.

.

piątek, 10 czerwca 2016

...siedem dni




Czas płynie.
Nieubłaganie.
Minęło 7 dni jak Go nie ma.
Tydzień.

Ratują obowiązki i to, a właściwie ci, którzy mnie potrzebują. Pochłaniają do reszty niemal.
Ci, co żyją.

Najgorszy był piątek, potem weekend cały, bo wszystko świeże.
A sen sobotni, kiedy to obudziłam się z przeświadczeniem, że stoi pod bramą, bo wrócił i czeka, żeby wpuścić….


To uczucie, że my –tu, a On – tam.
Sam. Leży.
Irracjonalne, że sam, że tęskni, że nie wie, czemu został tam, gdzie został.


Kiedy jestem spokojna i myślę bez smutnych, rwących serce i zaciskających gardło emocji? Wbrew pozorom wtedy, kiedy idę z Rudą naszymi wspólnymi ścieżkami. Mam wrażenie obecności drugiego Psa obok.

I tego, że idzie szczęśliwy, bo nic go nie boli, bo jest już wolny.

Przyłapuję się wtedy, że mówię:
„Napijcie się z Garipkiem, Ruda”…
„Chodźcie”…

Dziś wracałam drogą, którą wiozłam Go po raz ostatni.
Znów ścisk gardła, parzące łzy pod powiekami.
Refleksja, bo przed kwadransem uratowałam kowalika. W samym centrum Jawora.
Ocalone życie.

Tamto życie się skończyło.

Nie zazdroszczę innym psom, że żyją.
Jedno jeszcze uczucie mi towarzyszy.
Mam żal do weterynarzy.
Że znając mnie, moje podejście, pewną wiedzę, a także znając chorobę i stan Garipa- nie pomogli.

Olali.

Dla mnie to wielki zawód.

Chyba nie potrafię tam wrócić i znów zaufać.



piątek, 3 czerwca 2016

Cudów nie ma.

Miałam nie pisać tego postu. Doszłam jednak do wniosku, że jestem go winna osobom, które w różnym stopniu zaangażowały się w pomoc w szukaniu domu dla Garipa. 
To Hana i Kury z Kurnika, to Owieczka, to Inkwi...to osoby które są mi przyjazne.
Wszyscy mieliśmy nadzieję na cud.

Cuda niestety rzadko się zdarzają.
Nikt taki się nie pojawił.
Nie zdążył.

Zanim napiszę co sie wydarzyło dziś o 10:50, wspomnę tylko, że o ile spotkałam się z wieloma słowami otuchy i współczucia przy akcji szukania nowego Przyjaciela mojemu Psu, to miałam też wątpliwą przyjemność zaznania hejtu na facebooku. 
Generalnie jestem durną babą, "która nie powinna mieć psa, zwłaszcza pastersko- stróżującego, tylko chomika, a jak domek się nie znajdzie, to może lasek za wsią", a dziecko ugryzione zapewne dokuczało psu.
Ot, kolejny stereotyp. Tu kogoś, kto ma korbę (nienormalną) na punkcie psów; na dodatek cechuje ją (tak, to kobieta) brak umiejętności czytania ze zrozumieniem, co ostatnimi czasy jest normą w naszym zidiociałym społeczeństwie.

Czemu o tym piszę?
A choćby dlatego, że jeśli już ktoś taki przeczyta mój wpis, niech sobie daruje wymyślenia w stylu- ona kłamie, bo przecież niedawno pies szukał nowego domu, a tu taka historia!

Od feralnego dnia pokąsania minęło 20 dni.
Od chwil, kiedy zdeterminowana byłam szukać odpowiedzialnego domu, powoli docierało do mnie, że to nierealne. Nigdy nie posunęłabym się do oddania Go w nieznane ręce czy do schronu.

Spotkałam się w tym tygodniu z behawiorystką.
Był plan konsultacji w innej, oddalonej o 35 km lecznicy. 
Bo tak naprawdę z chorym psem się nie pracuje. 
Logiczne.


Był już plan zakupu kojca, w którym na czas harców Absorberów, Garip znajdowałby swój kąt.
Zachowując dodatkowe środki ostrożności żyliśmy tak sobie, ze sobą. 

Aż do dziś.
Tak.

Dziś pożegnałam Garipa.
Wczoraj miękka poducha na lewym łokciu się powiększyła. Bardzo. Osowiał, miał trudności z poruszaniem. W lecznicy, stwierdzono, że to niebolesne, chłodne; nic z tego złego nie powinno być.
Wieczorem było gorzej.
Ciężki, płytki oddech. Tak mi znany, bo już parokrotnie tak było. Bolało.
Namówiłam do domu, na kanapę.

W nocy nie było lepiej.Rano łapa cała obrzękła, a Pies miał zapadnięte oczy, jakby się odwadniał. Z trudem oddychał. W lecznicy dowiedziałam się, że mają pełny grafik i mogę przyjechać...po 15 stej.
Na moje, że o piętnastej to on może umrze, usłyszałam, że zadzwonią.

Telefon do innego weta rozwiał moje wątpliwości. Weterynarz nie przyjedzie. Nie zna psa, nie wie co mu będzie potrzebne. Mam przywieźć psa. 
Po raz drugi, z trudem pomogłam Mu wejść, biedny ledwo się wdrapał na kanapę. Posłuszny i uległy wobec mnie jak dziecko...

Pojechaliśmy. W czasie drogi dotykał mnie pyskiem.
I nie zapomnę do końca- nasze oczy spotkały się w lusterku. 

Kiedy wysiadłam z auta i chciałam go wysadzić, zastałam jego agonię. 
Nikomu nie życzę oglądania cierpienia odchodzącego zwierzęcia. 
Pobiegłam do lecznicy, mając nadzieję, że ktoś Mu jeszcze pomoże. A teraz żałuję, że mogłam z Nim być do końca....Że prócz strachu, bólu, widział, że odchodzę.

Na pomoc było za późno.


Wiecie, kiedy miałam spokój w sercu?
Kiedy szłam z Rudą przez pola; drogami, które przemierzaliśmy we trójkę. 
Wiatr wiał już nie ten sam, inne jaskółki wkoło. 
Czułam spokój, bo jakbym Go z nami czuła. 

Powroty do domu są najgorsze.
Widzisz wszystko co Jego przypomina. Podwórze, miska, każdy kąt. 
Słowo nigdy- staje się wyjątkowo okrutne. 

Nigdy.
Nigdy już nie oprze się o mnie swoim cielskiem, by domagać się pieszczot.
Nigdy nie zaszczeka basowo...
Nigdy nie uwali kupy wielkości kupy mamuta na świeżo wystrzyżonym trawniku...
Nigdy nie obszczy krwawnika, który hołubię na herbatkę...
Nigdy nie spojrzy swoimi oczyskami na mnie i nie stuli uszu, tak delikatnie, minimalnie, a jednak jak mnie zobaczy przez okno...
Nigdy już.

Garip Yedinci Kangal D.K. Bubu
24.05.2010- 03.06.2016 r.





wtorek, 24 maja 2016

Po przerwie

Raduje się serce i wszelkie członki, które posiadam, gdy wracam do domu. Nie było nas z Absorberem 9 dni. Zdążyliśmy zatęsknić za wszystkimi i wszystkim.
Opadłostan rąk jednak u mnie nastąpił po odpaleniu lapka i otwarciu poczty. 
Nie ma to jak 250 powiadomień z fejsbuka....Reszta spamowa, trochę ważkich tematów z cyklu co znów rozpieprza Szyszka, gdzie wtykają głąbów, co zniszczą lub zniszczyli w polskiej przyrodzie. 

Ale...najważniejsze, że Młody już ze mną w domu, niewiele nawet widać, tylko trauma jest. A za tym idzie poszukiwanie domu dla Garipa, bo zostać z nami nie może. 

W szpitalu męczyliśmy się każdy na swój sposób; Młody, bo bolało, bo kroplówki, bo kaszka "z kupą". Ogólnie personel fajny, nie możemy narzekać. Jadło- wiadomo- szpitalne. Bezsmakowe.
Dla siebie kupowałam suche i niegotowane w pobliskim Kauflandzie, gdzie zatrzęsienie pasztetów sojowych ;)
Z głodu nie umarłam.

Kuchnia dostępna dla matek, z mała lodówką, w której trwała w pewnym czasie wojna kto kogo wywali, ale nie dałam się. Czajnik niebezpieczny, z popsutym wyłącznikiem. Całe szczęście nie doszło do spektakularnego pożaru na oddziale czy stopienia urządzenia, choć niektóre osobniczki stale nad tym pracowały (4 próby spalenia czajnika udaremniłam- brawo ja!).

Jakież to spostrzeżenia mam?
Ano takie choćby, że w oczywistym dla wszystkich dramacie dziecka na oddziale i uczuć jakie towarzyszą matkom i rodzinom, ogólnie panował dziwny, mało sympatyczny klimat. Nie wiem czemu, ale gross osób zdawało się zapominać, że na oddziale są inni ludzie, absorpcji uległo używanie zwykłych, codziennych pozdrowień, empatia zdechła.
Czepiam się?
Być może.

To nic.
Najlepsze były "kfiatki" w kuchni właśnie, gdzie co prawda ręcznika papierowego nie uświadczysz, ale jak już się jakiej coś wylało, nie posprzątała po sobie. Łazienka- obraz nędzy i rozpaczy czasem. 
I im bardziej wyfiołkowana chodziła po oddziale tym większy sajgon po sobie w łazience zostawiała. Woda na podłodze (mop stał do użycia gotowy), kłaki w wannie, sedes olany ciepłym moczem. 

Być może te panie uważały, że skoro szpital pobiera od nich (ode mnie też) opłatę 6 zł dziennie za media- są zwolnione z utrzymania czystości? 
To samo z porządkiem w pomieszczeniu, z którego pobierałyśmy co wieczór (o 22:00) coś w rodzaju łóżek polowych z obrzydliwymi co prawda, ale materacami (w kwocie 5 zł). Rankiem (6:00), kiedy trzeba było klamot odstawić większość bab wrzucała jak popadnie, zamiast pilnować porządku. 
Sama jestem lekką (powiedzmy...;)) bałaganiarą, ale w takich przypadkach strasznie mnie to wkurwia.
Dupy pełne pretensji, szacunku żadnego.

Sortowanie odpadów. To kolejny temat.
Nie wiem. Chyba jesteśmy narodem tępaków. Albo debili, albo płączenia tych dwóch.
Skoro mam pojemniki, na których jest jasno napisane co do nich wrzucać, to co robią resztki chińskiej zupki w koszu na papier i plastik?

Skracałabym o głowę, bo jak widać nieużywana.

Dość narzekania.
Takie dwa kfiatki w postaci zdjątek:

Wypasiona pościel Absorbera

Obrazek na ścianie sali naszej,  ku uciesze dzieci.
Ja miałam skojarzenia ...;)

W Tupajowisku wszystko rozkwitło, ogarnięte, bo Mama była. 
Wracamy do codzienności...

Pranie non stop....


Coś zeżarło jedną młodą kurę...Za dnia, na beszczelnego. Tylko pióra zostały.

Kosaćce niedługo zakwitną...

Goździki też....



Lubię łubiny bardzo, jak Denis Moore :)
--------------------------------------

Garip. Szukam domu dla chłopaka.