guru- Polak to Witold Koehler- dodatkowo znawca leśnictwa i entomologii leśnej oraz hylopatologii (choroby lasu)).
Ta książka jest piękną opowieścią o owadach, ich zwyczajach, świecie, opisana łatwym językiem, barwnie i z zacięciem. Oczywiście zdobią ją ryciny autora.
Tu wybrana z turkuciami podjadkami:
Za podsumowanie owadziego świata i zaproszenie do lektury niech posłuży krótkie zdanie Fabre,a:
" W ich świecie kopacz przywdziewa wspaniały kontusz,
grabarz przepasuje się potrójną szarfą koloru zorzy,
tracz pracuje w aksamitnym kaftanie".
Oczywiście od czasu oryginału, a potem wydania polskiego (1959 r.) upłynęło już sporo czasu i poczyniono wiele zmian w nomenklaturze, w systemetyce, ale wygląd, zwyczaje i niesamowitość świata sześcionogów pozostała niezmienna.
Cena, hmmm...wysoka (3,5 zł za 1,5 l). Dziwne nie jest. Nie ma konkurencji w okolicy.
Znaczy są dwie krowy jeszcze, ale takie bidne, zafajdane, bo się dziadowi czy babie wstrętnej zgrzebłem nie chce ruszyć; parszywe stworzenia ludzkie. Poza tym krówy się pasą zaraz przy krajowej 3-ce.
A TĘ krowę znam z widzenia ;)
Czysta. Zadbana.
No, ale cena o złotówę większa niż od pewnej innej, też wypasionej, ale na podleśnych łąkach.
Trudno. Tu mam 2 min od domu- tam 12 km.
Wyjszłoby na to samo, doliczając paliwo, a może i więcej.
Grzeje człowiek takie mleko i się dziwuje.
Łyżka jakoś gorzej się w nim rusza, choć nie kwaśne przecież.
Im cieplejsze tym więcej perlistych kulek tłuszczu na powierzchni tańcuje (o fuj! zawoła inny konsument, tudzież ekspert od zdrowego żywienia- TFU), a po zawrzeniu jeszcze dobre paręnaście sekund się gotuje.
Będziemy kwaśne pić, sery popróbuję, bo Absorbery na razie się krzywią, niestety.
Chyba będę mieszać po trochu i do smaku przyzwyczajać, tak jak odzwyczajałam Młodego od proszkowego mleka. Po troszku dolewałam zwykłego, w końcu przywykł do krowiego.
Poszukiwania nowych smaków i dań w związku z moim ("idiotycznym", "chorobliwym") przejściem na niejedzenie mięsa ssaków i ptaków (ryba raz w tygodniu), dają efekty różne.
Dziś całkiem ciekawe smakowo i potwornie wypełniające, kotlety z kaszy jęczmiennej.
Pamiętać tylko trzeba, że muszą być małe, no i maczać sobie łapki w wodzie, bo się masa okropnie lepi- oczywiście nie do siebie.
Ja robię z jajkiem, bo jajka od swoich kur- uważam, że szczęśliwych- jem. Kto nie je- może zlepiać bułą tartą lub mąką kukurydzianą.
Doprawiam jak mielone tradycyjne- cebulą, czosnkiem, majerankiem, sól, pieprz, świeży tymianek, pietruszka, a dziś dodałam mięty jeszcze.
Dopełnieniem tego dania byłby sos grzybowy, ale z grzybami posucha.
Posucha też na murawce w okolicy rezerwatu "Nad Groblą", gdzie jeździmy się z Absorberostwem pikniczyć.
Koc jednak musi być solidny; nie taki tam fiu-bździu z konisiem, bo w tyłek trawy gryzą.
To tak, gdyby ktoś chciał się tam ... turlać na przykład.
Tylko żółwia brakuje ;)
Ostatnia fota przypomniała mi pewien dowcip:
Facet postanowił wybrać się z żółwiem do kina. Trzyma zwierzątko pod pachą, podchodzi do kasjerki i prosi o bilet: - Poproszę jeden normalny i jeden ulgowy, dla żółwia. - Przykro mi, ale to nie jest zoo, nie może pan wejść z żółwiem! - Ależ to mały żółw, zachowuje się cichutko, przecież nikomu nie będzie przeszkadzał. - To porządne kino, proszę nie blokować kolejki! - Ależ proszę pani, kupię dwa normalne. - Nie i już. Następny! Facet odszedł jak niepyszny, za zakrętem wsadził sobie żółwia w spodnie i po chwili wrócił do kasy - pod pachą miał już tylko pudełko z popcornem, w ręce kolę. Tym razem dostał normalny bilet bez większych problemów. W środku seansu postanowił pozwolić biednemu zwierzęciu pooddychać trochę świeżym powietrzem. Rozpiął więc rozporek aby żółw mógł w końcu wychylić szyję. Kilka siedzeń dalej w tym rzędzie dwóch gości rozmawia: - Stary - widziałeś? - Co? - Ten facet tam - ma fiuta na wierzchu! - No i co z tego? To erotyczny film - ty też prawie masz. - No... ale mój nie wpieprza popcornu!