.

.

czwartek, 21 grudnia 2017

No i tak...

Czasu brakuje na pisywanie.
A czytam, że lubią, że by czytali.
A ja co?
A ja wieczorami już nie bardzo.

Za dnia- zielona huta. Etat jest cały, osiem godzin urwane z życia. 

Plusy i minusy straszne. Jak nigdy czekam na wydłużenie dnia. Odgórnie i bez sprzeciwów.
Wstaję- ciemność widzę, zajeżdżam do Tupajowisko- to samo.

Wiem, że to samo u was, cóż jednak- ból osobisty największym się być wydaje.

Lekkie wytchnienie czeka po świętach. Urlop mały wzięty, bo potem armagedony szkolne i masa zadań więc czas akumulatory ładować. 
Śniegu jak na lekarstwo- było.
Teraz już nic.
Zjechało.
Wsiąkło.

Jaja ubłocone.
Za to albo Coli się niesie, albo jej córa, która oczywiście zawsze zaczyna nocowanie obok kurnika.
Trzeba ją do niego przenosić.
Zdzisława i jej brat niestety nie grzeszą inteligencją. 
W porównaniu z dziefczynkami są znacznie w tyle. O ile rzeczywiście są bardziej może czujne to ich podejrzliwość jest iście macierewiczowa.
Wystarczy, że przyjdę w innej kurtce.
Kury, kiedy się odezwę, już mnie poznają (czapa na włosach obowiązkowa- może przestraszyć jednak); perliki drą się, panika w oczach, wrzaski, szamotaniny. 
Restet masters mózgu- nic nie dociera- mój głos, moje zawołania. Nic.
Ostatnio Zdzisław poleciał poza wybieg- dobrze, że nie do sąsiadki. 

Latają faktycznie dobrze. Wrócił, w czym pomogła Masza, bo go nagoniła do mnie. 
Mimo to- brakuje mi kontaktu z kurakami. 
Zawsze miałam więcej czasu, żeby się pogapić. Rozkminić zależności- która z którą się lubi, kolejność dziobania, animozje między nimi. 
Teraz tylko weekendy. 
A i nie zawsze, bo ostatnio to się w wyrku grzałam, bo przechodzone tygodniami infekcje przy grupach dzieciaków i gadaniu nie pozwoliły na regenerację. 
No i musiałam zlec. Rosół pomógł, z kluchami, herbatnia z imbirem i po raz drugi- wygrzewanie. 

Julian zabójczo się do nas przytula. 
To znaczy ciężko mu pohamować instynkt zabijania rąk i palców.
A jednak mruczy przy tym i jak wołam go z korytarza to leci do mnie na złamanie karku. 
Choć czasem...daje się już ponieść instynktowi eksploratora. 
Wiosną dopiero planujemy go wypuścić, bo teraz- jak nic by go coś rozjechało.
Jagoda za nim nie przepada. On ją goni i chce się bawić- tak jak z Maszą. Matrona jednak tego nie toleruje. Ma prawo.
Kicia po prostu wali go po mordzie i syczy.
Jagoda nawet warczy, ale po mordzie nie wali więc jest mniej przekonująca chyba.

Choinka już stoi.
Absorbery ubrały, zadowolone, bo stoi u nich.
Pomału czas myśleć o żarciu na świąteczny stół. To już moje trzecie święta bez mięsa. 
Co prawda tradycyjnie Wigilia zawsze była u mnie w domu rodzinnym jarska- postna, ale śniadanko już było zaprawione świnią...
Czas przygotować się na gotowanie kapuchy, robienie sałatki i krokietów. Te ostatnie jem raz w roku. Głównie ja....
Może coś o fasoli białej pomyślę, bo pewne zapasy puszek mam. Widziałam masę przepisów, włącznie z ciastem. Na słodko.

Cóż, jeśli się nie odezwę, a to niemal pewne, 
życzę Wam spokojnych świąt, 
bez przejadania się, 
jak najmniej mięsa, 
dużo serca, spokoju i zdrowia!




wtorek, 28 listopada 2017

W biegu

Ostatnio- jak lubię i nie lubię.
W biegu.
Poranne szarpanie z czasem, naciąganie zbyt krótkiej kołdry. 
Szybciej!
Pospiesz się!
No, ruszcie się!
Znów się spóźnię...
"Znów się spóźni."

Ta sama droga codziennie. 
Wręcz te same prędkości na niektórych odcinkach. 
Wieczne mijanki z innymi "w biegu", a może- "po prostu w drodze".
Ten sam, a jednak uroczy widok pasm wzgórz. Tak zmienny jak lokalne mgły i mikroklimatyczne atrakcje.

Praca- podobna, choć tak inna codziennie, bo zależna od masy. 
Młodej, młodszej, najmłodszej.
Preferencji, chłonięcia, a czasem ostentacyjny opór wobec przekazywanej wiedzy.
Wesołe twarze, chochliki w oczach i znudzone oblicza z wydęciem znudzenia- "o czym ty mi tu pitolisz, babo...?".

Zadowolenie, że nie całkiem zwoje mózgowe zamarły, że jest tam jeszcze tego trochę, że tylko odkurzyć trzeba. In plus to wszystko.
Pozostałości inne- jako ten puch marny- zdmuchnąć trzeba; patrzeć do przodu i widzieć. 
Oddychać.

Wieczory szybkie jak błyskawica, gonią mnie i zastają przy podjeździe Tupajowiska .
Dziefczynki już grzecznie w kurniku choć Berenika- córka Coli i Titolonga, z uporem maniaka zostaje w pomieszczeniu bocznym, nie w sypialni. Z czołówką na głowie łapię to drobne, puchate ciałko i niosę do reszty. Pierwszy raz płakała i krzyczała, że zabijają, że źle tak, że o matko! Teraz już spokojnie. Nawet jej się już tak to serduszko kurzęce nie tłucze.
Mądre ptaki.

Nie głupie.
Ilekroć słyszę mądrości (sic!) pewnych ludzi o inteligencji zwierząt, a zwłaszcza ich braku, zastanawia mnie ten brak pokory; ta pustka nadętego balonu. Brak wiedzy, niechęć do nauki, do słuchania innych, tępe naśladownictwo i brak krytycznego myślenia. A właściwie brak tego ostatniego.
Inteligencja kur jest taka, na jaką je stać.
Podobnie jak niektórych z ludzi. 
Podejrzewam nawet, że część kur ma większe możliwości poznawcze niż niejeden zjadacz hamburgera i chipsów. 

O kurach moich pisałam wielokrotnie, także tutaj
Nie zmieniam zdania, że to ciekawe ptaki; każda ma swoją osobowość, choć nie każda może jest bardzo mądra. Może i nawet zdarzają się kurze "blondynki"- kto wie?

Pepita miała ostatnio kryzys. Udało się jej go pokonać- z moją mała pomocą, ale myślałam, że będzie to najgorsze. Zwłaszcza, że dwa tygodnie wcześniej odeszła Fifi. Młoda kura, tegoroczna, z zawadiackim grzebykiem kładącym się na prawy bok głowy. Fifi była z tych w typie Olkowatym- ciekawska, gadatliwa. Zawsze podeszła, skubnęła w nogę, spojrzała z ukosa, jak to kury mają w zwyczaju. 
Szkoda.

Pewnie jeszcze wiele rozstań mnie czeka.
Różne są- jedna bardziej, inne mniej kąsające w serducho. Zawsze jednak smutek zawiśnie nad człowiekiem, a potem jednak myśl, że choć ten rok czy dwa to było dobre życie. Bez cierpień, bez strachu (pomijając Zdzisława i Titolca). 
Że miały w sumie dobre życie. A ja dobre jajka...

Czas płynie- Jagoda i Kicia obrastają na zimę. Julian zagryza wszystko co możliwe. Czas mordowania rąk, palców, włosów. Minie. Jak wszystko. Z reguły zachowuję spokój, ale czasem ból ciachania mlecznych szpileczek przezwycięża dobre serce i z paszczy dobywa się ryk. I to jeszcze jaki...;)

Julian bezpieczny

Słit focia z Jawornika- IX 2017

No właśnie- dlaczego? :)

Manchmal ...
Sehnsucht ist so grausam....





sobota, 14 października 2017

Nie zapomniałam

Idziesz prawie zaraz po śniadaniu, wyjmujesz pranie z bebechów pralki.
Kiedy je wieszasz, wilgotne, nie parują jeszcze jak zimą, ale wiesz, że musisz je wieszać szybko. 
Dzień krótki już.
Patrzysz pod nogi, bo znajdujesz odrętwiałe pawiki i admirały.
Sadzasz je na kosmosach, ale z dala od kur, bo mogą zadziobać.

Szczeble furtki posklejane przędzą krzyżaków, martwe robotnice szerszenie leżą pokotem.
Jesiony sypią już listowiem, a nadgorliwcy już tną. 
Dobrze, że nie w sezonie lęgowym, ale jednak...

Doba mi się skróciła.
Praca na pełen etat. 
W zawodzie, rzec można. 
Bazując na wiedzy i zainteresowaniach brnę w różne tematy, ogarniam stada małoletnie i cieszę oczy znajomymi widokami. 
W domu czasu mniej.
Częste wieczorne agonie.

Kicia dochodzi do siebie po wypadku, ale pewna niesprawność zostanie. 
Coraz częściej myślę, że ją jednak ktoś kopnął...

Nowe kocię czeka na wizytę u weta.
Małe, wiejskie, podrapane; niepewna jestem, chyba raczej Julian, ale może Jula. 
Mądre; po wieczorze już zakuwetkowane. 
Śpi w transporterku. Woła w nocy o żarcie.
Wstaję.
No, bo jakby inaczej?

Nie mam czasu ostatnio na bloga.
A jak mam to czytam. Książki.
Albo żyję.
;)

Julian?

Oznaczanie z Absorberką

Przy Małych Organach Myśliborskich 

Absorber w bzach

...buraki kisimy

W terenie często...i bardzo dobrze!