.

.

niedziela, 29 kwietnia 2012

Wieje i praży...

Mija gorący, wietrzny weekend.
Lilaki rozkwitają z dnia na dzień.
Płot powstaje- słupki wkopane, zabetonowane. Zbieramy na siatkę.

Nie wiem co lepsze- czy chłody czy to, co teraz? Niby fajnie, bo z jednego pokoju nagle robią się dwa- można drzwi otworzyć i cieszyć większym metrażem, jednocześnie nie wyrównując temperatury w obydwu pokojach (tym z piecem i tym bez) do 14 stopni. Nie to, żebym była zmarzluchem...
Ostatnio, pomijając stan ciąży, kiedy to ilość krwi wzrasta i jest cieplej, dokładają się hormony i rzuca się też fala ciepła "nie wiadomo skąd", ale te 18 stopni to takie minimum funkcjonowania dla mnie. Że o Młodym nie wspomnę.

Jutro jadę walczyć do "miasta" o żłobek dla Młodego. Jestem pełna obaw, mimo, że przez nasz kochany, prorodzinny kraj, musimy nieco pokręcić.
Scorpio ma humory- znaczy zdarza mu się gubić zapłon w czasie jazdy i...wtedy wspomaganie tylko przeszkadza, zamiast pomóc. Mam nadzieję, ze jednak fordziszcze trochę mnie jeszcze lubi i nie będę musiała rzucać mięsem na przednia szybę, bo... oberwę w twarz, przez odbicie, rzecz jasna.

Mrówki dalej nas kochają; czekam na przypływ gotówki i zakupimy jakąś chemię, bo już nie wyrabiam. Mendy zaczęły chować się po doniczkach z kwiatkami, a wczoraj odkryłam, że świetne warunki znajdują też w nieobrobionej piance okiennej...W sumie to mam dwojakie przemyślenia. Z jednej strony wściekłość na tych intruzów, z drugiej podziw dla ich adaptacji. Wiadomo- owady. Przystosowane lepiej niż my....

Mamy też zagwozdkę z oknem, a raczej z jego nadprożem (?). Sypie nam się na głowę, odpada tynk, kawałki ciała domu i sypią wióry, wypełnienie w postaci plew, zmieszane z mysimi bobkami - mającymi chyba wartość archeologiczna, truchła chrząszczy i inne tam...Należałoby chyba zbić to wszystko, poumacniać jakoś...Nie mamy jeszcze konceptu, ale trzeba coś zrobić. Tak być nie może. Parapet, zwłaszcza w dni wietrzne, pokrywa co jakiś czas warstwa tego paskudztwa, a i jest obawa, ze znów nam coś ciężkiego na głowę poleci.

Tjaaa, urok starych domów....po prostu.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Mrównik, nietoperz i wściekłość ciężarnej.

Ano, wściekłam się.
I to tak, że gdybym miała jakiś mały miotacz ognia- chyba wszystko bym wkoło puściła z dymem.
Diabelskie moce mnie posiadły chyba...
Ale jak tu nie czuć wściekłości wręcz parującej uszami, w sytuacji kiedy otwierasz oko, skupiasz ogniskową i co widzisz?
Małe sześcionogie paskudy, o których myślałaś że dały sobie święty spokój z niechcianymi odwiedzinami ( z reguły z resztą kończącymi się ich eksterminacją), bezczelnie oblazły krzesło z ubraniami...
Mało tego... te małe, wścibskie formiki zadekowały się w ... biurku!
Odsuwam jedną, drugą szufladę- a tam? No pewnie- czarna masa pełzających mrówek! Szał mnie normalnie ogarnął. Jak opętana ...zajęłam się tłuczeniem tego tałatajstwa, bo już nerwowo nie wytrzymałam.
Ktoś mógłby mieć niezły ubaw gdyby na mnie patrzył:
Baba w wysokiej ciąży, klnąca pod nosem, wykrzykująca: "A masz!" i waląca z zacięciem klapkiem w podłogę, zabijająca owady w szufladzie gołą ręką...
Młody, w swoim łóżeczku tylko wołał: "Tał, tał", bo odgłosy pobrzękujących pod wpływem drgań podłogi przedmiotów na stole przypominały mu bicie zegara i dzwonów na wieży kościoła.

Przygarnę mrównika!
Albo mrówkojada!
Albo i jedno i drugie zwierzę!

A koty- pogonie na cztery wiatry- myszy nie łowią, a chyba o mało nietoperza wczoraj nie zatłukły.
Znalazłam go wczoraj pod wieczór, całkiem dużego, leżącego na ziemi. Garip przyglądał się czemuś badawczo- jak poprzednio jeżowi. Z daleka wyglądał jak jakaś rozlana...kupa. Siedział na ziemi, z rozpostartymi skrzydłami. Większy niż te, które zwykle latają nad naszym podwórkiem. Rozpiętość skrzydeł- tak na oko jak cukrówka. Uszy nieduże, więc nie gacek, futerko brązowawe, z jaśniejszym brzuszkiem.
Zabrałam go przez szmatkę, bo wywijał paszczą i mógłby ugryźć. Nie wiedziałam większych uszkodzeń, miał dziurkę po zębie na jednym ze skrzydeł, a tak to prezentował się całkiem żywo. Schowałam go do kartonu i poczekałam na noc. Wystawiłam go za okno i...zobaczyłam jak odlatuje. Byłam taka podekscytowana...Piękne zwierzęta.
A jak dowiem się, która moja kocia franca go dopadła- to ino futro będzie fruwać!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Trochę słońca...

Jak to mawiają- po burzy- słońce.

U mnie też się nieco rozchmurzyło, aczkolwiek fizis w stanie opłakanym.
Wypełzłam dziś na chwilę na nasze podwórko, rzucić okiem co, gdzie i jak...Przywitały mnie raźne promyki słońca, z nieba obleczonego pięknymi chmurami...Temperatura przyjazna- 14 stopni, lekki wietrzyk.

Oczywiście po większej części podwórka chodzi się niemal jak po ple (taki kożuszek z roślin torfowiskowych) , nie wiem kiedy je zdrenujemy....
Gdzieniegdzie nawet niebo odbija się w kałużach...W miejscach z mniejszą ilością wody wybujały mniszki, z których pożytek zbierają pszczoły i jedyne, jak dotąd widziane przeze mnie tej wiosny - rusałki pawiki. Z wielonogów, niestrudzone pająki z rodziny pogońcowatych.

Od niespełna tygodnia dzielimy nasze podwórze z dymówkami, które powróciły do nas.
Mam nadzieję, że i w tym roku uda im się wyprowadzić lęgi. Asani już co prawda nie ma (zasadzała się na ptaki przy oknie, zołza jedna) wiec jakby bezpieczniej, ale... Jest Jagoda...


Nie wiadomo jeszcze jakim talentem myśliwskim będzie operować Lilith


 no i jest cała ferajna kotów sąsiadów....
Jak dorwę jakiego co mi ptaka zabił- uduszę!

A co przy domu?
Wiosna wyfiołkowana w szafirki
Jasnota chowa się w pokrzywach

Uparte, pełne zdrowotnych składników mniszki lekarskie wystawiają łebki do słońca....

Kwitną tulipany....
Śliwy obsypały się kwieciem...

Urokliwie....
A ja sobie myślę- i tak myślę- z małymi przerwami oczywiście, że gdyby tylko zaistniała ku temu możliwość (głównie poparta finansami, niestety), to z miłą chęcią pozostałabym w domu.

Miałabym wreszcie czas chałupę do porządku doprowadzić, zacząć ją upiększać wedle naszego gustu, posiąść szpadel, widły, grabie i ruszyć w grządki.
Ziemia żyzna, odleżana, aż prosi się, żeby ja uprawiać....

Byłyby kury, koza...Psiska szczęśliwsze....
Dzieciaki z mamą, a nie w żłobkach czy u dziadków...(kochają i serce by oddali za Młodego,ale...)

Myślę, i to całkiem szczerze, że byłabym wtedy szczęśliwa.